Strona Główna



O NASTĘPSTWACH UKRYWANIA RODZINY ŻYDOWSKIEJ

Wiesława i Alicja Niewidziajło

Rodzina Niewidziajło pochodzi ze Wschodnich Kresów przedwojennej Polski, ze wsi Stryjówki, powiat Zbaraż, województwo tarnopolskie. O miłości do Polski świadczy jej służba z ofiarami życia włącznie. Stryja Szymona zamordowało NKWD. Dopiero po latach jego córka ustaliła miejsce jego śmierci. Drugi stryj Franciszek uczestniczył w walkach o Kołobrzeg i tamże w zaślubinach z morzem.
Nasz tata Michał Niewidziajło wraz z bratem Szymonem, zaliczeni do "orląt lwowskich", brali udział w obronie Lwowa i wschodnich kresów Rzeczypospolitej. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, z mamą Janiną z domu Greber, lwowianką, jako nauczyciele zapoznali się w Krasnymstawie i w 1924 roku we Lwowie zawarli związek małżeński. Mieli siedmioro dzieci: Irena, Alicja, Krystyna, Wiesława, Jerzy i bliźniacy Janusz i Lesław. Jerzy zmarł w wieku 11 miesięcznym. W 1930 roku przy ul. Zadworze 33, obecnie Sikorskiego w Krasnymstawie, rodzice rozpoczęli budowę domu, który wykończono w 1956/57 roku.
Do wojny pracowali w tutejszym szkolnictwie. Niezależnie od pracy zawodowej, ojciec udzielał się w społecznym i politycznym życiu miasta i jego aktywność była widoczna i powszechnie znana mieszkańcom Krasnegostawu.
We wrześniu 1939 roku jako oficer rezerwy został powołany na Komendanta powiatu Krasnystawskiego. Następnie wraz z wojskiem ewakuował się na Wschód i po klęsce wrześniowej przez Lwów powrócił do domu.
W listopadzie 1939 roku w Krasnymstawie powstał Związek Walki Zbrojnej, który w lutym 1942 roku przemianowano na Armię Krajową. Jej pierwszym powiatowym komendantem w stopniu kpt. rezerwy, został Michał Niewidziajło. Jako patriota, nie mógł i nie chciał być biernym wobec wroga. Jeździł furmankami po całym powiecie, spotykał się z konspirantami. Dysponował bronią, którą razem z koleżanką roznosiłyśmy potem pod wskazane adresy.
Na wiosnę 1940 roku ojciec często nie nocował w domu, tylko u znajomych sąsiadów, a rano szedł do szkoły. W dniu 5 czerwca 1940 roku został aresztowany przez Niemców i z domu doprowadzony do więzienia w Krasnymstawie. W tym dniu razem z nim aresztowano jeszcze 17 osób. Były to pierwsze aresztowania w naszym mieście. Objęły one należącą do konspiracji inteligencję miasta Krasnegostawu, (adwokatów nauczycieli, 1 posła, pracowników urzędu miasta i innych) - na pewno według czyjejś listy z donosu. Do dziś nie wiadomo kto ich zdradził. Za kilka dni, wszyscy zostali przewiezieni do więzienia w Chełmie. Razem 18 osób nie wróciło już nigdy do swoich rodzin.
W Chełmie przebywali tylko jeden miesiąc. W dniu 3 i 4 lipca 1940 roku, razem z aresztowanymi z Chełma dwudziestoma osobami, zostali bez procesu rozstrzelani w Kumowej Dolinie pod Chełmem. Wszystkich 38 osób zamordowanych w ten sposób, pogrzebano we wspólnym grobie. Na tym miejscu, ze składek rodzin z Chełma i Krasnegostawu, ku ich czci i pamięci, postawiono pomnik.
Rodziny nie zostały oficjalnie powiadomione o śmierci rozstrzelanych. Władze niemieckie poleciły tylko, by magistraty w Krasnymstawie i w Chełmie wykreśliły ich z ewidencji mieszkańców tych miast. Dla ich upamiętnienia, każdego roku w rocznicę dokonanej zbrodni, zjeżdżają do Chełma ich dzieci i członkowie rodzin.

***

Nasza mama została sama z sześciorgiem dzieci. Najmłodsi braci bliźniacy Janusz i Lesław mieli wtedy niecałe 3 lata. Było nam bardzo ciężko. Utrzymywaliśmy się tylko z niewysokiej emerytury nauczycielskiej mamy i pomocy przyjaciół z podmiejskich wsi (dawano nam mleko, ziemniaki, mąkę, chleb). Były to Zakręcie, kolonia Zakręcie, Małochwiej Mały i Kolonia Góry. Do tych dobrych ludzi z okolicznych wsi, często chodziliśmy wiele kilometrów na piechotę. Pamiętam, że na większe święta, nieznani, widocznie członkowie podziemia, dostarczali nam mięso, tłuszcz, mąkę itp..
Oprócz niewielkiej pomocy z zewnątrz, utrzymywaliśmy się z przydomowego ogrodu. Mieliśmy swoje jarzyny i owoce. Najstarsza siostra Irena w 1942 roku dostała pracę w Magistracie w Krasnymstawie. Było już nam lżej. Mama hodowała też kury, kaczki i oprócz tego, aby dzieci miały mleko, dwie mleczne kozy, które umieściła w komórce na podwórku naszej posesji.
W czasach gdy jeszcze był z nami tata, wspólnie się modliliśmy i poruczaliśmy rodzinę Bożej opiece. Nawet wówczas, gdy Niemiec przyszedł aresztować mamę, to pozwolił nam w modlitwie się z nią pożegnać i na migi pokazywał, że on również ma wiele dzieci.
Odwiedzali naszą osieroconą rodzinę lekarz Edmund Wajszczuk i felczer Żyd Jojna Mandeltort. Pan Wajszczuk chorował na serce i w 1943 roku samotnie zmarł w swoim mieszkaniu. Wszyscy nam znani ludzie, którzy byli jego pacjentami wspominają go jako dobrego lekarza a nade wszystko człowieka. Doskonale też pamiętam Basię Wajszczukównę, z którą moja starsza siostra uczyła się w jednej klasie, a ja chodziłam do tej samej szkoły. Niestety, zginęła ona ze swoimi braćmi w powstaniu warszawskim.
Gdy w 1945 roku w drodze do Szczecina, w Warszawie przechodziłam przez drewniany most na Wiśle, wśród wielu podobnych, na ogłoszeniu przeczytałam prośbę o informację, gdzie przebywają członkowie rodziny Wajszczuków.
Przy naszej ulicy, w swej willi mieszkał lekarz Szpringer, którego zastrzelił ktoś z podziemia i sam również zginął. Podobno, jako syn niemieckich kolonistów z Zamojszczyzny, w szpitalu leczył również partyzantów, ale w oparciu o poszlaki poczytano go za zdrajcę. Wówczas nie było trudno popełnić tragiczną w skutkach pomyłkę. Jego obecnie nie zasiedloną willę, ktoś z Zamościa wystawił na sprzedaż.
Z materiałów do książki o "Ścieżkach pamięci Krasnegostawu", p. Jerzego Jacka Bojarskiego historię, w szczególności dotyczącą wydarzeń ukrywającej się u nas żydowskiej rodziny, spisała na jego prośbę siostra Alicja z Krakowa, którą cytuję: "Pewnego jesiennego wieczoru, czy nocy, tego nie wiemy zamieszkali na stryszku nieprzewidziani lokatorzy. Komórka w której były kozy, nie była zamykana, więc bez żadnej przeszkody każdy mógł się do niej dostać.
Rano z przerażeniem stwierdziliśmy obecność żydowskiego małżeństwa Binderów, z dorosłym synem Zelkiem i 10 letnią córką Marysią. W Krasnymstawie w centrum miasta posiadali własny dom i sklep z materiałami bławatnymi. Nie wiemy skąd do nas przyszli i gdzie przetrzymywali własny majątek. Ale by zabezpieczyć się przed aresztowaniem i wywiezieniem, u nas się zjawili w tym w czym uciekli. Wiedzieli, że mama mieszka sama z dziećmi a dom z obu stron jest otoczony parcelami bez zabudowy i sąsiadów.
Ze względu na bezpieczeństwo i brak miejsca (dom nasz był wykończony tylko w ź całości, początkowo starsi Binderowie pozostali w komórce na sianie, a dziewczynka Marysia była z dziećmi w domu. Na listowną prośbę - Marysię bezpiecznie przewiózł do Lwowa brat mamy Emil Greber, który w tym celu specjalnie po nią przyjechał. Tym sposobem Maria Binder obecnie po mężu Janie Greber została uratowana i przeżyła wojnę.
Dzięki znajomości mojej siostry Ireny z kierownikiem mleczarni w Krasnymstawie panem Jerzym Staniszewskim, już w styczniu 1943 roku dostałam pracę w mleczarni. Ponieważ ja, Alicja i siostra już pracowałyśmy, całym zaopatrzeniem w żywność dla rodziny i trojga Binderów zajmowała się 12 letnia siostra Wiesława. Ona też z panią Binderową - przed godziną policyjną chodziła do jej znajomych po pieniądze na życie i ich potrzeby.
6 stycznia 1942 roku w Krasnymstawie, Niemcy znaleźli rodzinę żydowską przechowywaną przez państwo Pałaszewszewskich. Żydzi wraz z rodziną Pałaszewszewskich zostali rozstrzelani na miejscu.
Takie samo niebezpieczeństwo jak na włosku wisiało również nad nami. Ani starsze ani młodsze rodzeństwo - dzieci, które bawiły się z innymi dziećmi - nikomu nie opowiadało o ukrywających się Żydach.
Pani Binderowa starała się jak mogła pomagać mamie w gospodarstwie domowym. Taki stan trwał od października 1942 roku aż do 2 sierpnia 1943. Tego dnia w południe, niespodziewanie przyszli Niemcy. Wiedzieli, że u nas są przechowywani Żydzi. Oboje Binderowie zostali aresztowani - syn Zelek w czasie ucieczki przed Niemcami został zastrzelony na łąkach, za rzeką.
Za godzinę Niemcy aresztowali mamę i zaprowadzili ją do więzienia w Krasnymstawie. Siostra Irena dowiedziała się w pracy co się stało w domu, bojąc się aresztowania już do niego nie wróciła. Mnie w mleczarni powiedział o tym wszystkim kierownik Jerzy Staniszewski, który zawiózł mnie do domu. Zastałam płaczące młodsze rodzeństwo. To była wielka nasza tragedia! W domu byłam tylko przez jedną noc, a rano poszłam do pracy, z której już nie wróciłam. Na prośbę kierownika Staniszewskiego zawieziono mnie do Siennicy Królewskiej do mleczarni gdzie pracując, równocześnie się w niej ukrywałam.
W nocy z 19 na 20 września 1943 roku partyzanci z BCh otworzyli więzienie i uwolnili 300 więźniów. Między nimi była nasza mama i Binderowie. Po wyjściu z więzienia, mama na jedną noc zatrzymała się u znajomych na Zakręciu, a potem przeszła łąkami na piechotę do znajomych w gminie Rudnik, gdzie po spotkaniu się z córką Ireną obie wyjechały do rodziny we Lwowie.
Ponieważ (po otwarciu więzienia) dłużej nie mogłam przebywać w Siennicy Królewskiej, zostałam przywieziona do Krasnegostawu i ukrywałam się u państwa Barańskich, a potem u chrzestnej matki - pani Kazalskiej. Stąd na skutek ich wstawiennictwa, 13 I 1944 dostałam się do dworu w Wierzchowinie, gdzie przebywałam do końca lipca 1944 roku, to jest wyzwolenia Lubelszczyzny i Krasnegostawu.
Tymczasem los mojego młodego rodzeństwa był opłakany. Siostra Krystyna po kilku dniach wraz z braćmi Januszem i Lesławem została zabrana przez przyjaciół mamy do sierocińca. Wielką rolę w tym odegrała pani Janina Frycz - nauczycielka. W domu, po aresztowaniu Mamy i zabraniu dzieci do sierocińca została sama siostra Wiesława, gdzie przebywała prawie miesiąc.
Gdy i po nią przyszli Niemcy i prowadzili ją w stronę miasta, podeszła z przeciwka pani Janina Frycz (musiała się od kogoś dowiedzieć o jej zabraniu) i przez dłuższy czas rozmawiała z nimi po niemiecku. Następnie wzięła siostrę Wiesławę za rękę i wróciła z nią do domu by zabrać jej osobiste rzeczy. Potem zaprowadziła ją do sierocińca, gdzie przebywała do Wielkanocy 1945 roku.
Moje młodsze rodzeństwo przebywając w sierocińcu często było upokarzane przez znajomych. Nie odpowiadano im nawet na pozdrowienia. Ponieważ była bieda, na moją prośbę przed mym wyjazdem do Siennicy Królewskiej, kierownik Jerzy Staniszewski obiecał mi że zaopiekuje się młodszym rodzeństwem.
Często odwiedzał sierociniec i pomagał mu dostarczając mleko, masło i ser i nawet jak tam był, to dzieci robiły dla niego przedstawienia. Należał do AK. Dziękujemy mu za to serdecznie. Kierownik Staniszewski również pomógł siostrze Irenie w czasie jej ucieczki z miasta po aresztowaniu mamy. Potem przyczynił się do bezpiecznego wyjazdu mamy i siostry do Lwowa.
Gdy aresztowanomamę, naszą czwórkę przyjęto do ochronki, prowadzonej przez siostry zakonne. Były one dla nas dobre, a jedna z nich, gdy byłyśmy w polu na spacerze, uczyła nas śpiewać patriotycznych pieśni. Należała do konspiracji i służyła pomocą medyczną rannym partyzantom. Natomiast siostra przełożona nie była dobra i za byle co biła nas różańcem. Ani razu nie dała mi do czytania listów, jakie mama do nas pisała.
Wykradała je z jej szuflady starsza koleżanka i po ich przeczytaniu oddawałam jej, a ona z powrotem kładła je na tym samym miejscu. Do naszego domu po tej całej tułaczce, 2 VIII 1944 roku wróciłam pierwsza. W domu po wyprowadzeniu się Niemca, zastałam pustkę. Dosłownie nie było nic! Wszystkie rzeczy zostały rozkradzione.
Przy pomocy życzliwych dla nas przyjaciół, odzyskałam część zniszczonych mebli i zaczęłam w nim mieszkać - 5 września wróciła mama ze Lwowa. Zaczęło się wtedy ciężkie życie. Bracia i siostra Krystyna wrócili dopiero w tedy, gdy jako tako, zagospodarowany został nasz dom. Siostra Irena tak bardzo przeżyła nieszczęście, które nas spotkało, że nigdy nie powróciła do Krasnegostawu. Po wyjeździe ze Lwowa jako repatriantka wraz z ciocią zamieszkała w Krakowie.
Nie sposób opisać, w jakiej biedzie przyszło nam żyć. W tej sytuacji starsza siostra Irena wzięła do Krakowa dwie młodsze, które tam ukończyły studia. Wykształceni bracia i ich dzieci również ułożyli swe życie. Jeden mieszka w Dzierżoniowie, drugi w Tomaszowie Mazowieckim. Najstarsza siostra już zmarła. Po małej maturze poszłam do pracy i dopiero wówczas ukończyłam gimnazjum i zdałam maturę. Jednak nie wyszłam za mąż i w rodzinnym domu pozostałyśmy tylko obie z mamą, a gdy ona zmarła, pozostałam sama z naszymi lokatorami, którzy chociaż mało płacą za czynsz, to niemniej służą pomocą w bieżących naprawach i swym przyjaznym stosunkiem do mnie łagodzą brak moich najbliższych w rodzinnym gnieździe.
Bolesne przeżycia,jakie się stały naszym udziałem, bardzo nas skonsolidowały. I chociaż obecnie każde z nas żyje swoim odrębnym życiem, to niemniej dzielące nas odległości nie osłabiły wewnętrznej więzi rodzinnej. Na pytanie zadane mamie, dlaczego ukrywając Żydów narażała nas wszystkich na śmierć powiedziała: że nie chciałam ich śmierci mieć na swoim sumieniu.
Postawa mamy w ich ukrywaniu, nie znalazła uznania naszego środowiska, które nieraz w sposób złośliwy i krzywdzący wyrażało swoje opinie na nasz temat. Nie wielu ludzi jest w stanie, w bezinteresowny sposób nieść pomoc potrzebującym i takim samym egoistycznym probierzem mierzą innych. Nigdy z tego tytułu od nikogo nie oczekiwaliśmy profitów ani aplauzu. Nie mieliśmy żadnego celu w nagłaśnianiu tego, co mama jako pedagog, uważała za swoją powinność w stosunku do naszych żydowskich bliźnich.
Rodzice wszczepili nam miłość do ojczyzny. Na ile znaliśmy tatę, to jesteśmy przekonani o tym, że nigdy by się nie poddał komunistycznemu reżymowi narzuconemu Polsce przez Stalina. Bez chełpliwości i patosu powiem, co dla wielu, a w szczególności młodym Polakom w czasach powszechnego zdewaluowana poniższej maksymy może się wydać banalne, to niemniej zapewniam, że przez rodziców na trwale została ona wszczepiona w serca ich dzieci, dlatego też we wszystkich sytuacjach była jest i pozostanie naszą dewizą a jest nią: Bóg, Honor i Ojczyzna




Strona Główna Okupacja

Wszelkie prawa zastrzeżone.