Strona Główna



Helena z Batorskich Krukowska

ON JEST RUBIN...

Rodzice Heleny z Batorskich Krukowskiej z Zaporza ukrywali podczas wojny dwóch żydowskich chłopców z Radecznicy - Motka, nazwiska którego nie udało się ustalić, oraz Rubina Wajnsztoka. Rubin przeżył wojnę - losy Motka nie są znane. Staraniem Rubina odsłonięto w Radecznicy tablicę upamiętniająca mord miejscowych Żydów
Motywy jakimi kierował się ojciec Heleny - Wojciech Batorski są bardzo czytelne - to Żydzi jemu jako małemu chłopcu uratowali życie - później będąc dorosłym i odpowiedzialnym człowiekiem mógł się tylko zrewanżować - co zrobił. Było to tak - opowiada p. Helena:" gdy ojciec miał dwa lata, a mój dziadek ożenił się z trzecią kobietą; o dzieci nikt tak dawniej nie dbał jak teraz. Tutaj za naszym domem puszczali z góry ukopem muł - zamuliło, to było takie rzadkie, mój ojciec miał wtedy dwa lata - wybiegł z domu i wpadł w to namulisko. Tylko głowę było mu widać, ale przechodzili tamtędy Żydzi i wciągnęli go stamtąd - uratowali mu życie.

***

Żydzi chodzili po wsi - kupowali od gospodarzy zboże, młode cielęta. Do naszego domu przychodziła Żydówka - Mośkowa, brała mleko. Siadała sobie na progu i czekała aż mama wydoi krowę, oczywiście mama doiła do jej garnuszka.
W Radecznicy Żydzi mieli synagogę - w środku tam nie byłam, widziałam tylko jak chodzili się tam modlić. Z moim znajomym Żydem chodziliśmy razem do szkoły. Często biegliśmy do jego rodziców jak chciało nam się pić. Wtedy nie było żadnego napoju typu oranżada - jego mama dawała nam wodę słodzoną sacharyną.

***

On jest Rubin, ja byłam u niego w Izraelu z miesiąc czasu. Sam przeżył wojnę. On się u nas ukrywał. Miałam 14 - 15 lat wtedy, jak Niemcy wybijali Żydów. Oni uciekali, chowali się w Radecznicy, po piwnicach... Rubin uciekł z kolegą - ich rodziców wybili Niemcy; a on z Motkiem - nie wiem, czy Motek to było imię, czy nazwisko, tak na niego wołali uciekli. To było zimową porą, śnieg już poleciał, pierwszy śnieg, ziemia zamarzła.
My mieliśmy kartofle - jak biegnie droga do Podlesia , to na polu jest taki ukop - tam trzymaliśmy kartofle. Dawniej to nie było piwnic, chyba, że ktoś był bogaty, to sobie postawił. Biedniejsi wykopywali w pagórze dół i tam się trzymało. Robiło się przy tym taki wiecheć ze słomy , którym zatykano wejście. Na nim robiło się taki daszek z desek, żeby łatwiej było wejść do środka.
W dniu, kiedy Rubin z Motkiem uciekli z Radecznicy mama powiedział do mnie - pójdziesz do ukopu, będziesz wyciągać kartofle, a ja później to będę od ciebie odbierać.. Poszłam Wzięłam ten wiecheć słomy, którym było zatkane wejście do dołu, ciągnę, a pora, która była tam w dole buchnęła na mnie, bo ich tam było dwóch w środku na dole, a to było zimą... Jak buchnęła na mnie para i oni się poruszyli, mnie się przedstawiło, że tam w dole jest krowa... Rzuciłam ten snopek słomy i w nogi od tego dołu. A on zaczął krzyczeć: "Helu, Helu, czemu uciekasz. Nie uciekaj. Nie uciekaj. " więc wróciłam.
Przychodzę - podejdź, mówi tutaj bliżej do dołu. Podeszłam. Widzę, że to on. Ty wiesz co - zwraca się do mnie - nie mów nic. Patrz. Tutaj uciekliśmy, bo chcieli nas zabić. Schowaliśmy się do tego dołu. Do was. Tylko nic nie mów, że tu jesteśmy. Nie mów nic. Nie powiesz? Odpowiedziałam, że nie.
Proszą mnie bym poszła do domu i powiedziała rodzicom co się stało, oraz poprosiła ich, by oni także nic nie mówili. My posiedzimy do wieczora - mówią, i jeszcze przynieś nam kawałek chleba. I tak było. Poszłam do domu i mówię tak i tak było. Mama mówi: "to trzeba ich wziąść, ale nieszczęście...", a ojciec mówi:" po co oni tam wleźli..., przecież jakby ktoś wiedział to by nas wybili"; w Gruszce Zaporskiej wybili całą rodzinę Sulowskich za to, że ukrywali Żydów.
Gdy opowiedziałam rodzicom co się stało, poszłyśmy z mamą nabrać tych kartofli - on tam na dole nakładali i podawali nam na górę. Jak się zmierzchnie - powiedzieli na odchodnym, to przyjdziemy do domu, tylko nigdzie nie mówcie, że my tu jesteśmy. Mówimy z mamą - dobrze, my sami się boimy , nie będziemy mówić, chyba, że ktoś zauważy...
Po zapadnięciu zmierzchu Rubin i Motek przyszli do naszego domu. Rubin przyniósł wtedy halkę - jak byłam teraz w Izraelu, to resztki (już stare łachmany) mu zawiozłam na pamiątkę; bratu dał koszulę męską. Przecież w wojnę nie było ubiorów - wszystko lniane było. Mój ociec też chodził w lnianych koszulach, a kalesony były zgrzebne. Ten drugi, Motek - nic nie podarował.
Rubin nie był podobny do Żyda, tylko wyglądał jak Polak - ładny był na twarzy. Ich cała rodzina taka była - mama i ojciec. Jego siostra miała na imię Sura. Jak ona ładna była, cudna była dziewczyna. Jak Niemcy nie dawali nigdzie jeździć - ona do Warszawy jeździła na handel. Nie podobna była do Żydówki dlatego jej się udawało. Nałożyła kożuch, futro, opasała się mięsem, kiełbasą... Pociągiem jeździła, czasem ją ktoś samochodem podwiózł do stacji.
Jeździł z nią z Gaju Gruszczańskiego Kruk, ale on prawdopodobnie nie żyje. Ona umiała po niemiecku - bo to Żydówka, dość, że jeździli oboje - ona handlowała, on jej w tym pomagał. To była piękna Żydówka. Piękna powiem. Nie przeżyła.
Pod koniec wojny Sura wyszła za mąż. Ładny był jej mąż, ale już podobny do Żyda, zarost miał taki czarny... Dzieci nie mieli. Jak zaczęły się rozruchy, jak zaczynali bić Żydów, to ona przyszła do swojej rodziny.
Tutaj w Radecznicy był posterunek, była policja, przyjeżdżali tez Niemcy. Ci policjanci wiedzieli o Żydach. Może im ktoś doniósł. Przyjechali Niemcy - dużo Żydów zegnali; to wszystko działo się w lasku, tutaj za kościołem na górze, tam, gdzie jest teraz park. Razem z tą grupą wzięli Sarę z mężem. Ona była taka piękna i tak się prosiła, żeby ją puścili - obiecali, że ją puszczą, i chcieli, ale ona koniecznie chciała z mężem. Trzy razy ją odpychali, ona odchodziła i wracała, w końcu wzięli ją razem ze wszystkimi i rozstrzelali....
Jak ichwybili, to wszyscy, kogo spotkali po drodze, a może to byli wyznaczeni ludzie, to ten spotkany musiał brać na furmankę tych rozstrzelanych Żydów i wieźć. Zwozili ich tutaj, gdzie jest teraz pomnik [tablica pamiątkowa wystawiona przez ocalonego Rubina]. Taki malutki.
W miejscu tego pomnika stał kiedyś dom, drewniany, taki stary. Jak Żydów wybili, to za tym domem Niemcy kazali wykopać doły. To były takie duże doły - tam kazali zwozić zabitych, i tak prosto z wozu zrzucali ich, jak kto poleciał. Niemcy stali nad dołem; mieli wapno i posypywali nim zwłoki. Nie tylko Niemcy, Polacy też musieli posypywać tym wapnem. Na tych posypanych układali druga warstwę zabitych...

***

Niemcy odjechali, ale partyzantka jeszcze była - tutaj w Gaju [Gruszczańskim] był tez obóz niemiecki [zgrupowanie?] - tak się rozciągnęli po gospodarzach, kwaterowali. To partyzanci zaczęli bić [strzelać] do tego Gaju, do tych Niemców. Niemcy otworzyli ogień - kule zapalające i dlatego Radecznica się spaliła, spalił się również ten żydowski dom.

***

Jak u nas był Rubin w tym dole przez kilka dni, to myśmy się bali. Nie mieliśmy miejsca by ukrywać go w domu - mieszkaliśmy w kuchni, było nas czworo. Baliśmy się, żeby ktoś nie zobaczył.
W końcu przyszli do nas wieczór, a ojciec mówi tak: powiem wam, jak swoim dzieciom. Ty, zwrócił się do Rubina - nie jesteś podobny do Żyda, ty jesteś jak Polak. Ciebie Niemcy nie poznają; nikt nie pozna, że ty jesteś Żyd. A ty - do drugiego - podobny jesteś do Żyda, kto spojrzy, pozna że jesteś Żyd i przy tobie zabije Rubina jak będziecie razem.
Ja radzę tobie tak, mówi ojciec Rubinowi - po mojemu , przyjmą cię na roboty do Niemiec. Dam ci skierowanie i musisz stąd wyjechać na te roboty. Inaczej nie przeżyjesz. Ja się w Radecznicy pokażesz, to cię wydadzą. Ja cię nie zabije, ale ludzie cię zabiją. Posłuchaj mnie, jesteś jeszcze młody chłopak, jak się posłuchasz to przeżyjesz.. A on na to: dobrze, to jak mi pan radzi?
Mój ojciec mówi tak: zbieraj się do Biłgoraja, na piechotę - to było zimową pora, samochodów wtedy nie było. Zimno, mróz, że nie wiem co. Rubin mówi - jak ja pójdę, jak się ubiorę, jak uciekł z domu, to nie miał na sobie cieplejszego ubrania. Ojciec mówi - dam ci koszulę- lnianą, żeby nikt nie poznał że ty do Żyda podobny, moja żona da ci kalesony lniane, spodnie ci dam - moje , chłopskie, buty , bo on miał byle jakie kamasze.
Jego rodzina była biedna; ojciec Rubina był krawcem - komu zładował buta, ten ktoś dał mu mleka, albo śmietany, mąki, kartofli, żyli tak.... Z początku, to nawet nie mieli gdzie mieszkać, biedni byli tacy.... Bogaci w Radecznicy to byli Herszczki - to mieli sklepy. Za bóżnicą mieszkali bogaci Żydzi, sprzedawali , handlowali. Jeszcze jak do Pierwszej Komunii szłam, to moja mama poszła tam i wzięła dla mnie takie pończochy , rajstop wtedy nie było, takie białe. Wzięła od nich na burg, i mówi: trochę mlekiem, trochę tym - oddam. Bo ciężko było. Moi rodzice dorabiali się.
Rubin posłuchał się mojego ojca. Mama poszukała koszule, kalesony - lniane to wszystko było. Ojciec dał swoje buty, spodnie, czapkę. Mówi do Rubina - pójdziesz. No ale jak ja pójdę? Śniegi , wszędzie drogi zasypane. Ojciec mówi - może ktoś będzie szedł, może będzie jechał konno. Zapytasz się, może ktoś cię weźmie na sanie. I tak było.
Opowiadał później, że jak szedł to szedł ktoś inny, potem ktoś najechał saniami i trochę się na te sanie przysiadł. A resztę się dopytał. Doszedł do Biłgoraja. Jak odchodził to się przebrał - a moja mama miała na szyi , na takiej nitce lnianej może pięć, może sześć medalików nawleczonych. Zdjęła z szyi ten sznureczek, wzięła nitkę, nawlokła medalik i mówi: "dziecko,ja ci dam tę Matkę Boską i tego Pana Jezusa na szczęście i przyczepię ci do szyi, żeby cię Bóg i ta Matka Boska szczęśliwą droga prowadzili".
Doszedł do Biłgoraja, dopytał się, gdzie przyjmują do Niemiec na roboty. Jak przyszedł tam, to musiał się zapisać. Ta kobieta, co zapisywała, chyba się pomiarkowała, bo tak się uśmiechała... Ale nic nie mówiła, że on to Żyd. Badania miał w Biłgoraju. Ta kobieta dała mu skierowanie, zapisała go. Było tam jeszcze kilka osób. Zabrali ich na samochód i przywieźli do Lublina.
W Lublinie gdzieś ich wzięli, znowu spisali, kazali się rozebrać i do kąpieli. W Niemczech był dwa i pół roku - nikt nie wiedział, że on jest Żydem i on się nie przyznał. Chodził wszędzie rozmawiał. Jedna Niemka koniecznie chciała by Rubin ożenił się z nią; jej męża zabili na wojnie, otrzymała wiadomość , że nie żyje. Ona miała fabrykę i koniecznie chciała, by się z nią ożenił. Myślała, że jest Polakiem. Rubin rozmawiał z nią, ale się obawiał, że jak się dowiedzą, że jest Żydem, to go zabiją. Polaków nie lubili, a co dopiero Żydów. To się nie przyznał i nie chciał się żenić. Później poznał czeską Żydówkę i z nią wyjechał do Czech. Mieszkali w Czechach, potem wyjechali do Izraela.
Jeździłam do Rubina do Izraela. Tam mieszka wielu Żydów z Polski. Jak się dowiedzieli że ja jestem z ich stron, to chcieli ze mną się spotkać - Żydzi z Widniówki, z Kłaniowa [Chłaniowa?], była jedna Żydówka z Czernięcina...
Rubin przeżył wszystko, i ten strach i tych Niemców. On się teraz zapomina, nie może pisać. Ze dwa lata temu przysłał list - tak trudno było go odczytać, że trzeba było się domiarkować [domyślić]. Pisał, że zapomniał jakie stawiać litery.




Strona Główna Judaica

Wszelkie prawa zastrzeżone.