Strona Główna



MOJE OKUPACYJNE PRZEŻYCIA

Icek Lichtman

Icek Lichtman mieszkaniec Żółkiewki k. Radecznicy był więźniem obozu w Sobiborze - Jego zeznania złożone w Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszawie przekazał na stronę Julian Grzesik, któremu bardzo serdecznie dziękuję za współpracę.

***

Nazywam się Lichtmann Icek syn Hersza- urodziłem się 1906 w Żółkiewce, powiecie krasnostawskim; z zawodu byłem szewcem.
W obozie w Sobiborze straciłem żonę, czteroletniego syna , rodziców i trzech braci. Do 1942 roku mieszkałem z całą moją rodziną stosunkowo spokojnie w Żółkiewce; oczywiście Niemcy wtedy szaleli i dowolnie rozstrzeliwali, ale jeszcze jakoś się żyło.
15 maja 1942 roku odbyła się całkiem niespodzianie akcja; oczywiście, że i do tego czasu żyło się w napięciu, bo w Lublinie już dawno nie było śladu Żydów. Myśleliśmy jednak, że o nas zapomną, że przeżyjemy.
Nad ranem piętnastego maja obstawili Niemcy miasteczko wygnali wszystkich na plac potem pognali do Krasnegostawu do pociągu 28 km pieszo. Zostawili tylko Judenrat a oprócz tego garstka zdołała się ukryć.
Na dworcu w Krasnymstawie wybrali Niemcy młodych silnych mężczyzn i wygnali do roboty. Później dowiedzieliśmy się, że na Majdanek. Ja nie chciałem rozłączyć się z rodziną i ukryłem się. Zawieźli cały nasz transport pociągiem w stronę Chełma do Sobiboru. Pociąg zajechał na dworzec Sobiboru odległego od Chełma o 30 km w kierunku na Włodawę.
Zaraz po przyjeździe oddzielono kobiety od mężczyzn i zaprowadzili kobiety z dziećmi na drugi lagier. Obóz znajdował się przy samej drodze oddzielony drutami kolczastymi i podminowany dokoła. Naokoło były cztery wieże z wartownikami. Kobietom kazali rozebrać się do naga i zaprowadzili do łaźni. Tą łaźnią była komora gazowa i od razu wiedzieliśmy wszystko, co się stało, bo słyszeliśmy krzyk, płacz, który trwał nie dłużej jak 15 minut.
Widziałem też przedtem jak się kobiety rozbierały, bo posłali mnie razem z czterema innymi z wiadrami kawy, którą mieliśmy zanieść do trzeciego lagru. Kiedy wracałem widziałem rozbierające się z płaczem kobiety, niektóre już nagie i wiedziałem już co nas wszystkich czeka. Gdy wróciłem na I lagier gdzie mężczyźni byli zebrani, Niemcy rozpoczęli selekcję. Powybierali fachowców, ale z mego zwodu nikogo nie wybrali, tylko jednego krawca i stolarzy. Bracia moi zgłosili się jako szewcy, ale nikt im się z nich nie podobał.
Kiedy ja wróciłem po odniesieniu kawy, zgłosiłem się i kazali mi zostać? Tamci wszyscy przesiedzieli na placu, wiedząc już, co ich czeka, mówili przez całą noc... Rozpaczali czekali na śmierć. Mnie posłali do domu, który znajdował się na przeciw tego placu, na którym byli mężczyźni. Patrzałem przez okno i prosiłem Niemca by zostawił braci mych i ojca, poszedł a kiedy wrócił powiedział, że pojechali już na Ukrainę, bo i tam też są potrzebni fachowcy. Nad ranem wybrałem się do nich, zaniosłem im chleb i pożegnałem się z nimi. Chciałem zostać z nimi, by nie zostać sam, ale ojciec mi nie pozwolił, bo miał nadzieję, że może mi się uda wyratować. Musiałem zaraz odejść i już ich więcej potem nie ujrzałem.

***

Kiedy weszliśmy do wskazanego nam domu, widzieliśmy że przed nami mieszkali tam więźniowie. Zostali nagle zabrani, bo jeszcze łyżka tkwiła w menażce, której nie zdążyli wziąć ze sobą. Kucharz tamtejszy Żyd z Opolskiego, Herszek obecnie ze synem mieszkający w Łodzi opowiedział nam, że tacy fachowcy jak my pozostają tam zaledwie kilka dni, a gdy nowy transport nadchodzi szli na śmierć. Niemcy zmieniali ich ciągle, by nie wiedzieli za wiele. I nam też przepowiadano, że nie długo tam pobędziemy.
Wagner Gustawszef lagru zapowiedział nam, że po 10 dniach wyjedziemy na Ukrainę, tam gdzie reszta pojechała. Przydzielili nas tymczasem do warsztatu, gdzie mieliśmy pracować. Z każdego transportu zostawili tak jak zawsze na kilka dni fachowców by dla nich pracowali. Kilku zaś do sortowania rzeczy po wymordowanych. W obozie nie było po moim przybyciu żadnych baraków, tylko dwa domy dla Niemców. W lesie zaś w głębi stał domek z czerwonym dachem, do którego mogło się zmieścić około 1.500 ludzi. Dokoła tego domku był ogród, na domu był napis "Badehaus 5". Była to komora gazowa, w której duszono tysiące ludzi.
Znajdowała się ona około 200 metrów od obozu. Po zagazowaniu podnoszono podłogę, trupy wpadały do dołów pod te doły zajeżdżały wózki, zabierały te trupy, które w lesie zakopywano w dołach. Opowiadali nam towarzysze nasi współwięźniowie, którzy to robili po czym ich samych wykańczano. Ukraińcy, którzy ich nadzorowali. Trupy układano równiutko jedne obok drugich tak jak śledzie w beczce. Tam gdzie było wolne miejsce umieszczano zwłoki dziecka. Trupy te dopiero w następnym roku Niemcy wykopali i spalili.
Z daleka widzieliśmy słupy dymu i ogień i czuć było swąd spalonych ciał. My zaś, którzy zostaliśmy pracowaliśmy w naszych zawodach. Było nas razem pięćdziesięciu rzemieślników, szewców, krawców, stolarzy (jeden z nich Schmeiser Szlomek) obecnie w wojsku polskim, ppor. w Łodzi itd. Nam działo się znośnie.
Ci zaś, którzy pracowali na placu przy sortowaniu byli bici i katowani. Takich było sześćset ludzi przeznaczonych do ciężkich robót. Było między nimi sto pięćdziesiąt kobiet, ale dopiero po kilku miesiącach naszego tam pobytu, bo kiedy przyjechaliśmy nie było jeszcze nikogo.
do dziesięciu Transporty zaczęły napływać codziennie po naszym przybyciu, codziennie po pięć do dziesięciu tysięcy. Czasem po dwa i trzy transporty dziennie. W drugim roku - dopiero, kiedy już wykończyli Żydów w 1943 roku - transporty napływały rzadziej. I tak z Holandii nadchodziły raz na tydzień też w tej samej ilości. Ci przyjeżdżali w osobowych pociągach, za nimi zaraz szedł transport produktów, konwojentów nie puszczano do lagru, tylko po wyładowaniu Żydów musieli zostać na stacji, pociąg wjeżdżał z ludźmi przeznaczonymi na stracenie do I lagru, do którego prowadziły szyny, tam ich wyładowywano, po czym konwojenci wracali tym samym pociągiem.
Tak przyjeżdżali Żydzi z różnych krajów z Francji, Holandii, Czechosłowacji, z Rosji, z Litwy itd. Żydzi z zachodnich krajów Europy przyjeżdżali doskonale ubrani, z eleganckim bagażem, nieświadomi zupełnie co ich czeka. Niemcy dali im od razu listy i kazali pisać do domu, że przyjechali do Polski i dobrze im się dzieje. Stali nad nimi, podczas gdy pisali i listy nie zdążyły jeszcze wyjść poza obręb lagru, gdy tych ludzi już nie było.
W tych warunkach przebyliśmy w warsztatach siedemnaście miesięcy, w których zginęło w piecach tego domu z czerwonym dachem około milion ludzi, co wynika ze statystyki, którą dziewczęta podpatrzyły pracując u Niemców. Jedna z nich Eda Waldmann nauczycielka, obecnie moja żona żyje, mieszka w Łodzi. Sprzątała u Niemców i codziennie widziała świeże cyfry ze sprawozdaniem zmarłych.

***

Podczas mego pobytu raz przyjechał z wizytacją Himler. Przybył samolotem w roku 1943 w lecie. W tym samym momencie, kiedy samolot wylądował nadjechał pociąg z załogą mającą służyć do ochrony Himmlera. Wszyscy w obozie drżeli, bali się go i wszystko było na ostatni guzik, w pogotowiu. Chcąc nas sprowokować, jeden SS man Bolener Scharf, póżniej w Treblince jeden z najgorszych zbójów powiedział: "Dieser Hund Himmler kommt" Dwa dni przed przybyciem Himmlera zostawili transport ludzi, polskich Żydów pozbieranych z wiosek i miasteczek. Tych nie wykończyli od razu, by mieć materiał gotowy dla pokazania Himmlerowi, jak robota w gazowni idzie.
Gdy przyjechał widzieliśmy jak zebrano tych wszystkich ludzi, popędzili ich do III lagru gdzie był piec gazowy w chwilę potem jak Himmler tam poszedł. Potem Niemcy sami opowiadali, że Himmler sam się przyglądał jak idzie robota. W krótki czas po wyjeździe Himmlera wszyscy SS mani w obozie dostali awanse i ordery. W obozie SS mani nie zmieniali się przez cały czas mego pobytu, prócz Bonera który poszedł do Treblinki i Oberleutnanta Streggla na którego miejsce przyszedł inny.
Wszyscy oni dostali odznaczenia za męstwo w walce z Żydami. Między nimi był Unterscharf Nowak, obecnie uwięziony, złapany przez Żyda imieniem Majorka na niemieckim terytorium. Drugi raz przyjechał inny wizytator z sześcima dostojnikami w żółtych mundurach. Tego już się SS mani mniej bali. Ta wizytacja nastąpiła w kilka miesięcy po wizycie Himmlera.
Kontrolowali oni wszystko na terenie obozu i też oglądali dokładnie komory gazowe. Po wyjeździe gości, Niemcy stali się jeszcze okrutniejszymi. W nas buntowało się wszystko i rozmyślaliśmy jak uwolnić siebie i te nowe nadchodzące transporty od tej okrutnej śmierci. Podrzucaliśmy listy ludziom przybywającym, ostrzegając ich, co ich czeka. Myśleliśmy, że rzucą się na Niemców, ale oni nie wierzyli by to mogło być możliwym szli na śmierć bez wszelkiego odruchu, bez próby ucieczki.
To też sami zaczęliśmy rozmyślać nad uwolnieniem obozu od naszych katów. Wieczorami zbieraliśmy się w pięciu sześciu w szewskim warsztacie i przygotowywaliśmy plan akcji. Między nami był Żyd z Rosji, który przybył z transportem jeńców żydowskich z Rosji i pracował przy ciężkich robotach na placu. Nazywaliśmy go Saszko. Był to młody 26-letni chłopak, w Czerwonej Armii był starszym leutnantem dostał się do niewoli i razem z innymi żydowskimi jeńcami dostał się do Sobiboru. Tamtych wykończyli, pięćdziesięciu zaś zostało do ciężkich robót. Ten Saszko począł systematycznie organizować powstanie.
Wtajemniczeni byli tylko rzemieślnicy i to nie wszyscy. Już bowiem poprzednio próbowaliśmy urządzić powstanie w trzy miesiące przedtem, z końcem 1942 roku wtedy organizowali się Żydzi holenderscy. My wiedzieliśmy o tym, ale przestrzegaliśmy ich, że to jeszcze nie pora, bo front był jeszcze daleko, partyzantów w lasach nie widzieliśmy jeszcze. Oni jednak nie słuchali nas, a mieli między sobą zawodowego kapitana, który brał udział w wojnie hiszpańskiej.
Nie mieli wtedy broni tylko zamiar otruć wszystkich Niemców podczas obiadu i zdobyć potem broń. Miała im pomóc pewna holenderska Żydówka, która pracowała w kuchni oficerskiej i podjęła się tego.
O tym dowiedział się pewien Ukrainiec, który podobno podsłuchał jakąś rozmowę w kuchni, którą prowadzili ze sobą holenderscy Żydzi, którzy pracowali w kuchni. Mówili ze sobą po niemiecku, a on tyle tylko zrozumiał, że w nocy coś się ma stać.
Poszedł od razu do szefa lagru Oberscharf. Frenzla i powiedział, że holenderscy Żydzi mają urządzić powstanie. Wtedy zebrano wszystkich Żydów holenderskich, a było ich siedemdziesięciu dwóch zrobili apel, wyprowadzili na III lagier i rozstrzelali z karabinów maszynowych razem z ich przywódcą owym kapitanem - nadzwyczajnym chłopcem młodym i szlachetnym. Wkrótce po tym zdarzeniu może dwa miesiące później umówiła się grupa sześciu kompanów Żydów z Polski by zorganizować ucieczkę. Mieli oni przeciąć druty i umożliwić ucieczkę tym, którzy się na nią zdecydują. Mieli już przedsięwziąć to w nocy ale tym razem nie udało się, bo znalazł się prowokator Żyd z Niemiec - Berliner, który twierdził że Niemcy mu obiecali że wszystkich wybiją, ale jego zostawią.
Ten poszedł do Niemców wydał im ten plan i Niemcy nazajutrz wszystkich sześciu powiesili na oczach wszystkich na II lagrze. Zagrozili przy tym, że jeśli jeszcze jeden ucieknie, wtedy wszystkich powieszą.
Nauczeni doświadczeniem, wzięliśmy się do roboty z cała ostrożnością, nie wtajemniczając prócz małej grupki pewnych ludzi nikogo. Wiedzieliśmy już też, że front się zbliża i że najwyższy już czas by Niemcom zapłacić za ich zbrodnie. Było to już po zdobyciu Kijowa przez Czerwoną Armię.
Plan nasz był następujący. Mieliśmy zaprosić do każdego mieszkania w warsztatach po jednym Niemcu 10 minut po czwartej i tam ich wykończyć. Upatrzyliśmy dzień, w którym szef lagru Gustaw Wagner Obersch wyjechał. Mieliśmy przygotowane ostre siekiery, nie staraliśmy się o broń palną by nie było słychać strzałów. Tak się też stało. O oznaczonej godzinie zaprosiliśmy ich do warsztatu, by przyszli przymierzyć buty, czy też ubranie, które zamówili, bo dla każdego z nich coś się robiło w warsztacie.
Wszyscy przyszli nie podejrzewając niczego i wszyscy zostali wykończeni. Ja miałem razem z kolegą Schelem Fleischaekerem szewcem z Kalisza zabić Falastera. Zawołaliśmy jego Unterscharfürera w III lagru - najgorszego kata, który specjalnie bił do krwi nagie kobiety przed śmiercią. Powiedzieliśmy mu żeby przyszedł przymierzyć buty czy mu pasują i przymierzyliśmy mu gotowe cholewy. Usiadł, oglądał te cholewy czy mu pasują i w tej chwili kolega mój rąbnął go w głowę siekierą, tak, że jeszcze tylko zdążył chwycić za pistolet i upadł.
Zapakowaliśmy go w koc wsadzili w drugim pokoju pod łóżko i poszliśmy zobaczyć do lagru, jak dalej robota idzie. Krawcy zrobili też swoje i tak uśmierciliśmy razem siedemnastu Niemców, zabraliśmy broń ich a granaty poprzynosiły z mieszkań dziewczęta, które pracowały u Niemców.
Dziewcząt było: Eda Waldmann, obecnie 30 lat z Jarosławia, Zelda nazwiska nie pamiętam ze Siedlec, obecnie w Palestynie i Serka z Dubienki nad Bugiem (nie wiadomo czy żyje). Nazwiska chłopców, którzy brali udział w tej akcji nie pamiętam prócz jednego podporucznik Schmeisner Szlomek. Po zabiciu Niemców zebraliśmy sześćset ludzi na plac do apelu. Czekaliśmy tylko na szefa lagru, który zwykł był przychodzić o piątej nad ranem ale tym razem nie przyszedł. Dowiedzieliśmy się, że jest w łaźni.
Poszliśmy tam , ale nie czekaliśmy już na niego tylko wpadliśmy do magazynu broni. Trzech Nniemców, którzy zwykle strzegli magazyn skryło się, wszyscy wypadliśmy do bramy, przy której stał wartownik. W tej chwili rozległy się strzały z kasyna oficerskiego, ale my mieliśmy już broń i obrzuciliśmy kasyno granatami, przebiliśmy druty i nie zważając na miny rozbiegliśmy się do lasu w małych grupkach.
W tej samej chwili, nasi ludzie przerwali prąd elektryczny, telefony, popsuli taksówki i samochody tak, że uniemożliwiono (nieczytelne). Widocznie myśleli, że to partyzantka wtargnęła do lagru, a że nie widzieli komendantów swoich, myśleli, że ci się pochowali toteż sami też się skryli.
Ukraińcy zaś, u których komendant był zabity i nie dostali rozkazu strzelania, stali bezczynnie, bo nie mieli naboi i nie mieli, czym strzelać. Fasowali, bowiem dziennie tylko po pięć naboi, a tych w tym dniu nie dostali. Tylko wartownicy na czterech wieżach wystrzelili swoich pięć 5 naboi i na tym się skończyło. W lesie zaś ludzie grupkami pouciekali w różne strony i ratowali się, jak kto mógł.
Ja od razu poszedłem w kierunku Bugu, jeden z naszej grupy miał kompas szliśmy na wschód. W nocy Niemcy rozpoczęli strzelaninę i urządzili obławę. Jak się później dowiedzieliśmy od pewnej Ukrainki która uciekła po powstaniu z obozu i przyłączyła się później do partyzantki - Niemcy wyłapali Holenderczyków, Czechów i Francuzów, którzy nie znając języka nie mieli możności ukrywania się i nożami ich potem żywcem krajali. To samo zrobili podobno z chorymi. Uratowało się z tego powstania do zarejestrowanych w Lublinie pięć kobiet. O reszcie nie wiem.
Ja zaś i grupa moja przeszła Bug po lodzie przy czym wpadliśmy do wody, nim przedostaliśmy się na drugi brzeg koło Tomaszewka w powiecie brzeskim. Tam przyłączyliśmy się do partyzantki grupy imienia Żukowa do Brygady im. Lenina. Była to rosyjska partyzantka (zeznający przedłożył w Żydowskim Instytucie Historycznym oryginalny dokument zaświadczający przynależność do partyzantki a dnia 15 grudnia 1943 - 1 kwietnia 1944; od roku 1942 Icek Lichtman służył przy polskim wojsku). Tam urządziliśmy wypady pod Brześciem, minowali pociągi, urządzali zasadzki na Niemców i tak z nich oczyścili teren, że bali się przychodzić w nasze strony. Gdy przyszła Czerwona Armia w czerwcu 1944 wstąpiliśmy do Armii i odtąd braliśmy udział w walkach aż do wcielenia nas do Armii Polskiej.




Strona Główna Okupacja

Wszelkie prawa zastrzeżone.