Strona Główna



"Jan"

RELACJE DOTYCZĄCE WŁASNYCH PRZEŻYĆ

Ja "Jan" urodziłem się 5 listopada 1922 roku w Warszawie z rodziców Moszka - Mendla i Felicji wraz z rodzeństwem: siostrą Hanką (Chaną), i braćmi - Jurkiem (Josefem urodzonym w 1925 roku), i Felkiem (Fiszełem urodzonym w 1936 roku). Mieszkaliśmy stale w Warszawie przy ulicy Ciepłej 26, która znalazła się w utworzonego getta. W tym czasie (okupacji) utrzymywaliśmy się z wyprzedaży dobytku (sprzętów, pościeli itp.), oraz z dorywczych prac.
Podczas akcji wysiedleńczej (blokady domu) latem 1942 roku wraz z bratem Felkiem zostaliśmy zabrani z domu i zaprowadzeni na tzw. Umschlagplatz i tam podczas selekcji jako zdolny do pracy zostałem oddzielony od rodziny, którą skierowano do wagonów.
Gdy wróciłem do domu zastałem brata Jurka, który w czasie akcji ukrył między kominami i tam przeczekał "Brankę". W następnym okresie wychodziłem do pracy na tzw. "placówkę" przez getto do Zakładów Mechanicznych "Motolot", które mieściły się na Pradze przy ul. Jagiellońskiej nr 9 albo 11.
W trakcie pobytu w gettcie spotkałem wujka Menachema, który wraz z synem Josefem ocalał w akcji '42 roku. Przyjął mnie wraz z bratem Jurkiem na mieszkanie. Zajmował pokój w częściowo zburzonym domu przy ul. Zamenhofa blisko ul. Miłej (numeru nie pamiętam). Mieszkańcy tego domu (jak to było często wówczas praktykowane przygotowali kryjówkę dla ustrzeżenia się przed ewentualną ponowną akcją. W moim przypadku było to pomieszczenie piwniczne przeznaczone na przechowywanie opału, którego drzwi zamurowano, a wejściem był podkop do sąsiedniej piwnicy.
Gdy w kwietniu 1943 roku Rozpoczęła się nowa akcja wszyscy schroniliśmy się w tzw. kryjówce wychodząc tylko w nocy dla ugotowania kilku ziemniaków na podwórzu. Obawiano się bowiem, że w dzień ewentualny dym mógłby świadczyć że w tym domu żyją jeszcze jacyś mieszkańcy, a ogień na podwórzu na tle palącego się getta nie powinien budzić żadnego podejrzenia.
29 kwietnia wszyscy przebywający w kryjówce poczęli gwałtownie kasłać. Przyczyną tego była jakaś drażniąca substancja znajdująca się w powietrzu. Po pewnym czasie stało się to nie do wytrzymania i żeby się nie zadusić wszyscy zaczęli wychodzić na dwór, a tu już stali uzbrojeni Niemcy. Okazało się, że z obawy przed bezpośrednim kontaktem z Żydami (a był to już okres przeciwstawiania się) zaczęli stosować środki chemiczne dla "wykurzenia" pozostających przy życiu i ukrywających się Żydów.
Otoczyli nas,potraktowali też odpowiednio kolbami i pejczami - nie szczędząc razów zaprowadzili nas na Umschlagplatz. Znalazłem się w jednej grupie wraz z bratem Jurkiem. Zostaliśmy stłoczeni w znajdującym się tam budynku, gdzie przeżyliśmy koszmarną noc - co pewien czas wpadali Niemcy, Ukraińcy i tzw. "szaulisi", o których mówiono, że są Litwinami lub Łotyszami, i którzy bez dawania nam jakichkolwiek powodów w sposób okrutny znęcali się nad nami. Pospolitą ich rozrywką było mocowanie się z brodami starych Żydów, nie mówiąc o ciągłym rewidowaniu w zakamarkach w poszukiwaniu wartościowych przedmiotów. Byłem świadkiem, jak jeden z "szaulisów" przebił tej nocy bagnetem brzuch brzemiennej kobiety, która niedługo po tym zmarła.
Po tej koszmarnej nocy wypędzili nas na bocznice i wtłoczyli do tzw. bydlęcych wagonów, których okienka były zabezpieczone kolczastym drutem. Wagony ruszyły w godzinach przedwieczornych po wielokrotnym przetaczaniu nas z toru na tor. Z upływem czasu warunki pobytu w wagonie stawały się coraz bardziej koszmarne. Brak powietrza był szczególna udręką potęgowaną przez zaduch i tłok. W wagonie znalazł się ktoś mający jakiś metalowy pręt za pomocą którego udało się oderwać z jednego druty okienka , ale to wcale nie wpłynęło na ułatwienie oddychania. Gdy zmrok zapadł zdesperowany wyskoczyłem, a raczej wyrzuciłem się przez to okienko - poniektórzy blisko stojący pomogli mi w wypchnięciu się. Spadłem na nasyp. Rozległo się kilka strzałów, prawdopodobnie ktoś z eskorty strzelał, ale nie trafił, bo ja po wypchnięciu mnie ciągle się toczyłem, a potem zaległem bez ruchu , a był już mrok.
Gdy pociąg przejechał wstałem i [...] obolały po tym względnie fortunnym skoku poszedłem w kierunku Warszawy. Na szczęście było to noc bez księżycowa, albo też zachmurzone niebo, wiec było względnie ciemno. Do Warszawy dotarłem z kierunku Pragi i poszedłem do zakładów "Motolot", gdzie znajomi i życzliwi robotnicy nakarmili mnie i przyodziali w zasmarowane robociarskie ciuchy zrobione z worków, tak, że w zasadzie mogłem wchodzić na teren zakładów jako jeden z robotników. Jeden z młodocianych robotników dał mi starą, podniszczoną legitymację szkolną ze starą fotografią, którą znalazł w swoim portfelu, i która przyklejono do mocno podniszczonego druku legitymacyjnego.
Po pracy wyszedłem na ulice zaopatrzony w kilka złotych pochodzących z "zrzutki" pracowników, i w czasie tzw. "łapanki" zostałem złapany na roboty do Niemiec. O ile dobrze pamiętam znalazłem się w specjalnym "punkcie transportowym" Arbaitsamtu, który znajdował się przy ul. Skaryszewskiej na Pradze. Tam w pierwszym pokoju odbywała się rejestracja na podstawie posiadanych dokumentów, po czym dostawało się skierowanie na badanie lekarskie, które odbywało się w następnym pokoju. Przechodziło się przez rozbieralnię po [...] i wchodziło do badania zupełnie nagi i goły. W rozbieralni było kilkanaście rozbrykanych młodych (około 20 lat) chłopców. Ja zatrwożony i trzęsący się stałem w kącie i zakrywałem genitalia trzymaną w ręce legitymacją i wypełnioną karta kierująca do lekarza.
Jeden ze współtowarzyszy widocznie zorientował się odnośnie mojej osoby, klepnął mnie po ramieniu i powiedział: " nie bądź frajer , nie bój się, jak cię spytają to powiesz, że byłeś operowany, bo miałeś [...] hiszpański. Aczkolwiek nic z tego nie zrozumiałem, ale to odezwanie się dodało mi otuchy i przestałem się bać, a on tak manewrował, że zawsze znajdował się przede mną i w pewnym stopniu osłaniał mnie. W trakcie oczekiwania na wejście do lekarza okazało się, że ktoś miał butelkę bimbru i wraz z innymi łyknąłem tego samogonu dość tęgo. Gdy przyszła na mnie kolej na badanie wszedłem do gabinetu i ujrzałem młodą lekarkę, która wydał się trochę speszona ( chyba ta ilość młodych nagich mężczyzn, nie przebierających w słowach...) i gdy przyłożyła słuchawkę do klatki piersiowej wcale nie zamierzony (?) odetchnąłem bardzo głęboko i ten "chuch" tak ją zaleciał, że z niesmakiem odwróciła twarz. Rzekła: "pił pan?" A ja na to coś w rodzaju: "chyba pani się nie dziwi w tej sytuacji".
Badanie szybko się skończyło. Byłem jednak cały podrapany, bowiem podczas pobytu w kryjówce nie było możliwości częstego i dokładnego mycia się; na skutek [..] miałem cały tors mocno podrapany. Lekarz podjęła podejrzenie, że jestem chory na świerzb i jej orzeczenie brzmiało, że jestem zdolny, ale przepisała mi ciemne, cuchnące mazidło, którym miałem się smarować, i po tygodniowej kuracji stałem się zdolny do przebadania. W związku z tym skierowano mnie do tzw. "dulagu" - przejściowego obozu, który mieścił się w byłym budynku szkolnym przy ul. Długiej , albo na Lesznie (dokładnie nie pamiętam), gdzie było względnie znośnie.
W pomieszczeniach klasowych były piętrowe prycze i każdy miał oddzielne legowisko. Wieczorem "zorganizowano" w klasie trochę bimbru i chyba kaszanki i wszyscy mieszkańcy tego pokoju tęgo sobie łyknęli. Prawdę mówiąc wszyscy byliśmy podnieceni naszą nietypowa sytuacją. Przez okna tego pomieszczenia widać było płonące getto i słupy ognia. Długo nie siedzieliśmy i po tej wypitej kolacji położyliśmy się spać. Nazajutrz, mężczyzna, który spał nade mną cicho rzekł do mnie: "pan wie, pan mówił w nocy przez sen, no to co - to mi się często zdarza - ale niech pan uważa, bo pan nie mówił po polsku". Na tym się ta rozmowa skończyła, ale od tego czasu spałem z kocem naciągniętym na głowę.
Oczywiście, że zamieniłem coś z moich osobistych ciuchów na butelkę bimbru i wypiłem ją z moim życzliwym rozmówcą. Podczas pobytu w tym "dulagu" nie smarowałem się ta śmierdzącą maścią, tylko dokładnie się myłem. W międzyczasie strupy po zdrapaniu wyschły i odpadły i świerzb ustąpił. Przy następnym kontrolnym badaniu rozebrałem się tylko do połowy i lekarz bez żadnych wątpliwości postawił pieczęć na skierowaniu. Po pewnym czasie kilkunastu z nas bez wyuczonego zawodu wysłali pociągiem na północ. Na niektórych stacjach zgłaszali się pracownicy miejscowego Arbeitsamtu, albo też poszczególni chłopi, którzy otrzymali przydział i brali sobie pośród nas ludzi do roboty.
W trakcie tej podróży ja jako "Jan" (imię nosiłem w celach osłonowych do 1947 roku) zostałem przydzielony do pracy w gospodarstwie rolnym u bauera: Karl Heirich - wieś Klemman bei Güllrow Kreis Camin, dziś wieś Kłęby koło Golczewa okręg Kamień. Pracowałem tam do maja 1941 roku; wtedy to mój pracodawca oddał mnie do obronnych prac publicznych ziemnych. Byłem w obozie koło Rynarzewa (woj. bydgoskie) przy pracach ziemnych do końca 1945 roku, a po wyzwoleniu znowu powróciłem do Warszawy.

***

Niestety nikt z rodziny nie ostał się. W 1948 roku odnalazł mnie wspomniany brat Jurek, który po obozowych przejściach wyjechał po wojnie do do Izraela. Jak się dowiedziałem jako żołnierz wchodził w skład grupy wysłanej dla wzmocnienia sił w kibucu Mervera i tam z całą grupa wpadli w zasadzkę urządzoną przez szejka Kauczę. W związku z tą zasadzką przeprowadzono po tym akcję "Hiram", która oczyściła Galileę z jednostek arabskich.
Brat wchodził w skład Chatiba 2 Karmeli Golud 23 [Pl...2]. Jego płyta nagrobna znajduje się na cmentarzu wojskowym w Jerozolimie nr 86746 Ejwar bet, chelka 2. Jest też wyszczególniony w wydawnictwie Ministerstwa Obrony Izkor wydanym w 1955 roku dla upamiętnienia poległych w wojnie wyzwoleńczej w Izraelu na str. 895.
W roku 1966 ze względu na stan zdrowia przeszedłem na rentę z oznaczeniem I grupy inwalidzkiej.




Strona Główna Judaica

Wszelkie prawa zastrzeżone.