Strona Główna



TO TRUDNO ZAPOMNIEĆ

Helena i Julian Grzesikowie

By nas nie wywieziono na roboty do Niemiec, z tomaszowskiego ojciec przywiózł mnie z bratem do Lublina na kursy rzemieślnicze; od lutego 1942 roku byliśmy na sześcio - miesięcznym kursach, brat czapniczym, ja cholewkarskim.

EUGENIUSZ HOSTMAN   ADAM KOSIOR

Zajęcia odbywały się przy ul. Kapucyńskiej 6. Dyrektorem był prof. Świca. Mieszkaliśmy przy ul. Lubartowskiej 24. Bursą, w której oprócz nas zamieszkali inni kursanci opiekował się bratanek Macieja Rataja (wtedy nie wiedziałem kim był Maciej Rataj, rozstrzelany przez Niemców w Palmirach.
Posiłki wydawanonam przy ulicy Zielonej - tu, gdzie obecnie mieści się "kuchnia brata Alberta"- ach, jakie były smaczne! W zamian za to przywoziliśmy ze wsi produkty żywnościowe do magazynu Rady Głównej Opiekuńczej , który mieścił się tam, gdzie obecnie znajduje się Teatr Lalki i Aktora.
Zawodu uczyli nas instruktorzy Żydzi - jak Goldman z Łodzi; inteligentny, znał się na rzemieślniczej robocie. Żydzi przychodzili z getta by nas uczyć. Byli niesamowicie smutni Nie zapomnę tej chwili jak musieliśmy się z nimi pożegnać - myśleliśmy jak im pomóc. Jak ocalić, dokąd z nimi pójść? Serce się krajało. Człowiek był bezsilny.
Getto obstawioneposterunkami, znajdowało się po prawej stronie ulicy Lubartowskiej, jedną z bram była na ulicy Grodzkiej.
Raz gdy byłem na Starym Mieście, widziałem Żydówki, młode, wystraszone patrzyły na mnie. Strach było podejść. Kennkarty nie miałem, tylko jakieś zaświadczenie z gminy - to nie był dowód. Człowiek bał się by go nie złapali.
Pamiętam, było to w marcu, rano wychodzimy z bursy, a tu getta niema! W nocy je zlikwidowali. My młodzi sen mieliśmy mocny i nic nie słyszeliśmy. Widziałem zabitą Żydówkę. Straszliwie pusto, okna pootwierane. Oni tej nocy przerzucili Żydów na Majdan Tatarski. Od przed wojny były tam slumsy; jak się jechało pociągiem to było je widać. Pan Jerzy Makowski, właściciel kina "Rialto" (Stary Teatr) mówił nam, że chociaż mieszkali przy gettcie na Jezuickiej, również tej nocy niczego nie słyszeli. Zlikwidowali getto jednej nocy.

***

Po skończonym kursie stanąłem przed dylematem co dalej? Mogłem pracować w fabryce obuwia przy Placu Bychawskim, ale tam kradną - tak mało płacili, że każdy kradł - zaprotestował mój ojciec - Na złodzieja nie będę cię kierował. W tej sytuacji instruktor Łakomski wziął mnie do zakładu obuwniczego przy Krak. Przedmieściu 58, w którym sprzedawano i naprawiano obuwie dla Niemców. Wcześniej właścicielem był pan Bogusław, który w Lublinie wytwarzał najlepsze buty. Po nim przejął go Władysław Olszewski.
Sklep był od frontu - wejście od ulicy, na zapleczu była pracownia cholewkarska, a w suterynie warsztat szewski. Obok znajdował się sklep warzywny również dla Niemców. Spałem w pracowni a jedzenie przygotowywałem sobie w warsztacie szewskim.
Do sklepu przychodzili różni Niemcy, ale nie miałem z nimi kontaktu, czasem przynosili skóry do obstalunku, w tym oficer gestapo. Tłumaczyłem mu co można zrobić z przyniesionej skóry. Po jakimś czasie otrzymałem wezwanie do stawienia się na gestapo przy ulicy Uniwersyteckiej (tam gdzie mieści się Muzeum martyrologii "Pod Zegarem"). Co robić? Stoczyłem wewnętrzną walkę. Uciekać? To właściciela zmuszą do podania mego nazwisk i skąd pochodzę.
Nie mając innego wyjścia poszedłem do hallu zajmowanego przez nich gmachu. Było tam dużo ludzi, pokazałem tłumaczowi wezwanie. Po chwili powrócił i kazał mi iść do domu. W ten sposób usiłowali mnie wypróbować. Widocznie w ich ocenie jeżeli przyszedłem to znaczy, że jestem w porządku.

***

W czasie panującego głodu w Warszawie i Lwowie, wszyscy jeździli za żywnością na Lubelszczyznę - przyjeżdżała głodująca Warszawa, a lwowiacy jeździli w Hrubieszowskie i tam gdzie była lepsza gleba i większy zasób żywności. Stacje węzłowe były pułapkami dla tych, którzy zostali zmuszeni jeździć tak daleko po niewielkie ilości żywności. Na trasie bywały łapanki, a najbardziej zagrożonym miejscem dla warszawiaków był Dęblin. Nazywano go wtedy "Gołocinem", z tego powodu, że tutaj zabierano zatrzymanym wszystko. Inne newralgiczne punkty to: Rejowiec i Zawada - gdy przejechało się je bezpiecznie to pasażerowie czuli się szczęśliwymi.
Zmuszeni byliśmy z bratem często jeździć po żywność koleją do Bełżca i stąd do rodziny pod Tomaszowem. Z powrotem, po godzinie policyjnej oczekując na nocny pociąg do Lublina, przebywaliśmy w poczekalni na stacji Bełżec, gdzie kręciło się wielu ukraińskich i niemieckich członków załogi obozu zagłady. Chociaż nie orientowaliśmy się co się tu działo, ale rzucała się w oczy obecność prostytutek.
Pewnej niedzieli kolejka wyjazdu wypadła na brata, ale zadecydowałem, że tym razem ja pojadę. Na Krochmalnej 5 z domu mojego znajomego obserwowałem dworzec czy nie ma łapanki. Przed wejściem przechadzał się żandarm wojskowy z Feldpolizei z blachą na piersi.
Zbliżała się godzina policyjna, nie mając innego wyjścia wchodzę na dworzec a tu łapanka. Usiłuję się gdzieś prześliznąć, ale wszystkie wyjścia obstawione posterunkami. W końcu musiałem przejść na poczekalnię. Zobaczyłem ludzi zgrupowanych na trzy części. Jedna, gdzie byli już sprawdzani stała przy wyjściu na peron, grupa przeznaczonych do wywiezienia po prawej stronie, za obecną kasą międzynarodową, a trzecia, sprawdzona (cały tłum), tam gdzie obecnie są kasy biletowe. Nie mogąc tkwić na środku i nie wiedząc o tym stanąłem po prawej stronie do tych przeznaczonych do wywózki. Zobaczył to podoficer SS Ślązak - spojrzał na mnie i niemal krzyknął: po coś tu stanął. Uprzednio zobaczyłem znajomego gestapowca, tego, który przychodził do naszego sklepu. Okazało się, że on jest komendantem i kieruje akcją tej łapanki.
Zwróciłem się do Ślązaka słowami: Ja tego pana znam, ten spojrzał na mnie z niedowierzaniem, wziął za rękę i poprowadził do gestapowca i coś mu mówił. Wówczas powiedziałem do oficera: "ich bin Scheftemacher, arbeite für Olszewski". Wtedy on odezwał się po polsku! (nigdy w sklepie nie zdradził się, że rozumie język polski) stawaj tam i wskazał mi grupę tych, którzy byli już wylegitymowani. Odetchnąłem z ulgą. Gdy nas wypuścili na peron postanowiłem, że do Lublina nie powrócę i Niemcom żywcem nie dam się pojmać.
Nazajutrz cały Lublin wiedział, że na dworcu była łapanka. Brat chodził przed składem towarowego pociągu, w wagonach którego byli przetrzymywani z łapanki i inni aresztowani, którzy wyrzucali kartki do rodzin. Na jego wołanie nie mogłem odpowiedzieć, bo byłem już daleko od Lublina, który miał nam zapewnić bezpieczeństwo. Zawsze gdy bywam na dworcu, to wszystko stoi mi przed oczyma, dramat ludzi i grozę tamtych strasznych czasów. Obecnie sympatyczny lubelski dworzec nie przemawia do naszej młodzieży. Część kolczykowanej, narkotyzującej się, znajduje przyjemność w staczniu się do błota i obce jej są ideały, które nas wówczas uskrzydlały i pozwalały przetrwać. Przeżyłem tylko jedną łapankę, a w samym Lublinie przecież było ich tak wiele.

***

Pewnego dnia do naszego sklepu wpadł jakiś goniony przez Niemca młody człowiek. Pokazaliśmy mu by zszedł do sutereny, stamtąd szewcy wskazali mu wyjście na podwórze. Za nim wpadł żandarm z parabellum w ręku - chodził i szukał. My staliśmy bojąc się głośniej oddychać - za tamtego mogli wziąć każdego z nas. Gdy taki Niemiec szedł chodnikiem, trzeba mu było zejść na bok.
Innym razem przyszedł do warsztatu Niemiec z dozoru Majdanka. Bardzo obrzydliwej postury, przypominał buldoga, taki miał odpychający wygląd. Ubrany był po cywilnemu, w pumpy. Szewc Wójcik, powiedział do kolegi, zrób szybciej by szwab prędzej poszedł. Wówczas Niemiec czystą polszczyzną zapytał: "źle ci tutaj, czy chcesz pójść do koryta?". Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy co to słowo oznacza, czy stół przy krematorium, czy coś innego. Skończyło się tylko na strachu i po przejmującej ciszy Niemiec poszedł. Kto mógł przypuszczać, że umie mówić po polsku!

***

Byłam na Majdanku zaraz po wyzwoleniu opowiada Helena - widziałam dużo zwęglonych ciał, nawet matkę z niemowlęciem w ramionach - to było straszne. Milczy...
Urodziłam się w Lublinie - zaczęła po chwili już spokojnym głosem. Do szkoły uczęszczałam przy ulicy Długiej, na Kośminku w dzielnicy robotniczej. W szkole miałam przyjaciółkę Żydówkę o imieniu Chajka, nie pamiętam jej nazwiska. Moi rodzice mieli sąsiadów Żydów - ich sklep znajdował się przy ulicy Długiej. U tego Żyda mama robiła zakupy "na kredyt". Ona prowadziła swoje rachunki w takim zeszycie, on swoje. Pod koniec miesiąca podliczano i mama płaciła należną sumę. Że sklep istnieje przy ul. Długiej wiedzieli tylko sąsiedzi i mieszkańcy tej ulicy. Od frontu nie było szyldu, dlatego, że studenci często bojkotowali żydowskie sklepy.
Współżycie z Żydami układało się bardzo dobrze. Nie pamiętam jego nazwiska, ale pamiętam różne smakołyki jakie Heinyk przynosił moim rodzicom. Takimi szczególnymi okazjami do obdarowywania były różne święta żydowskie, a także drobne sprzeczki i zatargi, wtedy Żyd przychodził z czekoladą na przeprosiny i znów było dobrze.
Nie znaliśmy antysemityzmu w naszej dzielnicy, wszyscy wzajemnie się tolerowali, pomagali sobie. Mieliśmy też sąsiadów Niemców; przypominam sobie nazwisko Heleny Rindfleisz.
Po ukończeniu czterech klas poszłam do Szkoły Ćwiczeń przy Seminarium Nauczycielskim, która mieściła się w obecnym budynku Lubelskiego Archiwum Państwowego. Do "ćwiczeniówki" uczęszczały córki lubelskiej elity - m. in. Anna Lewin, córka znanego ginekologa lubelskiego, córki adwokatów, dyrektorów. Zaprzyjaźniłam się z Noemi, córką prezesa sądu. W szkole tej był zwyczaj, że przed rozpoczęciem lekcji młodzież odmawiała krótką modlitwę i śpiewała pieśń "Kiedy ranne wstają zorze..."; dziewczęta żydowskie przychodziły wtedy później na zajęcia

SZKOŁA HANDLOWA

Po ukończeniu "ćwiczeniówki" uczęszczałam do Gimnazjum Sióstr Kanoniczek na Podwalu. Kontakt z grupą dziewczyn ze Szkoły Ćwiczeń urwał się wtedy zupełnie. Zaczęłam pierwsza klasę, nastał rok 1939. Niemcy zabrali budynek, gimnazjum zlikwidowali. By ratować mnie przed wywiezieniem na roboty do Niemiec (miałam wtedy 14 lat) rodzice zapisali mnie do Prywatnej Szkoły Handlowej kierowanej przez panie - Sobolewską i Rolińską.
Tutajuczyły się także dzieci uciekinierów - m. in Opalińskich. Pamiętam profesora Andrzeja Kołaczkowskiego, uczył nas języka niemieckiego; znał ponadto kilka języków skandynawskich. Zajęcia z języka polskiego prowadziła Jadwiga Kisielewicz, osoba młoda, ale bardzo smutna. Dopiero po wojnie poznałam przyczyny jej smutku. Często ostrzegała nas przed łapankami. Pewnego razu dwie dziewczyny ze szkoły zostały złapane, przetrzymywano je na Krochmalnej - stąd już tylko wywożono na roboty do Niemiec! Pani Kisielewicz, doprowadziła do ich zwolnienia; uratowała też jakiegoś fryzjera, który ukląkł przed nią prosząc o ratunek. Smutek mojej nauczycielki brał się stąd, że została zmuszona do pójścia na współpracę. Niemcy aresztowali jej brata - warunkiem jego zwolnienia miała być jej współpraca z nimi. Ale ona raczej pomagała Polakom aniżeli ich wydawała. Po wojnie zabili ją pod jej własnym domem - ratowała brata, zginęła sama. Taka to historia mojej nauczycielki.
Najgorsze były samosądy kontynuuje Helena. Pamiętam tuż po wyzwoleniu gdy chodziłam do pracy Alejami Zygmuntowskimi wiele razy widziałam zabitych ludzi. Część z nich była ofiarami sowieckich żołnierzy, którzy dopuszczali się grabieży i gwałtów, ale jak dowodzi powyższy przypadek bez procesu ginęli też ludzie z polskich rąk.
W roku 1942/43, zachorowałam i leżałam w szpitalu przy ul. Staszica. By zrobić miejsce dla rannych żołnierzy niemieckich spod Stalingradu, przeważnie z odmrożeniami rąk, uszu, nosa, stłoczono chorych Polaków w jednym z oddziałów budynku szpitalnego.. Znałam niemiecki, trochę z nimi rozmawiałam. Przeklinali oni wojnę i Hitlera.

***

Gdy na początku września (1939 roku) Niemcy bombardowali Lublin, byliśmy w Pszczelej Woli. Wówczas zginął dziadek, babcia była ranna. Po naszym powrocie za jakiś czas ojciec tak został pobity przez Niemców, że dostał wstrząsu mózgu i padaczki. Znalazł się w szpitalu, nikogo nie poznawał - mnie brał za Żydówkę i kazał ukryć
Żydzi, gdy zaczęli ich prześladować przyszli do nas z prośbą o ukrycie liturgicznych przedmiotów (tałesy, świeczniki...). Pod podłogą naszej kuchni znajdowała się piwnica. Któregoś dnia sąsiad powiedział matce, że jakiś człowiek pytał o ukryte rzeczy. Niech pani uważa - ostrzegł. Na jej prośbę Żydzi przyszli wieczorem i zabrali to wszystko. O czwartej nad ranem łomot do drzwi i weszło trzech Niemców, którzy przeprowadzili rewizję. Ale mama już spokojnie odpowiadała na pytania wiedząc, że nic jej nie grozi. Odchodząc przestrzegali, że jak na drugi raz coś znajdą, to będzie nasz koniec.
Z za Buga uciekła i zamieszkała u nas 5 osobowa rodzina brata matki. W małym 15 m. pokoju mieszkało nas dziewięcioro - wieczorem, jak sardynki układaliśmy się na podłodze. Któregoś dnia przyszła Żydówka z dzieckiem, przenocowała jedną noc, ale w takich warunkach nie byliśmy w stanie ją ukrywać.

***

Dnia 3 listopada 1943 idąc z Kośminka do miasta ul. Fabryczną - relacjonuje Helena, spotkałam kolumnę eskortowanych przez własowców i Niemców jeńców wojennych, Żydów, żołnierzy polskich z obozu przy ul. Lipowej prowadzonych na Majdanek.
W pewnym momencie kolumna się załamała i na dany sygnał jeńcy zaczęli uciekać w lewo do parku na przeciw kościoła i do uliczek domów na starych Bronowicach. Na skutek strzelaniny i chaosu jaki się wytworzył, wszyscy którzy wówczas znaleźli się w pobliżu, padli na ziemię, a kule gwizdały nad naszymi głowami. Gdy ustała strzelanina i ponownie sformowano kolumnę, którą poprowadzono na egzekucję, jaka się tego dnia odbywała na Majdanku, szybko udałam się do miasta. Po drodze widziałam ciała zabitych jeńców i pod mostem rannego.
Relację z tego dramatycznego wydarzenia, którego byłam świadkiem, złożyłam w Muzeum na Majdanku. Proszono mnie, by potwierdzili ją dawni mieszkańcy tej dzielnicy. Niestety nie mogłam ich odnaleźć. Dopiero z książki Ewy Bronisz Pikało "Dzień 9 Aw" wydanej w Lublinie w 1995 roku, na s. 119-121 dowiedziałam się o wsparciu udzielonym wówczas jeńcom przez kilku członków polskiego podziemia z Bronowic, pod kierunkiem Edwarda Pszczoły, zapomnianego bohatera, do dziś mieszkającego przy ul. Łęczyńskiej. Dzięki nim kilku jeńcom udało się wówczas zbiec i ujść masakry na Majdanku.

***

3 listopada 1943 roku wieczorem, obowiązywało wtedy zaciemnienie, zapukało do okna prosząc by ich wpuścić, dwóch SS - manów - to byli Ślązacy siłą wcieleni do armii niemieckiej. Poprosili by im pozwolić pozostać do rana. "Myśleliśmy, że pójdziemy na front walczyć jak żołnierze, a tu nam każą zabijać kobiety i dzieci. Nie wiecie co się teraz dzieje na Majdanku - giną dzieci, kobiety, starcy... krzyk, bałagan. Wyszliśmy w tym zamieszaniu z obozu - mówili bladzi i roztrzęsieni. My nie chcemy mordować ludzi." Jeden z nich dodał: "albo się zgłoszę na front, albo w łeb sobie strzelę, nie mogę na to patrzeć". Odeszli o świcie - byli z bronią, musieli tam powrócić.

***

Jak prowadzono na Majdanek więźniów, byli to dobrze ubrani Żydzi z Zachodu (z Belgii, Holandii) podeszłam do nich. Oni myśleli, że idą do pracy - powiedziałam im po niemiecku, że prowadzeni są do obozu koncentracyjnego. Niektórzy uwierzyli. Natychmiast odpędził mnie konwojent.
Później mówili ludzie, że niektórzy z nich rzucali do przydrożnego rowu swoje walizki - lepiej żeby znaleźli je Polacy niż miałyby trafić w ręce Niemców.

HENRYK DWORCZYK

Mój brat Henryk Dworczyk, jako uczeń wraz ze swoim majstrem pracował na Majdanku, kryjąc papą dachy baraków. Tam spotkał inżyniera z Warszawy, który z łapanki trafił na Majdanek. Rodzina nie wiedziała gdzie się znajduje. Brat przeniósł w bucie gryps z adresem jego rodziny.
Napisaliśmy do nich i przyjechała żona tego człowieka. Przebywała u nas przez tydzień, przygotowując jemu żywność, którą z kolei z wiadomościami Henryk dostarczał. Niestety, wkrótce przeniesiono go na inne pole i brat stracił z nim kontakt. Oddawał też swój chleb więźniom, a sam przychodził głodny do domu. Gdy na wartowni był pytany, po co niesie tyle żywności, musiał kłamać, że to dla majstra i pracowników.

***

Nie pamiętam roku, ale to było latem gdy zwolniono z Majdanka zakładników z Zamojszczyzny, którzy bądź za nieoddanie kontyngentu, czy na skutek represji za akty sabotażu, byli tam przetrzymywani. Ponieważ na Kośminku mieszkało wielu furmanów więc zajęli się przewiezieniem tych ludzi na plac przy ul. Długiej. Mieszkańcy solidarnie zaopiekowali się chorymi i słabymi przynosząc bieliznę, żywność i pieniądze. Zaangażowani byli wszyscy, nawet dzieci. Palono łachmany i przygotowywano kąpiel, gotowano kleik, herbatę a pielęgniarka p. Janina Wojciechowska zaopiekowała się chorymi. Zdrowi dostali pieniądze na podróż do domu, chorych kierowano do szpitali - to była wspaniała akcja pomocy, niespotykana dziś solidarność, jaką wykazali dla rodaków prości ludzie z Kośminka.

***

Na zakończenie swoich relacji Helena opowiedziała ukrywania Żyda - jeńca z ul. Lipowej.
Przy ulicy Długiej mieszkała kolejarska rodzina Thury, którzy w czasie zagrożenia ukrywali go w pokoju w szafie. Gdy Niemcy w poszukiwaniu zbiegów z Majdanka przeprowadzali rewizję w całej dzielnicy i przyszli do nich, ten w ostatniej chwili się ukrył, a gospodyni zaczęła wyrzucać z szafy ubrania, by Niemcy nie usłyszeli jego oddechu. Często wyprowadzali go na spacer, przebierając w damskie ubrania i mówiąc, że "to ciocia ze wsi przyjechała".
Sugerowałam ich córce Izabeli Statkiewicz, by pomna na pamięć rodziców ubiegała się o medal "Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata", ale teraz jest to utrudnione. Główny świadek, czyli ocalony Wolf Binder nie daje znaku życia - raz tylko po wojnie odezwał się z Wałbrzycha. Może warto by i tę historię upamiętniać...




Strona Główna Okupacja

Wszelkie prawa zastrzeżone.