Strona Główna



Leszczyńska Sabina

ŻYCIORYS WYRZUCONEGO DZIECKA


W czasie okupacji hitlerowskiej mieszkałam we wsi Rożki, poczta Żółkiewka, powiat Krasnystaw. Mój mąż wraz ze mną trudnił się rolnictwem, jak też i handlem. W tym czasie było wielkie prześladowanie ludności żydowskiej, jak i też polskiej przez Niemców.
W roku 1942 dnia 26 października noc była bardzo ciemna i mroźna. Mój mąż w nocy o godzinie 0,30 po północy jechał do Piask na targ, i wyszedł z domu nic nie zauważył. Gdy on odjechał, za godzinę, a może więcej, moja matka budzi mnie, że coś płacze, a ja powiedziałam - pewnie to koty przyszły i miauczą. Za parę minut matka mnie znów budzi i mówi wstawaj, bo to dziecko na dworze płacze. Mieszkałam daleko od wsi na polu, bałam się wyjść, a mama moja nalegała żeby szybko wychodzić. W tym czasie nie było światła elektrycznego, tylko lampa naftowa. Zaświeciłyśmy lampę ale bałyśmy się wyjść - dałam mamie lampę, żeby trzymała a ja drzwi otworzyłam - patrzę a to leży dziecko blisko drzwi, tak zmarznięte aż sine z gołymi nogami i brzuszkiem, tak się podniosło, omal nie siadło, a moja mama mówi do mnie litości, weź dziecko, kto takie małe dziecko mógł rzucić, a ja szybko zeszłam po schodach i wzięłam na ręce to maleńkie dziecko tak zmarznięte, bo tej nocy był siwy przymrozek i w mokrej pieluszce zaniosłam do domu.
Ogrzałyśmy je i nakarmiły ciepłym mlekiem i zaczęłam przy nim szukać i znalazłam karteczkę włożoną miał pod sukieneczką o takiej treści: "Kochani chrześcijanie dziecko od urodzenia ma 7 miesięcy, łyżką pije mleko, matkę ma zabraną do Niemiec, ochrzcijcie i chowajcie". Nad ranem moja mama poszła do sołtysa i powiedziała, że takie dziecko jest podrzucone z karteczką.. Sołtys przyszedł rano, wziął kartkę i zaniósł do burmistrza, który pracował z Niemcami, był to Ukrainiec. Natychmiast wydał zarządzenie, żeby dziecko zbadał lekarz, jakiego jest pochodzenia, jak żydowskie to oddać Niemcom, żeby go zabili, a jak polskie to ochrzcić i chować.
Dziecko umyłam i czysto ubrałam , a w tym czasie nie było ani wózka dziecięcego ani czym zawieść, do lekarza było 5 km. drogi. Dzień był pochmurny i deszczowy, siąpał deszcz ze śniegiem, a nasze polskie drogi nie były brukowane. Wzięliśmy go w chustkę przed siebie i nieśliśmy z matką tak żeby nie upaść z dzieckiem. Matka trzymała mnie, a ja trzymałam matkę. Ludzie wyglądali przez okna ze swoich chat i mówili jedni do drugich gdzie one go niosą, chyba do Niemców, żeby go zabić, a my go nieśli do lekarza z myślą, żeby go ratować.
Przybyliśmy wieczorem, gdyż on przyjmował wieczorem od g. 2 do 6 i weszliśmy do gabinetu lekarza. Położyłam dziecko na kozetce i rozwinęłam z chustki. Doktor zobaczył - był to chłopiec nieobrzezany i wziął go za nogi i mówi, a co kogo tak zmusiło żeby takie ładne, urodne dziecko rzucić, a pielęgniarka zobaczyła i mówi, to jest żydowskie dziecko - a lekarz tupnął nogą, żeby nie krzywdziła dziecka i by wyszła. Lekarz dał zaświadczenie, że dziecko jest pochodzenia polskiego i doradził aby w kumy do chrztu poprosić burmistrza tego Ukraińca, który pracował z Niemcami. Mimo wszystkiego burmistrz przekazał do Posterunku Policji, który jeszcze pracował, żeby policja polska przeprowadziła dochodzenie, bo źli ludzie donosili, że dziecko żydowskie - Ryfki i Mendla. Trwało to dochodzenie dwa miesiące, ale komendant policji polskiej nie przychodził i nikogo nie przysyłał - nie chciał ręki przykładać do śmierci tego dziecka. Więc po dwóch miesiącach idę na posterunek, otwieram drzwi, a tu siedzi Burmistrz i pyta po co ja przyszłam, a ja mówię, że w sprawie tego dziecka, a on pyta co ja chcę - a ja powiedziałam, że chcę prosić córkę Burmistrz w kumy, a Burmistrz pyta z kim, a ja powiedziałam, że z doktorem, a on powiedział żebym poszła do jego żony i jej powiedziała. Poszłam do żony Burmistrza, a ona się zgodziła żeby ich córka była w kumach i pyta mnie kiedy, a ja powiedziałam jutro. Nie ociągałam się by się nie rozmyślili.
W nocy uszyłam białą sukieneczkę , pożyczyłam od sąsiadki biały sweterek i białą czapeczkę, poszłam do sąsiada najęłam furmana z koniem i zwykłym wozem, wzięłam dziecko i pojechałam do kościoła, przyszedł doktór i córka Burmistrza i dziecko zostało ochrzczone. Dałam mu na imię Zygmunt a nazwisko Żółkiewski. Burmistrz po chrzcie zabrał do swego domu mnie z dzieckiem, poprosił księdza i doktora i wiele innych osób i zrobił przyjęcie. Kiedy skończyło się to wszystko, zabieram dziecko a burmistrz wziął dziecko na ręce i mówi co było to było, ale Żyda ochrzciliśmy, niech żyje, będzie jeszcze porządnym człowiekiem. Przyjechałam do domu. A mój mąż kupił kołyskę, dziecko karmiliśmy łyżką, żadnych smoczków dla dzieci nie było. Był to chłopczyk, zdrowo się chował do dwóch lat.
Rodzice dziecka byli w partyzantce 4 km od mojej wioski w miejscowości Maciejów ze starszym swoim dzieckiem - chłopcem, który nazywał się Jan Wajs. W roku 1944 w miesiącu maju rodzice tych dzieci ochrzcili się w kościele w mieście Wysokie. Partyzanci zawieźli ich do tego kościoła. Po żydowsku nazywali się Mendel, Ryfka, Jankiel Wajc. Do księdza przyznali się, że młodsze podrzucili pod mój dom i że chcą przyjąć to samo nazwisko co ma dane to dziecko. Ksiądz zgodził się i po chrzcie nazywali się: Mieczysław, Regina i Jan Żółkiewscy - Wajc. Ale jeszcze nadal trwała okupacja. Pewnego dnia przyjeżdża do mnie na podwórko jakaś furmanka, a na tej furmance jest dwóch uzbrojonych partyzantów, furman i ojciec tego dziecka, które u mnie się chowa i przychodzi do domu, przyznaje się do dziecka, że jest jego ojcem i prosi żebyśmy pojechali na chrzciny. Partyzanci i mieszkańcy tej wioski urządzili chrzciny nawet z orkiestrą i było bardzo dużo ludzi, tańczyliśmy i bawiliśmy się.
W roku 1944 w lipcu Niemcy przegrali wojnę i już od nas pogoniły ich wojska polskie z ruskimi. Mieczysław Żółkiewski - Wajc był dobrym krawcem, nie wyjeżdżał nigdzie, robił usługi dla ludności, którzy się nim i jego rodziną opiekowali za okupacji i dla wszystkich szył. Cieszył się że całą rodziną przeżyli wojnę. Po wyzwoleniu został zabity, a Regina Zółkiewska - Wajc wdowa - wychodzi za mąż za Polaka, zwykłego rolnika, lecz życie się jej nie układa - ucieka ze starszym chłopcem, synem Jasiem do Łodzi [dów zabierali wprost siłą.. ?] i tam poznaje Żyda i pyta się mnie czy ten jest ładniejszy i wychodzi za niego za mąż.
To dziecko co podrzucili do mnie, nie zabiera go - wprost wyrzeka się dziecka, które pozostaje u mnie i ładnie się chowa. Nie wszyscy chętnie na to patrzyli, że my trzymamy żydowskie dziecko. Byli ludzie dobrzy i źli. Ale jeden wypadek utkwił nam w pamięci. Kiedyś nieznany mężczyzna jechał na furmance, skoczył z niej i chciał uderzyć chłopca batem mówiąc: po co trzymacie tego żydziaka. W tym czasie mąż naprawiał dach na mieszkaniu, szybko zeskoczył, nie dał dziecko uderzyć i zabrał je do domu.
Także i my nie mieliśmy lekkiego życia, byliśmy biedni wyniszczeni przez wojnę. Dziecko - mały Zygmuś miał już 6 lat. Jest rok 1948, Organizacja żydowska jeździ i zabiera od Polaków dzieci i starszych Żydów, których Polacy poświęcili się ukrywać. Przyjechali i do mnie zabrać dziecko - małego Zygmusia, którego wychowywałam od 7 miesięcy do 6 lat. Pierwszy raz nie daliśmy, drugi raz podjechali trasówką - nie daliśmy, dziecko schowałam. Trzeci raz podjechali, nie chciałam oddać, tak się wprost rzucali, sprawa została rozstrzygnięta, że zmusili nas i zabrali dziecko, które nie chciało jechać. Zygmuś płakał, trzymał się mnie, ale przynieśli mu dużo cukierków i czekolady i uspakajali do, że mu będzie dobrze. W końcu doszło do tego, że musiałam jechać razem z nimi i z dzieckiem do Łodzi, bo chciałam wiedzieć jaki dalej będzie jego los nieszczęśliwego Zygmusia i gdzie go zostawią.
Dziecko zostało umieszczone w Domu Dziecka pod adresem: Łódź Helenówek, ul. Krajowa 15. Jeżdżę do Łodzi często i śledzę co dalej w Domu Dziecka się dzieje. Zygmuś bardzo tęskni za domem, bo się przyzwyczaił do nas, na mnie mówił mama, na mojego męża tatusiu, a na moją mamę babusiu. Posyłam mu pieniądze, paczki, na co mam do dziś dowody. Na dowód tego mam list od Zygmusia własnoręcznie do mnie napisany i jego zdjęcie z Domu Dziecka. List jest tej treści: "Kochana mamusiu, dziękuję za list i pieniądze i paczkę. Cieszę się, że do mnie przyjeżdżacie. Przywieź mi latarkę. Niech babcia nie płacze bo mi tu jest dobrze. Kochana mamusiu pieniądze dałem do trzymania pani Marysi i zawsze dostanę od pani ile będę potrzebował, aby sobie coś kupić. Chyba się o to nie gniewasz. Czekam z utęsknieniem na ciebie, bądź zdrowa. Całuję Cię mocno. Ukłony od Zygmusia i pani Marysi".
Jest rok 1952, jadę do Łodzi do Domu Dziecka - przyjeżdżam a Zygmusia nie ma. Pytam gdzie jest - nie chcą powiedzieć. Jadę drugi raz - nie chcą Żydy powiedzieć. Jadę trzeci raz i nie ustępuję - gdzie on jest, nie mogą się mnie pozbyć - nareszcie kierowniczka tego Domu Dziecka woła mnie do oddzielnego pokoju, żeby nikt nie słyszał i mówi żebym nikomu nie powiedziała że to ona dała mi adres. Powiedziała, że zabrał go "enkawudysta" Żyd i że go usynowił bo nie mają swoich dzieci. Podała nazwisko, ulicę i nr. domu w Warszawie.
Jadę więc do Warszawy, widzę go na balkonie, poznał mnie, płacze. Zeszedł do mnie, przywitał się - ma już 10 lat. Przyszła jego przybrana matka, poprosiła mnie do pokoju, on się położył i płakał, a ona się mnie pyta kim jestem, a on powiedział, że to moja mamusia. Przyjęła mnie, ale powiedziała, żebym się więcej nie pokazywała bo mnie spotkają nieprzyjemności. Bałam się tych ludzi i straciłam kontakt z Zygmusiem.
Jestem starą kobietą, liczę lat 74 , żyję samotnie, tęsknię i poszukuję go. Pisałam do Instytutu Żydowskiego, nic mi nie odpisali. Pojechałam i prosiłam, mieli ogłosić w "Fołks-Sztyme", ale im się nie śpieszy. Żyda im wychowałam - po co ja im teraz potrzebna. Szkoda mi moich wieloletnich trudów, bo małe dziecko wychować w tak ciężkich i trudnych czasach to trzeba dużo poświęcenia. Zabrali go niedobrzy ludzie i niewdzięczni, bo gdyby mieli choć trochę delikatności i serca to na pewno porozmawialiby z Zygmusiem, i wspomnieli czasem jego życiorys. A nawet powinni do mnie napisać i zawiadomić co się dzieje z Zygmusiem. Mnie nie chodzi o żadne wynagrodzenie, ale o zwykłą ludzką wdzięczność, za to że uratowałam życie tak małemu dziecku (miał tylko 7 miesięcy). W tamtych czasach na taki wyczyn chyba nikt by się nie zdecydował. Jest mi bardzo przykro, że tak mnie potraktowano i nie pozwolono nawet się z nim widywać.

Pani Leszczyńska zmarła samotnie w Świdniku. Przed śmiercią za jej bohaterstwo Yad Vashem przyznał jej medal "Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata".



Strona Główna Judaica

Wszelkie prawa zastrzeżone.