Strona Główna



Za udostępnienie wspomnień Jana Krukowskiego, oraz możliwość ich publikacji dziękuję Pracownikom Biblioteki Gminnej w Radecznicy.



MOJE WSPOMNIENIA Z LAT OKUPACJI NIEMIECKIEJ.
WRZESIEŃ 1939 - LIPIEC 1944 ROK

Jan Krukowski

Życie jest krótkie i aby je sobie przedłużyć doczepiamy doń wspomnienia, które ubiegły na zawsze.

Zaburze 1984 rok

Dawno juz myślałem o napisaniu swoich wspomnień z lat okupacji i niejednokrotnie namawiałem swoich kolegów, którzy te lata przeżyli ażeby każdy coś od siebie napisał. Można by wspólnie opracować jakąś kronikę, która by była przy zarządzie Koła Związku Bojowników o Wolność i Demokrację w Radecznicy - ale lata leciały i trudno się było zebrać do napisania swoich wspomnień, bo to wymagało ciągle czasu.
Gdy człowiek jest młodszy to różnie z tym czasem bywa, a w obecnych czasach ciągle go jest za mało, i każdy się stale śpieszy, a były tez i takie lata w czasie kultu jednostki i inne, że po prostu każdy obawiał się powracać do tamtych lat w swoich wspomnieniach.
Tylejuz lat przeleciało, dużo kolegów już zmarło, i z każdym rokiem nas ubywa - a przecież to , co się działo na naszym terenie w czasie okupacji warte jest przypomnienia i przedłożenia młodszemu pokoleniu, gdyż teren naszej gminy Radecznica był dla okupanta Republiką Radecznicką.

***

Niewiele było w generalnym Gubernatorstwie takich republik; wiem, że była Republika Pińczowska w województwie kieleckim, Republika Józefowska w powiecie tomaszowskim i nasza Radecznicka w powiecie zamojskim.
Nie byłowtedy u nas dróg bitych tylko drogi polne i dojazd do Radecznicy był dla Niemców utrudniony, szczególnie w okresie wiosennych roztopów, w jesieni i w zimie.
Nie tylko nie mogli się tu dostać swoimi środkami komunikacji , ale i dlatego, że jak oni to nazywali - teren gminy Radecznica był zagrożony przez "banditen", a to znaczyło że działała tu partyzantka.
Tak, jak w pierwszych latach okupacji 1940 - 41 landrat, czyli starosta z Biłgoraja przyjeżdżał sobie bryczką do gminy w Radecznicy i bez żadnej ochrony, to już w latach 1942 - 43jechał z ochroną składającą z plutonu, czasem i kompanii wojska.

***

Były też i odpowiednie warunki na terenie naszej gminy Radecznicy dla tych "banditen", gdyż w pobliżu były większe kompleksy leśne jak: Cetnar czy też Łysiec. Z samej Radecznicy w każdej chwili był dobry odskok do lasku za klasztorem, a później do Łyśca i w lasy Gorajszczyzny. Na wschód od Zaburza był las zaburski, mokrolipski, sąsiadczański i rozłopski.
Teren nasz był też położony na szlaku z południa na północ przez który przebiegała sieć łączności, oraz odbywało się przemieszczanie różnych oddziałów partyzanckich: Armii Krajowej, Batalionów Chłopskich, Armii Ludowej, a nawet radzieckich - jak duże oddziały i grupy Kołpakowa, Werszyhory i inne.
W latach 1943 - 44 nie było takiego dnia żeby na naszym terenie nie kwaterował jakiś oddział - czy to w wiosce jak u nas w Zaburzu w wąwozie na górze, gdzie jest kilka zabudowań, lub też w Łyścu czy Cetnarze.
Niejednokrotnie trzeba było te oddziały zaopatrywać w żywność, a jeśli były konie, to trzeba było im dostarczyć siana. Był to ogromny, wspólny czyn patriotyczny nie tylko tych, którzy byli w oddziałach leśnych i walczyli z bronią w ręku, ale i ludności cywilnej naszych wiosek, która wspomagała te oddziały narażając się na represje ze strony Niemców za udzielanie partyzantom schronienia, pożywienia i za pomoc w przechowywaniu rannych chłopaków z lasu - jak ich wtedy nazywano.

***

Ja myślę, że każdy mieszkaniec naszych wsi miałby coś do wspominania z tamtych lat okupacji, bo od kwietnia 1944 roku to u nas konspiracja prawie że nie istniała gdyż ci, co byli w konspiracji, to już się zdekonspirowali, chodzili z bronią na codzień, gdyż broń już była wydobyta z kryjówek i każdej chwili gotowa do użycia. A każdy członek ruchu oporu, który był zaprzysiężony tym więcej ma do wspominania z tamtych tragicznych dni i lat naszego narodu.

***

Materiał przygotowywałem stopniowo przez dłuższy okres, a pisać zacząłem dopiero w marcu 1983 roku, to jest po czterdziestu latach. Nie jest łatwo pisać, bo spotykając się z kolegami, a którymi się w czasie okupacji działało trudno jest się poznać, a ludzka pamięć jest zawodna.
Dlatego teżprzy pisaniu swoich wspomnień nie wszystkie pseudonimy sobie przypominam - gdzie pamiętam nazwisko i pseudonim to tak będę pisał, a gdzie pamiętam tylko pseudonim, to będę używał pseudonimu, lub tylko nazwiska. Będę się starał opisać w swoich wspomnieniach jak najwierniej o tym z kim działałem , co wiedziałem i w co byłem wtajemniczony w czasie konspiracji i co dotychczas zapamiętałem.
Dla wiarygodności swoich wspomnień powołuję się na świadków, którzy do tej pory przeżyli i z którymi współpracowałem. Zaczynam od Służby Zwycięstwu Polski 1940 roku1 Wujec Stanisław z Gorajca - student Kolegium w Radecznicy, Malinowski Józef z Wólki Czarnostockiej, Mazur Stanisław z Gruszki Zaporskiej, Łukasi[k?] Stanisław ps. "Ryś" z Zaporza, Łukaszczyk Józef, ps. "Szmit" z Sułowca, Bogdan Strusiński były właściciel piekarni i żywiciel wszystkich partyzantów na naszym terenie, porucznik z oddziału "Podkowy" Armii Krajowej - Sikora Lucjan z Gorajca , też były student z Radecznicy, Aldbaum/Altbaum Tadeusz (obecnie Duniec) z Gorajca Wyłupek Stanisław z Sąsiadki - były komendant Batalionów Chłopskich na powiat zamojski, Grabowski Antoni, ps. "Tosiek" - oficer sztabowy przy Komendzie Okręgu w Lublinie, Krzeszowiec Bronisław, ps. "Gołąb" - dowódca plutonu oddziałów leśnych Batalionów Chłopskich.
Soboń Aleksander, ps. "Wicher" - dowódca oddziału leśnego BCh, Petnyk Feliks, ps. "Kmieć" - dowódca oddziałów specjalnych BCh, Madej Tadeusz, ps. "Głaz" z Mokregolipia- dowódca O[ddziałów] S[pecjalnych], Masaniec Michał, ps. "Podkowa" - II komendant placówki BCh w Zakłodziu, Tomaszewski Jan z Sąsiadki, były komendant BCh na gminę Sułów, Pastuszek Władysław, ps. "Herc" - komendant placówki w Podlesiu.
Safarzyński Bolesław, ps. "Wena" z Gorajca, podchorąży BCh,, Zybała Stanisław , ps. "Pilot" - były komendant L.B. S,2 Tokarz Bolesław, ps "Sokół" - partyzant z oddziału "Huragana" i "Gołębia",, Komornik Jan, ps. " Rokowicz" z Podborcza - komendant placówki BCh w Podborczu i dowódca Batalionu, Basiak Jan z Sąsiadki - członek O. S.
Łukasik Stanisław,ps. "Ryś" z Zaporza - komendant placówki w Zaporzu, Helena Łapińska (Walantowska) - działaczka LZK3 i Czerwonego Krzyża, jak też sanitariuszka z Zaburza,, Kondrat Stanisław, ps. "Szary" - partyzant AK z Hoszni Ordynackiej, Siemczyk Stanisława z Zaporza, partyzant AK i cały szereg osób, które żyją, a których nie sposób tu wymienić, gdyż byłaby to długa lista.

***

W publikowanych wspomnieniach najwięcej miejsca poświęcam działaniom zbrojnym różnych grup konspiracyjnych.
Mamy różne opisy bohaterskich zmagań z okupantem na przełomie lat 1942 - 43w obronie wysiedlanej ludności Zamojszczyzny, opisy walk w Lasach Janowskich, czy też Puszczy Solskiej stoczonych przez oddziały partyzanckie BCH, AK, AL, czy też partyzantów radzieckich, które na naszych terenach się przewijały.
Mnie się wydaje,że nie można też zapominać o tym, że zryw do walki z okupantem poprzedzony został wielomiesięcznymi przygotowaniami, wytężoną i nie mniej niebezpieczną pracą od tej prowadzonej z bronią w ręku.
Przecież zanim doszło do zorganizowania oddziałów leśnych daleko już była zaawansowana bezpośrednia walka na innych odcinkach naszych organizacji, jakie już wtedy istniały, chociażby Związek Walki Zbrojnej.
Została zorganizowana sieć ogniw konspiracyjnych jak: łączność, kolportaż prasy podziemnej, która budziła i podtrzymywała ducha patriotyzmu,4 szkolenie obchodzenia się z bronią dla tych, którzy nie służyli jeszcze w wojsku, jak też nasłuch radiowy.5

***

Gdyby nie nasze przygotowanie i pomoc jaką nieśliśmy naszym partyzanckim oddziałom w postaci dostarczanej żywności, odzieży, wywiadu, przechowywania ich w naszych domach i. t. p. to mnie się wydaje, że te oddziały be z naszej pomocy nie mogłyby istnieć na dłuższą metę. Bo w tej walce niosąc różnoraką pomoc też można było znaleźć się kaźniach Gestapo, lub w obozie koncentracyjnym.
Wielu jednak ludzinie dostrzega tej codziennej żmudnej i nie mniej niebezpiecznej walki w obronie polskości, prowadzonej przez tych, którzy nie korzystali z broni palnej chociaż ją mieli i z nią się nie rozstawali. Niektórzy rozumują, że tylko ten, co z bronią w ręku brał udział w walce, a więc członek oddziałów leśnych może być zaliczany w szeregi partyzanckie choćby broń nosił przez parę dni, czy tygodni.
Kim że więc był ten, co przez 5 czy 6 lat okupacji co dzień trwał na posterunku walki z okupantem, ale nie oddał żadnego strzału?, a nie raz bardziej był narażony na niebezpieczeństwo niż partyzant w lesie.
Mnie się wydaje , że ci wszyscy, a była nas przeważająca większość byli żołnierzami jednej z komórek konspiracyjnych, ogniwem w łańcuchu żywej organizacji jako łącznicy, kolporterzy,organizatorzy, sanitariuszki i. t. p.
Należę do grupy tych "banditen", którzy nie strzelali z broni palnej i nie będę się chwalić bohaterstwem, którego nie dokonałem, ani też swymi wyczynami...

Bo cały szereg moich kolegów, z którymi w tym czasie pracowałem i działałem więcej walczyli ode mnie.
Nie będę też pisał o tych akcjach, w których nie brałem udziału - jak to czynią niektórzy z moich kolegów; a są i tacy co nic nie mówią, a wiele zrobili.
Strzaływymierzone we wroga posyłałem w teren już od listopada 1939 roku pakietem naboi były wiadomości odbite na bibule, a otrzymane od intendenta szpitala w Szczebrzeszynie, byłego prezesa Związku Młodzieży Wiejskiej "Siew" na powiat zamojski - Edwarda Cichońskiego, który podczas aresztowania go przez gestapo w dniu 15. XI, 1942 roku będąc już w samochodzie chcąc uniknąć tortur połknął cyjanek potasu i natychmiast skończył życie.

***

W dniu 15 czerwca 1973 roku otrzymałem krzyż partyzancki, i chociaż nie władałem bronią palną, która się przez moje ręce przewinęła w czasie okupacji i nie przebywałem na stałe w lesie jako partyzant wiem z cała pewnością, że gdyby mnie żandarmi czy gestapo zatrzymało z prasą konspiracyjną, lub gdyby znaleźli przy mnie broń z która się nie rozstawałem zostałbym zakwalifikowany przez nich jako banditen - partyzant i zlikwidowany.
Koledzy na pewno na moim grobie, gdyby go znaleźli postawiliby krzyż z białej brzozy, tak, jak wielu podobnym, którzy nie doczekali zaszczytu otrzymania krzyża partyznackiego. Być może dużo kolegów zaskoczę swoimi wspomnieniami, gdyż niejednokrotnie nie zgadzam się z mylnie podawanymi datami i czasem wstąpienia do organizacji. Tłumaczyć to można zapomnieniem, jeżeli chodzi o dni i miesiące, ale jeżeli chodzi o lata, a ktoś nimi fałszywie operuje, to na pewno robi to już świadomie, chociaż wie sam, że tak nie było.
Jeszcze raz stwierdzam w swoich wspomnieniach i powołuję się na osoby, które wymieniłem, a które mogą to potwierdzić, że znam początki konspiracji na terenie gminy Radecznica począwszy od Służby Zwycięstwu Polski 1940 roku - do Zawiązku Alki Zbrojnej poprzez Bataliony Chłopskie, które powstały na terenie naszej gminy w listopadzie 1941 roku.

***

W dalszych moich wspomnieniach szerzej opiszę lata czterdzieste.
Do listopada1941 na terenie naszej gminy było zaprzysiężonych około 35 osób, a gdy w listopadzie 1941 roku powstały Bataliony Chłopskie, to do połowy 1942 roku było zaprzysiężonych około 50osób łącznie z komendantami placówek, jak też i piątki politycznej.
Stopniowe werbowanie zaczęło się dopiero od połowy 1942 roku, zaś masowe werbowanie od połowy1943/1942 roku, do czasów wyzwolenia.
Dalsze moje wspomnienia będą zawierały tylko moją działalność, i to, co w tym skrócie mogłem wiedzieć. Bo w czasie konspiracji nie wszystko można było wiedzieć, gdyż działalność tajnej organizacji polegała na tym, ażeby jak najmniej osób było wtajemniczonych w jakąś akcję. Czasem nawet sprzysiężeni członkowie nie mogli wszystkiego wiedzieć.
Mam taki przykład z Milanowskim - komendantem gminnym BCh - choć razem działaliśmy, to on gdzieś wysyłał ludzi ze swego terenu, a ja w to nie byłem wtajemniczony, a jeżeli ja gdzieś wysyłałem na polecenie komendanta powiatowego swoich ludzi do jakiejś akcji, to Malinowski też nie wiedział o tym.
Bywało tak, że obaj uzgadnialiśmy sprawy i obaj o jednym wiedzieliśmy. Dlatego w moich wspomnieniach będę opisywać to, w co ja byłem wtajemniczony. Służba Zwycięstwu Polski powstała w 1940 roku; w wioskach naszej gminy znałem działalność osób z którymi najwięcej współpracowałem wtedy - gdzie dalej w swoich wspomnieniach będę opisywał.

***

Mam wielki szacunek dla tych moich kolegów, którzy wstąpili wcześniej czy też przy końcu konspiracji, gdyż decyzja wstąpienia i zaprzysiężenia się w organizacji była moim zdaniem wielkim poświęceniem i bohaterstwem. Bo przecież każdy z nich zdawał sobie sprawę z tego czym to groziło, że narażał nie tylko siebie samego, ale i swoją rodzinę i swoich najbliższych; każdy z nich miał swoje przeżycia, nawet chwile kiedy stała śmierć przed oczami.
Druga wojna światowa 1939 roku zastała mnie w domu, gdyż mój rocznik 1919 nie odbywał jeszcze czynnej służby wojskowej. Mój starszy brat Michał - rocznik 1900 został zmobilizowany do 9 pp. W Zamościu.
Pierwszedni wojny przeżywałem w ogromnym podnieceniu - 3 września pojechałem rowerem do Zamościa ażeby zobaczyć się jeszcze z bratem przed wyjazdem na front. Napięcie w Zamościu było ogromne, kompanie wojska odchodziły z koszar do stacji kolejowej - ludność Zamościa żegnała wojsko owacyjnie. Na trasie od koszar do stacji kolejowej chodniki po obu stronach szosy były obstawione przez ludność, która witała i żegnała wiwatując; zasypywała kwiatami żołnierzy.
Ogromnieto przeżywałem stojąc na ulicy Akademickiej koło Starostwa, patrząc na tych żołnierzy, którzy odchodzili na front. Przeżywałem to tym bardziej, że bywałem kilkakrotnie na defiladach wojskowych, które odbywały się w czasie uroczystości państwowych na tym samym miejscu gdzie teraz stałem żegnając ukochane przez naród wojsko.
Później pojechałem do koszar i zobaczyłem się z bratem, który był przydzielony do kompanii wartowniczej i na front nie odjechał.
Gdy wracałem rowerem do domu na ulicy Akademickiej znów był stan radosny, bo radio podało wiadomość, że Francja i Anglia wydały wojnę Niemcom, i że nasze samoloty miały już sukcesy na froncie. W drodze powrotnej nie czułem zmęczenia - byłem ogromnie podniecony tym wszystkim co widziałem i słyszałem w Zamościu, i pełen nadziei, że wojna niedługo się skończy i zwycięstwo będzie po naszej stronie.
8 wrześniamoja mama i bratowa przyszykowały jakąś paczkę z żywnością, ażeby ją zawieść bratu do Zamościa i znów wybrałem się rowerem do Zamościa by zobaczyć się z bratem.
Po przyjeździe brata w koszarach już nie zastałem - dowiedziałem się, że kompania wartownicza w której był mój brat kwateruje w szkole na ulicy Lwowskiej naprzeciwko Ubezpieczalni Społecznej. Gdy rozmawiałem z bratem nastąpił alarm lotniczy - skryliśmy się do rowów, które wykopano koło szkoły i tak przeżyliśmy pierwszy nalot samolotów niemieckich. Bomby spadły na stację kolejowa i na szosę między szkołą a Ubezpieczalnią, niedaleko od naszych rowów.
Po odwołaniualarmu gdy wyszliśmy z rowów spotkałem się z Mamoną Pawłem i Żukiem Pawłem - obaj z Radecznicy, którzy też byli w tej kompanii razem z bratem. W powrotnej drodze w Płoskiem znów przeżyłem alarm lotniczy - samoloty niemieckie bombardowały nasze wojskowe lotnisko zrzucając parę bomb.
Kryjąc się do rowu w alejce pod drzewami, która biegła od szosy do folwarku w Płoskiem zobaczyłem kilku policjantów - uciekinierów na motocyklach, którzy też się skryli. Z rozmowy policjantów zorientowałem się, że sytuacja jest niewesoła. Rozmawiali między sobą, że wojsko nasze wycofuje się na wszystkich frontach w głąb kraju, i że cały szereg miast polskich jest już w rękach niemieckich.
Opowiadali też jak lotnicy niemieccy ostrzeliwują ludność i uciekinierów których pełno na wszystkich drogach. Jadąc dalej przekonałem się, że tak jest rzeczywiście, gdyż po drodze mijałem wielu uciekinierów, którzy kierowali się na wschód.
Chociaż to wszystko widziałem i słyszałem 8 września w Zamościu, co sprawiało bardzo przygnębiające wrażenie i które ja odczuwałem, to jednak wierzyłem że to tylko chwilowe nasze załamanie się frontu , i ze w niedługim czasie wojska nasze odzyskają utracone pozycje. Radio wciąż nawoływało ażeby ludnośc przełapywała szpiegów i dywersantów.
Mój brat był sołtysem i był u nas telefon w domu - ktoś przyleciał ze wsi i powiedział, ze kręci się jakiś żołnierz z karabinem; więc ja skoczyłem na rower i pojechałem we wskazanym kierunku. Dogoniłem go i zatrzymałem - był już za wioską na górze i kierował się w stronę Szperówki
Zeskoczyłem z roweru i zatrzymałem go, lecz on nie stawiał żadnego oporu - wylegitymowałem go i oświadczyłem mu, że w myśl zarządzenia władza i stanu wojennego jestem zmuszony odtransportować go na posterunek policji w Radecznicy, zgodził się od razu i oddał mi karabin, a ja odprowadziłem go na posterunek do Radecznicy.
Na posterunku komendant przesłuchiwał go z jakiego jest pułku i gdzie został jego pułk rozbity. Tłumaczył że jest z ugrupowania Armii Lublin i że zostali rozbici w Annopolu nad Wisłą. Pożegnałem się z komendantem i odjechałem do domu.
Przez następne dni coraz więcej takich żołnierzy zaczęło się wałęsać po wioskach, ale nikt już nie zwracał na to uwagi.
17 września do naszego domu przyszło na nocleg trzech żołnierzy w pełnym uzbrojeniu; w czasie rozmowy z nimi znów ktoś przyszedł i mówi, że słyszał przez radio, że wojska sowieckie przekroczyły naszą granicę. Następnego dnia wiadomości te sprawdziły się i bardzo mnie to zdziwiło, bo z Sowietami mieliśmy pakt o nieagresji. Więc jeden z tych żołnierzy - pamiętam to nazwisko - nazywał się Siudak Edward, miał silny akcent śląski i coraz to powtarzał: "o Boże jakaż to posna wojna i te już koniec z wojno. Trzeba wracać do domu". I zwrócił się do mnie - postaraj się o cywilne ubranie dla nas, a my ci to wszystko zostawimy i przebierzemy się za cywilów.
Poszukałemim ubrań - przebrali się i zostawili mi całe wyposażenie wojskowe; pozostali tylko w bieliźnie i butach. Siudak Edward pozostawił mi też zdjęcia, które do dziś mam - pochodził z Będzina, ulica Okrzei 6. Pożegnaliśmy się i odeszli. Pozostawione przez nich wyposażenie wojskowe przykryłem sianem tam, gdzie spali.
Na drugi dzień poszedłem żeby to gdzieś przechować i stwierdziłem, że z tych pozostawionych rzeczy pozostał tylko jeden karabin, który był głębiej w sianie; resztę ktoś zabrał - a było tego sporo.
Wyposażenie pozostawione przez Edwarda Siudaka i jego kolegów: i trzy mundury, trzy łopatki, trzy gaz - maski, trzy pasy, sześć ładownic z nabojami i dwa karabiny. Dopiero podczas zabierania broni po dwu latach do naszej organizacji przypadkowo dowiedziałem się, że to wszystko zabrali nasi sąsiedzi; po dwu latach broń ta trafiła z powrotem w ręce, a mundury były juz przez nich zniszczone.
Gdzieś około 20 września , gdy Niemcy byli juz koło nas dotarł do Zaburza jakiś oddział i część sztabu. Jeden samochód ciężarowy zostawili w lesie za wioską; część żołnierzy zwolnili - kto chciał odejść do domu, a kilku na koniach pozostało przy nich - byli to ci, którzy nie chcieli wracać do domu tylko nadal walczyć. Oficerowie tłumaczyli im, że mają zamiar przedostać się do granicy węgierskiej czy też rumuńskiej.
Nad ranem zakwaterowali na ubocznym miejscu naszej wioski u Górniaka Jana. By zasięgnąć wiadomości przyszedł do nas jako do domu sołtysa jeden z oficerów - pamiętam nazywał się porucznik Bączkowski.
Po dłuższej rozmowiezapytał mnie czy bym się zgodził pojechać rowerem na zwiad w stronę Frampola i Korytkowa i obserwować przez parę godzin szosę i jaki ruch jest na szosie Janów - Frampol - Biłgoraj. Wyraziłem na to zgodę - zjadłem śniadanie i pojechałem rowerem przez Komodziankę, Teodorówkę, Wólkę Radzięcką, Kąty i Sokołówkę. Za Sokołówką obserwowałem szosę, ale nie zauważyłem żadnego ruchu na niej. Dojechałem do niej i tą szosą jechałem w stronę Korytkowa Małego, a później do Korytkowa Dużego.
Po drodze wypytywałem o Niemców - tłumaczono mi, że w nocy po tych wioskach Niemcy kwaterowali, a nad ranem wszyscy odjechali w stronę Biłgoraja, i chociaż było już dobrze po południu na szosie od rana nie było widać żadnych pojazdów, co tez osobiści stwierdziłem. Gdy wróciłem do domu czekał już na mnie porucznik Bączkowski, któremu opowiedziałem co zaobserwowałem w tym terenie, gdzie mnie wysłał.
Wyjął mapę - dłuższy czas się przyglądał , a później zapytał mnie czy bym się zgodził wieczorową pora przeprowadzić ich do tej szosy i przez tę szosę między Frampolem a Korytkowem na co się zgodziłem. Miałem, gdy zacznie się ściemniać przyjechać rowerem do Górniaka, żebym, gdy się już dobrze ściemni wyruszyć z nimi.
Gdy zaczęło się ściemniać pojechałem do Górniaka - w samochodzie siedzieli jacyś wyżsi oficerowie - jakiej rangi nie wiem, bo nie było widać. Była jedna furmanka taborowa na która kazał mi porucznik położyć rower i obaj usiedliśmy na tej furmance; furmanił jakiś żołnierz szeregowy. I tak w szyku ubezpieczonym przez paru żołnierzy na koniach na przedzie, a kilkadziesiąt metrów za nimi my na tym wozie, a znów kilkadziesiąt metrów dalej samochód z oficerami - ruszyliśmy od Górniaka przez Dzielce, Gorajec - Zagroble, Czarnystok, Trzęsiny - z Trzęsin na Pulczynów przez Kąty, Rzeczycę i Sokołówkę.
Za Sokołówką przeprowadziłem ich przez szosę i po drugiej stronie - między Frampolem a Korytkowem Małym w odległości jakieś 200 metrów od szosy zatrzymaliśmy się. W samochodzie grało radio i był nadawany komunikat po polsku z jakiejś zagranicznej stacji - bo nasze radio Warszawa już nie nadawało.
Potem spikermówił, że Westerplatte broni się jeszcze. Oficerowie ci nie wychodzili z samochodu; po krótkim odpoczynku zdjąłem rower z furmanki i przy pożegnaniu porucznik wręczył mi 20 złotych - nie chciałem przyjąć , lecz oświadczył mi, że mają jeszcze sporo pieniędzy i nie wiadomo co się z nimi stanie. Gdy wróciłem do domu był już mój brat, który przyszedł z Zamościa, gdyż Niemcy już tam wkroczyli.
W czynnej służbie, gdy wojna wybuchła byli z Zaburza : i Stanisław Dymek, Jan Hanaka s. Pawła, Jan Chrust, Jan Szczerba - zwany "Nastka", Jan Kurek s. Tomasza, Jan Maciąg, Jan Sitarz s. Franciszka, Stanisław Krukowski s. Franciszka, Wojciech Kruk, Jan Chwiejda s. Franciszka ; zmobilizowani zostali: iStanisław Murawiec , Michał Krukowski, Jan Chadam, Marcin Furmanek, Jan Cigecka, Jan Górniak, Jan Walczak s. Wojciecha, Jan Walczak s. Pawła, Marcin Kurek, Antoni Rudnicki, Stanisław Rudnicki, Józef Flak, Stanisław Hanaka. Do niewoli niemieckiej dostali się: i Jan Chwiejda, Stanisław Murawiec, Jan Sitarz. Rannymi zostali: i Jan Hanaka s. Pawła - który przebywał w szpitalu w Wejcherowie i Józef Flak - ranny został w bitwie pod Tomaszowem Lubelskim; Stanisław Zybała zabity został przez dywersantów ukraińskich w Tarnobrzegu i tam został pochowany na miejscowym cmentarzu. W osobieStanisława Zybały wioska nasza straciła naprawdę wartościowego człowieka - był naczelnikiem straży pożarnej przez kilkanaście lat do samej wojny. Był to człowiek humoru i dowcipu i doskonały organizator.
Chwiejda Jan s Stanisławai Murawiec Stanisław wrócili do domu po pięcioletniej niewoli niemieckiej, jak też i Sitarz Jan s. Franciszka; zaś Jan Zych , Kurek Stanisław s. Franciszka i Kurek Stanisław s. Jana zostali internowani przez wojska sowieckie - później dostali się do armii Andersa i walczyli pod Monte Cassino.
Stanisław Kurek s. Franciszka walczył o wyzwolenie Holandii jako skoczek i tam przebywa do dzisiaj; Zych Jan wyjechał do Kanady, Kurek Stanisław s. Jana wrócił po wyzwoleniu wrócił do domu - zmarł w październiku 1983 roku.
Pozostali z Zaburza którzy brali udział w kampanii wrześniowej powrócili prócz tych wymienionych powyżej do domu.

***

Zaczęła się koszmarna noc okupacji - Niemcy zaczęli organizować nowe władze administracyjne i wydawać nowe zarządzenia - dotyczyły one : po pierwsze zdawania broni i wszystkiego sprzętu wojskowego. Następnie zdawania przez różne organizacje , które działały do wojny wszelkiej dokumentacji i pieczątek.
Ponieważ byłem skarbnikiem w Kole Młodzieży wiejskiej "Siew" więc zawiozłem do gminy w Radecznicy książkę kasową i pieczątkę - karabin zaś, który mi został po tych żołnierzach zasmarowałem wazeliną i zakopałem z myślą , że kiedyś się przydać.
Nastąpiły długie wieczory jesienne i straszne przygnębienie. Po doznanej klęsce po prostu nie mogło się pomieścić w głowie że w ciągu paru dni straciliśmy Ojczyznę i wolność; a przecież czytało się w prasie i słuchając radia wciąż powtarzało, że jesteśmy silni i zwarci i gotowi , że nie oddamy nie tylko płaszcza ale i guzika od niego. Każdy chciał wierzyć tym banalnym słowom. Poświęcano karabin maszynowy, na który ludzie oddali ostatnią złotówkę - ludność śpieszyła z pomocą, ale tej redukcji nie widać ani w magazynie ani na żołnierzu.
Każdy pragnął jakichś wiadomości z frontu zachodniego, ale te wiadomości były niedostępne, gdyż nie było radia ani gazet. Wszystko, co się słyszało to było wyssane z palca - po prostu plotki, bo jak się później okazało, to nie było prawdą. Ale najmniejsza wiadomość , jakaś pociecha o postępach wojsk francuskich była jakąś nadzieją i wydawało się, że wszystko to, co się widzi , panoszenie się Niemiec jest tylko chwilowe i gdy nadejdzie wiosna 1940 roku to Francuzi i Anglicy pokonają Niemców.

Bo w okresie międzywojennym dużo się mówiło, czytało i słyszało o micie armii francuskiej, która miała być niepokonana, ponieważ posiadała najlepsze uzbrojenie i wyszkolenie, jako też najlepszą kadrę oficerską i nie do zdobycia słynna linię Maginota.6
Wśród ludności na wsi było wielkie zainteresowanie; każdy tylko nasłuchiwał i dowiadywał się jakie są wiadomości i co się dzieje na froncie zachodnim. Ile krążyło w tym czasie wiadomości i różnych plotek, to spisać by można całą księgę - chociaż to było wszystko nie prawda, to jednak podnosiło społeczeństwo na duchu; widać było na każdym kroku to zainteresowanie i potęgujący się patriotyzm w narodzie.
Gdzieś w listopadzie 1939 roku będąc w Szczebrzeszynie spotkałem się z Edwardem Cichońskim - intendentem szpitala w Szczebrzeszynie; znałem się z nim bardzo dobrze, gdyż był prezesem Koła Młodzieży Wiejskiej "Siew" (KMW"S"); jeździłem z nim do Lublina w 1938 roku na zjazd wojewódzki zwany wtedy "Okrężne Lubelskie". Spotykaliśmy się w Zamościu świetlicy młodzieżowej, która była przy kinie stylowym na piętrze, gdzie również mieściły się biura Zarządu Powiatowego Koła Młodzieży wiejskiej "Siew"; ale najczęściej widywaliśmy się w świetlicy Koła "Siewu" w Szczebrzeszynie, gdzie obecnie znajduje się aparat rentgenowski przy szpitalu
Cichoński będąc intendentem tegoż szpitala również tam urzędował, w tej świetlicy, a my młodzież zorganizowana w Kołach "Siewu" tam zjeżdżaliśmy się przed wojną do tej świetlicy z okolic Szczebrzeszyna jak: Żurawnicy, Brodów, Kawęczyna, Deszkowic, Podlesia, Zaburza i Sułowca.
Po spotkaniu się na mieście, Cichoński poprosił mnie do swego biura w szpitalu i zaczęliśmy rozmawiać; podczas naszej rozmowy nadszedł dr Klukowski i Cichoński przedstawił mnie, że jestem z Zaburza. Dr Klukowski usiadł i zaczął mnie wypytywać, jaka jest sytuacja na wsi, co ludność mówi na temat poniesionej klęski, i czy łakną jakichś wiadomości na temat działań wojennych na zachodzie i sytuacji w kraju.
Ja odpowiedziałem, że ludność na wsi nie załamuje się i że każdy wierzy i żyje nadzieją, że na wiosnę lub w lecie wojna się skończy. W czasie naszej rozmowy przywieziono jakąś kobietę z porodem, dr Klukowski pożegnał się ze mną i wyszedł - ja pozostałem z Cichońskim i w toku naszej dalszej rozmowy wręczył mi wiadomości radiowe na bibule.Cichońskipowiedział do mnie, ażeby zbierać broń i amunicję, magazynować je, a z nim utrzymywać kontakt i raz w tygodniu przyjeżdżać po wiadomości radiowe.
Ucieszony tym spotkaniem i po otrzymaniu tych wiadomości wiozłem je do domu jak wielki skarb. Po przyjeździe do domu dałem do przeczytania bratu mojemu - Michałowi, szwagrowi Chwiejdzie Janowi z Latyczyna i memu najlepszemu koledze Michałowi Rudnickiemu, do którego miałem największe zaufanie.
Z Michałem przez dłuższy czas pracowaliśmy w Zarządzie Koła Młodzieży "Siew"; on pełnił funkcję sekretarza, ja byłem skarbnikiem. Był on naprawdę ceniony i politycznie wyrobiony w naszej wiosce.
Przypominam sobie tuż przed wojną, w marcu , czy też kwietniu odbył się Zjazd Powiatowy KMW "S" w kinie stylowym w Zamościu; na ten Zjazd obaj byliśmy delegowani z naszego Koła. Pojechaliśmy - jak się w tym czasie jeździło do Zamościa - rowerami; na Zjeździe tym z zaproszonych gości [była] cała śmietanka zamojska: pan starosta, komisarz policji, komisarz ziemski, prokurator, ziemiaństwo z powiatu zamojskiego, przedstawiciele wojska i cały szereg osób.
Zjazd ten odbywał się w związku z grożącym nam niebezpieczeństwem ze strony Niemiec; wszystkie przemówienia i referaty dotyczyły tylko tego problemu. Po tych przemówieniach zaczęła się dyskusja, która koncentrowała się też wyłącznie [na tum zagrożeniu].
W dyskusji zabierało głos dużo osób z różnych środowisk, mniej więcej politycznie wyrobionych, a Rudnicki siedząc koło mnie cały czas notował coś w notesie - wreszcie poprosił o głos. Byłem tak zaskoczony, gdyż nie spodziewałem się , że on przed takim audytorium mógłby na coś podobnego się zdobyć i zabrać głos; że mu to jego wystąpienie może nie wypaść pomyślnie.
Jak się później okazało - według mojej opinii, pomimo, że zabierało głos tyle osób i z różnym wykształceniem, a on był tylko po szkole podstawowej - to moim zdaniem wypadł najlepiej, co było potwierdzone później przez całą salę, gdyż dostał najwięcej oklasków, które prędko nie umilkły.
Po skończonymZjeździe gdyśmy wyszli z sali pogratulowałem mu wystąpienia i odjechaliśmy do domu. Od tej pory byliśmy najlepszymi kolegami. Pracując w Kole organizowaliśmy różne przedstawienia i imprezy dożynkowe.
Po przyjeździeze Szczebrzeszyna gdy byłem drugi raz i przywiozłem znów wiadomości radiowe spotkałem się z Rudnickim i opowiedziałem mu cały przebieg naszej rozmowy z Cichońskim i doktorem Klukowskim przy pierwszym spotkaniu z nimi, gdzie z Cichońskim omawialiśmy sprawę zbierania broni i amunicji, oraz jej magazynowanie.
Bardzo go to podniosło na duchu i zwierzył mi się, że ma karabin, amunicję i gdzie to wszystko obsługuje. I tak się zaczęło nasze konspirowanie; pod koniec - początek grudnia 1939.
Ja raz w tygodniu jeździłem do Szczebrzeszyna do Cichońskiego i przywoziłem wiadomości radiowe , które rozprowadzałem wśród znajomych i zaufanych na terenie naszej gminy i swojej wioski.
Nawiązałemteż kontakt w Radecznicy z Michałem Marchewką z Gaju Gruszczańskiego, który był moim bliskim kuzynem i pracował w gminie przy referencie podatków. Chociaż w tym czasie nie byłem jeszcze przez nikogo zaprzysiężony, to utrzymywałem bliskie stosunki w Radecznicy z sekretarzem Henrykiem Waśniewskim, który przed wojną bywał bardzo często u nas w domu, gdyż brat mój był sołtysem i bardzo się z bratem przyjaźnili. Sekretarz Waśniewski zainstalował u nas telefon, co było rzadkością w tamtych czasach, aby był telefon na wsi. Jednocześnie muszę zaznaczyć, że linie telefoniczne były przeprowadzone do prawie wszystkich sołtysów w gminie. Gdy zaistniała jakaś pilna potrzeba zawieźć do starostwa w Zamościu jakąś pilną pocztę, to Waśniewski dzwonił do brata, ażebym przyjechał do gminy i zawiózł ją rowerem, za co mi z góry płacił.
Spotykaliśmy się też Waśniewskim u nas w Zaburzu w czasie uroczystości dożynkowych, czy też innych imprez, które u nas się przed wojna odbywały i na które to zapraszaliśmy władze gminne, jak tez duchowieństwo z parafii z Mokregolipie i zakonników z klasztoru w Radecznicy.

***

Przed wojną nasza wioska Zaburze była dobrze zorganizowana i była przodującą wioską na terenie naszej gminy. Było tu zorganizowane Kółko Rolnicze, które bardzo dobrze działało organizując sprzedaż trzody chlewnej tj. tuczu i bekonu (tak zwane spędy).
Było też Koło Gospodyń Wiejskich, które organizowało kursy kroju i szycia, pieczenia, gotowania i wyrobów wędliniarskich; na te kursy do Zaburza uczęszczała młodzież z całej gminy. Było Koło Młodzieży, oraz ochotnicza Straż Pożarna szkolona przez Stanisława Zybałę; było też Stronnictwo Ludowe, którego prezesem był Krukowski Tomasz - i to na jego podwórzu odbywały się zebrania, na które przyjeżdżali z powiatu posłowie jak: Szpryngerowa, Syta, Machniej, Seroka i Czernicki.


ZDJĘCIE ORKIESTRY

Jak nadmieniłem - nasza wioska była w tym czasie przodująca wioską na terenie naszej gminy w latach trzydziestych; a ja będąc w tym czasie młodym i mając znajomość poprzez działalność swoją w organizacji młodzieżowej, jako też będąc członkiem orkiestry zaburskiej, gdzie przygrywaliśmy na różnych uroczystościach i zabawach w sąsiednich gminach: Turobin, Goraj, Frampol, Tereszpol, Szzcebrzeszyn, Sułów i w innych miejscowościach. Poprzez to miałem znajomości i zaufanie, i nie miałem trudności w nawiązywaniu kontaktów z różnymi ludźmi w naszej okolicy, jak i na terenie naszej gminy.
Co rok w czasie wakacji było prowadzone przedszkole w naszej wiosce; dużym wydarzeniem były spędy, które odbywały się raz w tygodniu i płacono jednolite ceny za 1 kilogram wagi żywego tucznika, czy bekona. Od tej pory faryniarze przestali już na naszym terenie żerować i zarabiać na chłopskiej skórze.
Odbywał się też skup jaj, który ja prowadziłem po odbyciu kursu jajczarskiego w Zamościu, gdzie byłem delegowany z Kołtunem Stanisławem. Na skupie tym płaciłem zawsze drożej o pól grosza, a czasem grosz robiąc Żydom konkurencję.
Wyjeżdżałem też na jarmarki do Szczebrzeszyna, gdzie niejednokrotnie dochodziło do wielkiej kłótni wywoływanych przez Żydów, gdyż płaciłem droższe ceny jak Żydzi. Była to jakaś Prywatna Spółka z Gdyni, a filię mieli w Zamościu - i ja te skupione przez siebie jajka dostarczałem do filii w Zamościu.
Kółka Rolnicze zakupiło tez tryje? Co wtedy było wielką sensacją, jak tez i założono piorunochrony na takich dużych słupach, gdzie w innych wioskach tego nie było. W latach 1937 1939 została u nas przeprowadzona komasacja i melioracja gruntów, gdzie pracowało kilku inżynierów i geodetów.

***

Chociaż nie miałem wykształcenia, to jednak bardzo szybko nawiązałem kontakty z naszą inteligencją na terenie gminy, i tak: z Henrykiem Waśniewskim - sekretarzem gminy, Mazurem Stanisławem z Gruszki Zaporskiej, który był geodetą i przeprowadzał komasację, z księdzem proboszczem Masztelarzem z Mokregolipia, z kierownikiem szkoły w Zaburzu - Jaśniewskim Władysławem, kierownikiem szkoły w Latyczynie - Wacławem Roszukiem, z nauczycielem - Gutkowskim Tomaszem, z księdzem zakonnym Krukowskim z Zaporza, który ukrywał się u nas w Zaburzu u Smarkali Pawła, z Hanaką Janem, który był klerykiem i wrócił do domu
Nawiązałem też kontaktyze studentami, którym wojna przerwała naukę: Wójcem Stanisławem, Sikorą Lucjanem, Aldbumem/Altbaumem(?) Tadeuszem, Hołotą Stanisławem, Szafarzyńskim Bolesławem - wszyscy z Gorajca. Z Madejem Tomaszem z Mokregolipia, Ferencem Tomaszem - inżynierem drogowym, który do wojny pracował w Brześciu nad Bugiem, a w czasie wojny wrócił do Zaburza do swego szwagra Krukowskiego Jana, z Antonim Grabowskim - kapralem zawodowym 50 pp. w Kowlu, który również wrócił z wojny i mieszkał u swego wuja Olecha Stanisława , z Malinowskim Józefem z Wólki Czarnostockiej.
W tym to czasie - początek listopada 1939 roku powstały tak zwane "trójki" i "piątki", które to pomiędzy sobą się kontaktowały i przekazywały sobie wiadomości radiowe, czy ustne.
Komendantem gminnym był w tym czasie sekretarz Urzędu Gminnego - Henryk Waśniewski, i z jego polecenia siatkę na terenie zaczął organizować braciszek zakonny z Radecznicy - Apolinary, który również na terenie Gorajca nawiązał kontakt z Wójcem Stanisławem.
W trójkach w tym czasie byli: Waśniewski Henryk jako komendant gminny Służba Zwycięstwu Polski, Marek Józef, kapral zawodowy 3 pal w Zamościu, Piotrowski Jan z Radecznicy, Kasza Jan z Zaporza, Siemczyk Stanisław z Zaporza, Strusiński Bogdan z Radecznicy, Batorski Melchior z Radecznicy- łącznik przy komendancie Waśniewskim, Marchewka Michał z gaju Gruszczańskiego, Zdunkiewicz kierownik, Jan Macią - sołtys z Radecznicy, Komornik Jan z Podborcza, Kuba Żuk z Radecznicy, Zawiślak Jan i Zawiślak Michał plut. marynarki wojennej, Oleszek Tadeusz z Radecznicy- gminny łącznik, Batorski Józef z Zaporza, Batorski Michał z Zaporza, Batorski Antoni z Radecznicy, Jachymek Bolesław z Radecznicy, Stefan Polski z Radecznicy, Winiarczyk Władysław z Latyczyna - podoficer zawodowy żandarmerii, Zawiślak Marian z Radecznicy.
10 listopada nastąpiło pierwsze aresztowanie księży zakonnych w Radecznicy - O. Duklana Michnara i O. Puklickiego Stefana. Chociaż w tym czasie organizacja na terenie naszej gminy zaczęła dopiero kiełkować, to jednak dało nam do zrozumienia, że trzeba zachować wielką ostrożność.
I takprzy różnych spotkaniach prowadziliśmy rozmowy jak też i przekazywaliśmy sobie nawzajem wiadomości radiowe, które ja przywoziłem ze Szczebrzeszyna, to im przekazywałem, a jeśli z tych którzy byli wtajemniczeni dostał wiadomości z innego źródła, to były przekazywane sobie nawzajem. Ja, chociaż utrzymywałem z wyżej wymienionymi kontakty nie byłem zaprzysiężony, gdyż tłumaczyłem im, że mam inne powiązania ze Szczebrzeszynem, a nie byłem tez w tym czasie zaprzysiężony przez Cichońskiego, gdyż tłumaczył mi, że złożę przysięgę w odpowiednim czasie. Z nim mam utrzymywać łączność aż do złożenia przysięgi i przyjeżdżać nadal raz w tygodniu po wiadomości radiowe.
Ponieważ nadalkażdy pragnął tych że wiadomości, to często bywało, że chodziłem i pieszo do Szczebrzeszyna, nawet wtedy, kiedy padał deszcz lub śnieg.
27 maja 1940 rokugestapowcy aresztowali sekretarza gminy - Henryka Waśniewskiego i jego kolegę z wojska, który był oficerem zawodowym i ukrywał się pod przybranym nazwiskiem jako Prifer w zabudowaniach w Podlesiu Małym po byłym Priferze, który był leśniczym; dawniej las "Łysiec" należał do Ordynacji Zamojskiej.
W Podlesiu Małym były zabudowania i leśniczówka, gdzie urzędował personel leśniczy. Przed wojną, w 1930 roku w zabudowaniach tych mieszkał naczelnik lasów hrabiego Zamojskiego, który przeszedł na emeryturę w 1937 roku; gdy Prifer zmarł, w zabudowaniach tych nadal do wojny zamieszkiwała jego żona - Laura Prifer.
Waśniewskipełniąc funkcję komendanta gminnego ukrył w tych zabudowaniach swego kolegę z wojska; byli razem na szkole [wojskowej?] i zrobił mu lewy dowód na nazwisko Prifer, jako syn po zmarłym Priferze; oficer ten nazywał się Murgała Paweł i pochodził ze Śląska.
Drugiego kolegę oficera Waśniewski zatrudnił w urzędzie Gminy. Oficer ten nazywał się Płaneta; obaj byli podporucznikami i do wojny pełnili służbę w 9 pp. w Zamościu.
Waśniewski i Prifer zginęli na rotundzie w Zamościu w maju 1940 r. Wydał ich do Niemców wygnaniec, który pochodził z Poznańskiego; nazywał się Musielski. Po tych aresztowaniach dało nam do zrozumienia, że cios zadany przez okupanta był dobrze wymierzony i zadany, i trzeba się liczyć z tym, że znów ktoś z nas może wpaść w ręce gestapo.
Po zaaresztowaniu Waśniewskiego przy końcu maja 1940 roku przybył do Zaburza i zamieszkał u Ferenca Jana - Piotr Gromski pseudonim "Bohun" ze Szczebrzeszyna. Ponieważ Michał Rudnicki był sąsiadem z Ferencem, nawiązał z "Bohunem" kontakt; po ich spotkaniu przyszedł do mnie Rudnicki i mówi mi, ze u Ferenca Jan jest jakiś gość ze Szczebrzeszyna i proponuje założenia siatki organizacyjnej i zaprzysiężenie jej.
Aby się upewnićpojechaliśmy z Rudnickim do Szczebrzeszyna i w rozmowie z Cichońskim oświadczyliśmy mu, że chcemy, aby nam zaopiniował "Bohuna" , który pochodzi ze Szczebrzeszyna, a teraz ukrywa się u nas w Zaburzu.
Intendent Cichoński powiedział nam, że "Bohun" jest skierowany przez organizację i jest przez organizację mianowanym komendantem gminnym na naszym terenie, i ażeby nawiązać z nim kontakt, gdyż on przejął obowiązki po Waśniewskim, który został aresztowany.


WSPOMNIENIA - CZ.II

Wszelkie prawa zastrzeżone.



Strona Główna Okupacja



1. organizacja formalnie istniała od 13 listopada 1939, faktycznie od 19 grudnia 1939 roku - pod okupacją sowiecką, od 4 - 5 stycznia 1940 pod okupacją niemiecką. Później została przemianowana w Związek Walki Zbrojnej. Dowódcą S.Z.P był gen. Brygady Michał Karaszewicz - Tokarzewski. wg. A.K. Kunert. Ilustrowany przewodnik po Polsce podziemnej 1939 - 45. Warszawa 1996 s. 443 - 444
2. Ludowa Straż Bezpieczeństwa - formacja zbrojna, utworzona z tych, którzy weszli w składa Wojska Polskiego konspiracyjnego, pozostający w strukturach niescalonych; Jan Krukowski był wówczas zastępcą komendanta gminnego BCh. O tych czasach i problemach pisze dość obszernie Jan Grygiel w książce "Związek Walki Zbrojnej i Armia Krajowa na Zamojszczyźnie..." - relacja Stanisława Zybały
3. Ludowy Związek Kobiet - konspiracyjna organizacja kobiet związana z ruchem ludowym i Bch. Istniała na terenie całej ówczesnej Polski, w tym i na terenie gminy - relacja Stanisława Zybały.
4. przypomnijmy - na Zamojszczyźnie ukazywały się wówczas następujące tytuły prasy podziemnej "Echa Leśne " - pismo Oddziałów Dywersji Bojowej, "Przegląd Polityczny" - pismo redagowane przez AK, "Wiadomości Polskie" - organ Związku Wali Zbrojnej obwodu Zamość, "Wiadomości Krajowe OL/oddziałów leśnych/ "- pismo zgrupowania OP9 na Zamojszczyźnie;
5. wykorzystywany był do zamieszczania aktualnych wydarzeń na łamach prasy podziemnej
6. linia Maginota - system francuskich umocnień na granicy z Niemcami; zbudowany został w latach 1927 - 1934 z inicjatywy francuskiego ministra wojny - A. Maginot. W roku 1940 linia Maginota nie nie zabezpieczyła Francji przed inwazją Niemiec, którzy obeszli ją od północy.