Strona Główna



Genowefa Sawicka

LOSY ŻYDÓW Z DĄBIA I OKOLICY


Mój ojciec Jan Bieniek, po 4 letniej służbie w carskiej armii i 4 letnim pobycie w austriackiej niewoli, po I wojnie światowej prowadził zasobne gospodarstwo w Dąbiu gm. Żółkiewka. W tej wsi mieszkały 3 rodziny żydowskie: Abram Wagner, który był dzierżawcą młyna w Dąbiu, Zendel właściciel małego sklepu i Juma - szklarz.
Z naszymi żydowskimi sąsiadami stosunki w Dąbiu i okolicy układały się jak najlepiej, co znalazło swój wyraz w pomocy, jakiej w czasach zagłady miejscowa ludność okazywała prześladowanym Żydom. Była ona bezinteresowna, ale jak dotąd nikt jej nawet nie usiłował utrwalić na piśmie. Nie uczynili tego również uratowani Żydzi, choćby ci, którzy mieszkają w Izraelu i mają większe możliwości przekazania ich Instytutowi Yad Vashem. Mój ojciec doceniał i stawiał za przykład pilność w nauce żydowskich dzieci. Umożliwił mi również osiągnięcie pedagogicznego wykształcenia. Przyjaźniłam się więc tak z żydowską, jak i polską młodzieżą o humanistycznych zainteresowaniach, a szczególnie z Zofią Włodarczyk, córką Wiktorii i Jana Waca, starszego brata Walerego, wójta Żółkiewki. W 2002 roku Zofia zmarła w Lublinie.
Okupacyjne ekstremalne warunki, w jakich żyliśmy, stanowiły doskonały test ukazujący tak człowieczeństwo, jak i trwałość międzyludzkich przyjaźni. Niech za przykład w tym względzie posłuży nasza rodzina. Wojna zmusiła mnie do pozostania u rodziców w Dąbiu. Ojciec zmarł w 1941 r. Prowadzeniem gospodarstwa zajęła się mama z pomocą mojego dziadka i zatrudnionego parobka. W 1942 roku wyszłam za mąż za Stanisława Sawickiego, pochodzącego z sąsiedniej wsi Sobieskiej Woli. Po ukończeniu studiów medycznych we Lwowie, aż do inwazji sowieckiej odbywał staż w Łucku, skąd powrócił do domu.
Jako lekarz 13 obwodu Batalionów Chłopskich (BCh), należał do wydzielonej z nich, liczącej 1800 żołnierzy Ludowej Straży Bezpieczeństwa, w której komendantem na powiat krasnostawski, po Pawle Czubie, był Jan Gilas "Machatma". Z tych względów ślub kościelny celowo nie został odnotowany w gminnych księgach, więc nadal mogłam posługiwać się dowodem na panieńskie nazwisko. Ta przezorność bardzo nam ułatwiła przetrwanie w czasach polowania gestapo za moim mężem. Na jego trop wpadło ono w sposób nieprzewidziany. Otóż brat jego kolegi, były lotnik, w konspiracji oficer BCh., w celu zniszczenia dokumentów, z oddziałem sformowanym z chłopców z okolicznych wsi, przeprowadził akcję na Urząd Gminy w Jabłonnie. W tym czasie podobne operacje były prowadzone na terenie całego województwa lubelskiego. W Jabłonnie zginął wówczas jeden Niemiec i został ranny partyzant, którego przewieziono do Jakubowic. Nocą, na rowerze z Krzczonowa do Jakubowic, mąż pojechał do rannego.
W niedługim czasie, zupełnie przypadkowo , w ręce Gestapo wpadł uczestnik akcji i zapewne będąc torturowany, zdradził wszystkich biorących w niej udział, w tym oficera, który nią kierował. Gestapo aresztowało kilkanaście osób i po torturach, w Jabłonnie publicznie ich powieszono. Oficera z powykręcanymi rękoma i nogami przywleczono pod szubienicę, a że nie zagipsowano mu ust, więc szedł na śmierć ze słowami hymnu: Jeszcze Polska nie zginęła. Wszystkich skazańców pochowano w zbiorowej mogile na cmentarzu w Czerniejowie.
O tym, że gestapo poszukuje męża, powiadomił nas właściciel majątku z Dąbia, pan Żylicz Eugeniusz, który w tym celu przybył do pani Suchodolskiej, właścicielki majątku, w którym uprzednio istotnie mąż przebywał. W tej sytuacji ścigany przez nich i żandarmerię, musiał często zmieniać miejsca swego pobytu. W takim ciągłym zagrożeniu przyszło nam żyć do końca okupacji. Byliśmy więc w stanie bardziej wczuwać się w położenie ukrywających się Żydów, zbiegłych z niewoli jeńców sowieckich i wszystkich represjonowanych przez okupanta i służyć im szczególnie pomocą medyczną.
Różnie potoczyły się losy lekarzy na terenie naszego powiatu. Po pożarze w 1938 roku p. Wajszczuk wyprowadził się z Żółkiewki do Krasnegostawu. Na jego miejsce przyszedł lekarz Henryk Szlendak, który współpracował z podziemiem. Ze względów bezpieczeństwa, w 1942 r. żona p. Wajszczuka wraz w dziećmi wyjechała do Warszawy, gdzie w powstaniu zginęło ich dwóch synów i córka. Natomiast jej mąż chory na serce, zmarł w 1943 roku w swoim mieszkaniu w Krasnymstawie. Z pożogi wojennej pozostała przy życiu tylko jego żona z ich najstarszą córką. Z informacji p. Krystyny Niewidziajło z Krasnegostawu wynika, że jako lekarz i dobry człowiek, pomagał jej rodzinie ukrywającej czworo Żydów, z których jedna Żydówka żyje i mieszka w Szczecinie.
Zgodnie z przysięgą Hipokratesa,a tym bardziej do obowiązków lekarzy formacji podziemnych należało leczenie wszystkich, bez względu na rasę, narodowość, pochodzenie czy wyznanie. W powiecie krasnystawskim okazji ku temu nie brakowało. Niestety, w książce przywódców ludowych Pawła Czuby i Jana Wojtala wydanej przez Norbertinum w 1998 roku pt.: "Nie stali z bronią u nogi", nie znajdziemy na ich temat, w tym o okupacyjnej służbie S. Sawickiego ani jednej wzmianki. Podobnie w Medicusie, został wyeksponowany jako pierwszy po wojnie lekarz powiatowy p. Abramczewski, który był jego podwładnym, a w mroku niepamięci pogrążono wkład pracy, jaką wniósł faktyczny powojenny lekarz powiatowy w Krasnymstawie Stanisław Sawicki ( ostatnio wydanym folderze o ziemi krasnystawskiej, nie ma żadnej wzmianki o tym, że w Izbicy mieszkało 6000 Żydów. A przecież w tym w 75% zamieszkałym przez nich żydowskim miasteczku, z tego względu nie było i dotąd nie ma katolickiego kościoła. Z taką wiedzą wchodzimy do Europy!). Co dziwniejsze, jako lekarza i człowieka doceniła go inna opcja polityczna, podziemie komunistyczne jakie z woli Stalina, w końcu 1942-1944 powstało i ujawniło się na tym terenie. W książce Stanisława Lisika pt. "Czerwone Opłotki", wydanej przez Wydawnictwo Lubelskie w 1978 roku, na s. 154-155, ten czołowy komunista napisał:
"Jednym z lekarzy, któryw całej pełni zasługuje na uznanie, był Stanisław Sawicki, syn chłopski z Woli Sobieskiej. Zadaniem jego było szkolenie kadr sanitarnych, organizowanie punktów opatrunkowych, zaopatrzenie tych punktów w leki i materiały opatrunkowe. Ciężej rannych partyzantów Sawicki z narażeniem życia lokował nawet w szpitalu w Krasnymstawie jak Władysława Wargoła z Dąbia.
Z perspektywy czasu trudno dziś wyliczyć wszystkie przypadki niesienia pomocy. Był gotów na każde wezwanie. Do jednego partyzanta jeździł rowerem aż pod Lublin. Osobiście udzielał pomocy zbiegłym z niewoli żołnierzom radzieckim, np. w lesie koło Krzczonowa w tzw. Królewszczyźnie. W miarę potęgowania się akcji zbrojnych na tym terenie, takich wypadków było więcej".
Od czasu przejęcia w 1944 roku władzy przez PKWN, nasłani z Moskwy i miejscowi komuniści pod władztwem NKWD i UB wtrącali do więzień i obozów internowania na Syberii dziesiątki tysięcy bardziej światłych żołnierzy londyńskiego podziemia. Jednak Jana Gilasa z BCh uczyniono z -cą Przewodniczącego Powiatowej Rady Narodowej. Stanisława Sawickiego również nie objęto tymi represjami. Wprost przeciwnie, mianowano go lekarzem powiatowym w Krasnymstawie, gdzie organizował służbę medyczną z Ośrodkami Zdrowia w terenie włącznie. Następnie z podobnymi kompetencjami przeniesiono go do Biłgoraja. Gdy ten bezpartyjny lekarz powiatowy wykonał postawione przed nim zadania, z woli władców z PZPR przeniesiono go do gminnego Ośrodka Zdrowia w Fajsławicach a następnie do Żółkiewki, w której pracował do 1974 roku, czyli aż do przejścia na emeryturę. Wówczas przeprowadziliśmy się do Lublina, gdzie mąż mój zmarł 9 czerwca 2000 roku.
Po tym ogólnym naświetleniu naszej sytuacji, przedstawię los Żydów we wsi Dąbie i najbliższej okolicy. W celu uniknięcia niemieckich represji, wielu z nich rozproszyło się po wsiach, w tym w Dąbiu, gdzie bywali zatrudniani przez miejscowych chłopów. Po wezwaniu wszystkich Żydów do stawienia się w miejscach zbiorczych i zagrożeniu Polakom karą śmierci za ich przetrzymywanie, w poszczególnych wsiach rozpoczęło się za nimi polowanie.
Żyd Zendel, który miał sklepik w Dąbiu, został zabity przez Niemców. Jego syna, Joska widziałam w kolumnie Żydów pędzonych do zbiorczego getta w Izbicy. Ruchla Zendel udała się w jakichś sprawach do Żółkiewki, gdzie ją spotkałam. Potem zobaczyłam Terentiewicza wiozącego zabitą Ruchlę na cmentarz żydowski. Od niego dowiedziałam się, że zabił ją burmistrz Józef Żernicki - Ukrainiec, volksdeutsch. 19 VII 1943 roku żołnierze podziemia wykonali na nim wyrok śmierci.
Małka, córka Jankla, który krył dachy, pracując jako służąca, ukrywała się w Dąbiu u mojej cioci Marii Boblowej. Tu poznała dzielną, szlachetną Zosię Poklepównę z Częstoborowic, członka konspiracji, z którą się zaprzyjaźniła, a ona aby ją uratować wyrobiła jej polskie dokumenty i razem wyjechały na robotę do Wupertalu w Niemczech. Tam zostały zatrudnione w fabryce. Na specjalnie wysłany od rodziny w tym celu telegram, Zosia powróciła do domu, a Małka tam pozostała, poznała Polaka katolika, za którego wyszła za mąż. Po wojnie osiedlili się w Szczecinie, mają dzieci, ale gdy odwiedził ją syn cioci Boblowej prosiła go, by nie mówił jej mężowi, że jego żona jest Żydówką.
Z naszych sąsiadów, rodziny Abrama Wagnera, który dzierżawił młyn, a w jego domu brała udział w modlitwach rodzina sadownika Zylberklanga Josifa, Niemcy zamordowali jego żonę, córkę Rajzę i najmłodszego syna. Córka Frajda wyszła za mąż za Żyda Pupiskiego, brakarza drzewnego z pobliskich janowskich lasów. Początkowo ukrywała się wraz z mężem i córką Edzią w Dąbiu u Jana Terentiewicza, a potem jego krewny, sołtys Podgórniak Michał, zawiózł ich do Janowa. Zamieszkali u biednego chłopa, o którym mówiono, że jest chory na zaraźliwą chorobę. Frajdka ubierała się jak tamtejsze chłopki i z różańcem i książeczką do nabożeństwa wraz z córką Edzią chodziła do kościoła. Takim sposobem przeżyli okupację i w 1946 r. w przeddzień ich wyjazdu do Łodzi, a potem do Izraela spotkałam się z nimi jako Szymańskimi, na Placu Litewskim w Lublinie. Frajdka z córką, która wyszła tam za mąż za lotnika, żyją w Izraelu.
Josek Wagner ukrywał się na kolonii w Sobieskiej Woli u brata męża Władysława Sawickiego i u innych Polaków. Dzięki temu szczęśliwie przeżył okupację i wyjechał do Izraela, gdzie spotkał się z Chaimem Zylberklangiem. Jak głosiła fama, że od czasów Sobieskiego, Pilaszkowice oddalone od Sobieskiej Woli 4 km., były połączone podziemnym tunelem. W czasie okupacji mogłam się przekonać, że jest w tym część prawdy. Nie jestem w stanie zlokalizować jego usytuowania, ale znam ludzi, którzy dostarczali tam żywność ukrywającym się w jakiejś jego części grupie Żydów, która dzięki temu przeżyła okres ich totalnej zagłady.
W wielkim streszczeniu przedstawiłam naszą i innych Polaków złożoną, a dla Żydów tragiczną sytuację. Skłoniły mnie do tego wspomnienia Chaima Zylberklanga pisane z miłością do naszej małej ojczyzny. Swoją publikacją o naszych stronach sprawił, że równolegle z II wydaniem "Z Żółkiewki do Erec Israel", ma się ukazać monografia o Żółkiewce pana Bohdana Kiełbasy. Cieszę się, że moje wspomnienia o nieistniejącym już polsko żydowskim świecie okresu międzywojennego i wojennych próbach, przez przywrócenie pamięci o tutejszych Żydach, w minimalnym stopniu będą spłaceniem naszego długu w stosunku do zamordowanych współmieszkańców tej ziemi i żydowskich obywateli polskiego państwa.




Strona Główna Judaica

Wszelkie prawa zastrzeżone.