Strona Główna



Helena Marzewska

BYŁA TAKA DZIELNICA WIENIAWA

Helena Marzewska w okresie poprzedzającym wybuch II wojny światowej mieszkała w dzielnicy Lublina zwanej Wieniawa. W jej pamięci zachował się obraz ulic uczęszczanych przez ludność żydowską - Żydzi stanowili gros mieszkańców Wieniawy, nazwy tych ulic: Snopkowska, Ogródkowa, Przy Stawie, Dawna i Króla Leszczyńskiego. Pamięta gdzie stała bóżnica, szkoła żydowska obok której znajdował się targ chętnie odwiedzany przez gospodarzy pod lubelskich wsi, którzy przywozili nabiał, warzywa...
Dziś nie ma tu nic - mówi z żalem, gdy wraz ze swoją przyjaciółką Janiną Tomaszewską oprowadza mnie po miejscach nadal bliskich jej sercu. Nie ma żadnej tablicy upamiętniającej cmentarz, a przecież był tutaj w pobliżu bóżnicy, nie ma nic, wszystko zarosło trawą...
Żydzi mieli wiele sklepów, a właściwie sklepików - niby to były spożywcze, ale można było tam kupić wszystko, przysłowiowe "mydło i powidło" i cytrynę też. Zakład fryzjerski prowadził w jednej osobie i usługi felczerskie świadczył Szmul (jego nazwiska nie pamiętam). Przypominam sobie natomiast Chaima Kremera - serdecznego kolegę mojego brata. Chaim często do nas przychodził, to był dobry człowiek. Gdy wybuchła wojna gdzieś wyjechał; jego siostry wyjechały do Palestyny.
Na rogu obecnej ulicy Popiełuszki znajdowała się szkoła rzemieślnicza (tuż obok szkoły podstawowej), uczęszczali do niej przyszli pracownicy wytwórni samolotów, dużo ich znałam - nazywaliśmy ich "smolinosy". Obok szkoły był plac, który Niemcy zajęli w czasie wojny , trzymali na nim konie, samochody... W kierunku ulicy Snopkowskiej znajdowały się żydowskie sklepiki, był magiel , który prowadziły dwie młode Żydówki (nie pamiętam ich imion ani nazwisk). Żydzi mieszkali także na początku ulicy Ogródkowej; Polacy postawili przy niej figurę Jezusa, ale Żydzi jej nie zburzyli.
Równolegle do ulicy Snopkowskiej była Dawna aż do cmentarza żydowskiego - w dół od cmentarza jechało się na ulice Czechowską. Obok kina "Kosmos" miał swoją kamienice Rachman. Tutaj mieściły się sklepy, masarnia. Polak ją prowadził, często kupował u mojej mamy świnki, miała niewielkie gospodarstwo.
Na ulicy Długosza była szkoła powszechna w której się uczyłam; do szkoły chodziły również żydowskie dziewczęta, niektóre z nich przyjaźniły się z moją siostra.
W klasie było nas 54 dziewcząt, nie pamiętam nazwisk wszystkich żydowskich dziewczynek, tylko niektóre: pamiętam Moncarz - mieszkała przy ulicy Orlej, a tutaj chodziła do szkoły. Adler, to była trochę bogatsza dziewczyna - jej rodzice mieli sklep z futrami. Była taka Spingier - przed wojną wyjechała do Francji, Erenlich... Do szkoły uczęszczali chłopcy i dziewczęta; jak wybudowali nowe pomieszczenia - była to szkoła o numerze 21, a jej dyrektorką została p. Otylia Tosio - dziewczęta przeszły do niej.
Mam portret p. Tosio "rozmawiam" z nią, jest taka uśmiechnięta, jej grób, oraz grób jej rodziców znajduje się na cmentarzu ewangelickim przy ul. Lipowej. Pani Otylia była bardzo dobrym człowiekiem i pedagogiem; opowiem zdarzenie z życia mojej siostry, które pozwoli poznać tę niezwykle wyrozumiałą i oddaną swojej pracy kobietę.
Moja siostra chodziła do VI klasy (ja skończyłam szkołę wcześniej i poszłam do pracy), a klasy VI zdała do VII i we wrześniu nie poszła do szkoły. Pani Tosio sprawdzała dzienniki, gdy zobaczyła że siostry nie ma w szkole przyszła do domu i pyta dlaczego nie przyszła do szkoły. Sistra nic nie mówi tylko czeka , co mama powie. A mama na to: "ja już nie mam pieniędzy na zeszyty, niech idzie do pracy, dlatego nie poszła do szkoły".
Pani Tosio na to: "proszę ją jutro przysłać do szkoły, a na przerwie niech przyjdzie do kancelarii - jeden rok i będzie miała ukończoną szkołę podstawową i świadectwo". No i siostra poszła do szkoły, a na przerwie do kancelarii. Tam już czekał na nią plik zeszytów. Siostra ukończyła szkołę.
Do szkoły chodziły z nami dzieci oficerów; szkoła p. Tosio miała przed wojną opinię najlepszej szkoły w mieście. Kiedy budowano szkołę - pracownicy Kuratorium pytali p. Otylię w jakiej dzielnicy postawić budynek, w bogatszej czy biedniejszej, wtedy odpowiedziała: "w bogatszej dzielnicy i tak się dzieci będą uczyć, a ja chcę żeby w biedniejszej dzielnicy też się dzieci uczyły", i wtedy tutaj jej wybudowali szkołę.
Otylia Tosio, jak wspomniałam wcześniej interesowała się warunkami socjalnymi uczniów bardzo często udzielając im stosownej pomocy - był taki rzemieślnik - szewc, miał czeladników, to ona z nim chodziła po domach biednych dziewczynek. Szewc brał miarę na buty i robił je dla nas - na zimę wszystkie dostawałyśmy buty.

***

ŚWIADECTWO

Na getto zajęli Niemcy trzypiętrową kamienicę i dom Hołysza - parterowy, teren ogrodzili drutem kolczastym. Jak się później potoczyły losy zebranych tam Żydów nie wiem - podczas likwidacji getta już na Wieniawie nie mieszkałam. Siostra opowiadała mi jak na Lipowa pędzili tych ludzi, a później na Majdanek. Mówiła jak ich Niemcy traktowali. Dziękowałam Bogu że tego nie widziałam, ale okropnie było, okropnie... Z Lublina wyjechałam w 1940 roku do Dysa k/Lublina, ponieważ bałam się jechać na roboty do Niemiec, wolałam być przy rodzicach, tym bardziej, że już dwóch braci było w Niemczech.
Ten plac, który zajęty jest obecnie na stadion zrobiony został jeszcze przed wojna - Niemcy ogrodzili go i tutaj wypędzali ludzi z domów, a następnie na Majdanek.
To było chyba w 1942 roku - zabrali moją mamę z dwoma chłopcami (synami mojego brata) - młodszy miał 2,5 roku, a starszy 5 lub 7 lat, już nie pamiętam. Brata nie było, bo znajdował się w Niemczech.
Moja siostra mieszkała na Kośminku - rano, jak zwykle szła przez taką ciemną bramę po mleko, wtedy usłyszała głos: " Janka, idź na Wieniawę i ratuj matkę!" Gdy to usłyszała, to jakby ją wiatr nakręcił. Szybko wróciła do domu, z pustym garnkiem. Teściowa pyta: "a mleko?", siostra odpowiedziała - " nie ma mleka, bo ja muszę iść". "Dokąd?" "Na Wieniawę ratować matkę!" Ubrała szybko dziecko, włożyła do wózka i poszła z nim na Długosza.
Mąż siostry był maszynistą, wrócił z nocnej zmiany do domu i pyta: "gdzie żona?" Gdy dowiedział się co ona zrobiła, nawet się nie umył, nie zmienił ubrania, tylko tak jak stał szybko pobiegł za Jasią. Dogonił ją w Alejach Racławickich i mówi: "wróć do domu", ona " nie!". Szwagier był wysoki, dobrze zbudowany, ale siostrę szanował, nigdy jej krzywdy nie zrobił, nie uderzył. Zapytał tylko - skąd wie, że jej matka została zabrana przez Niemców. Siostra opowiedziała mu co się stało rano, jak poszła po mleko.
Razem przyszli na ulicę Długosza. Tutaj Niemcy nikogo nie przepuszczali - szwagier idzie, siostra za nim, a Niemcy z kolejarzami żyli w zgodzie, więc nic mu nie powiedzieli, on powiedział im tylko: "to moja żona".
Dojechali z wózkiem do rogu jak się skręca na Snopkowską, wówczas zwrócił się do Jasi: " idź do domu mamy, ja sam pójdę na plac". Poszedł. Zobaczył go ten starszy - Józio. Wujek, wujek, zaczął wołać. Już był razem z młodszym bratem odłączony od mamy. Niemcy wszystkim rodzicom odebrali dzieci. Wtedy szwagier złapał go za rękę, młodszego wziął na druga rękę. Idzie i pyta: " a gdzie babcia?". Gdzieś tam, odpowiedział Józio. To szwagier skierował się w stronę, gdzie stały kobiety. Znalazł mamę.
Była tam również nasza sąsiadka Pietrzykowa, była Janczarowa - obie z dziećmi. Poczuły się bezpieczne przy szwagrze (Heniek miał na imię); Józio pobiegł po chłopców - po Stefana i po tego Pietrzykowej. Przyprowadził ich.
Niemcy wyrywali rodzicom dzieci, za nogi brali, rzucali na samochód - okropny krzyk był i tych matek i dzieci. W tym zamieszaniu Heniek szedł z chłopakami, mama i sąsiadki z dziećmi za nim. Uratowały się. Niemcy odwrócili się, nie chcieli patrzeć; tym sposobem wszyscy szczęśliwie wrócili do domu.
Większą szansę na uratowanie mieli ci Polacy, którzy pracowali i posiadali ausweisy ; sąsiadka starała się wydostać męża - nie udało się. Edward Janczar zginął na Majdanku.




Strona Główna Judaica

Wszelkie prawa zastrzeżone.