Strona Główna



TAMTEN CZAS LEPIEJ PAMIĘTAM...

Genowefa z Gliwów Babiarzowa

Pochodzę z Tworyczowa, na Gruszkę Zaporską przyszłam w 1947 roku - tamten czas lepiej pamiętam; jak w Kitowie ludzi wybili, jak było wysiedlenie, ale w którym roku? Pamiętam, że 7 lipca.
Tego dnia poszłam do studni po wodę, moja mama miała piec chleb. Ciągnę wodę - korba się wtedy kręciło - patrzę jedzie Niemiec (oni mieli całą stancję w Sułowie). Zajeżdża pod studnię na koniu i mówi mi, że dzisiaj będzie w Tworyczowie wysiedlenie, żebym powiedziała swojej rodzinie i sąsiadom. Wszyscy mieli się zebrać przy młynie. Obok młyna była polna droga i tam miała się odbyć zbiórka - przesiedlenie będzie w biłgorajskie.
Wróciłam do domu, przyniosłam tę wodę i mówię mamie, że rozmawiał ze mną Niemiec i mówił, że będzie przesiedlenie. Mama zaczęła rozpaczać: "oj, co to będzie", "oj, co to będzie". Każdy się bał, że zawiozą nas do lagru. Moi rodzice mieli gospodarstwo, cztery konie, pięcioro rodzeństwa mojego jeszcze było.
Wszyscy zaczęli ładować na furmanki, to, co najpotrzebniejsze, zrobił się straszny ruch., jeden drugiemu dawał znać. Każdy bał się wyjeżdżać. Uciekać co tylko siły! Wziąć konia, zaprząc, naładować na wóz, co można tak szybko i wyjeżdżać! Nawet mój szwagier był z ojcem , władowali co mogli, konie zaprzęgli, a my wzięliśmy krowy i gnaliśmy aby jak najszybciej wyjść z Tworyczowa, żeby wyjechać za groblę, a tam już Zabłocie; tam jest krasnostawski powiat.
Ojciec pojechał końmi, my pognaliśmy krowy, przed wieczorem byliśmy na miejscu. Noc się robi, a mamy nie ma. Mama została chleb piec w domu. Ciasto było zrobione i trzeba było piec.. Jak odchodziliśmy mama powiedziała: "to nic. Wy jedźcie, ja ten chleb upiekę". To pognaliśmy te krowy, byliśmy dziećmi; ja byłam z 1927 roku. Wieczór się zbliża, mamy nie ma. Moja starsza siostra Aniela - była starsza o dwa lata (a mama miała na imię Maria) - mówi do mnie ja pójdę do domu, może mamę znajdę.
Nie wychodziła na drogę tylko ścieżkami, miedzami poszła do domu. Zastała mamę, chleb był upieczony. Włożyły go do worka i zaniosły cmentarz. W tym czasie jak mama piekła chleb przyjechali "Czarni", od razu poszli na nasze gospodarstwo; u nas było dużo świń, wszystkiego, to było po co zostawać i powiedzieli: "to nic, my tu przyjechaliśmy, będziemy rok u was razem robić, wy rok u nas", ale już sobie zamówili nasze gospodarstwo i pojechali dalej.
Jak siostra z mamą zaniosły chleb na cmentarz, Aniela wróciła jeszcze do domu, ale we wsi już byli "Czarni", nie chciała wpaść im w ręce - pobiegła na ogród. Tam był groch na tyczkach - tam się schowała. Zaczął się robić wieczór, potem noc. Bała się wyjść z tego grochu - czekała aż do świtu. Ten ogród był nad rzeką. Cała noc chodzili "Czarni"- strzelali do kaczek, a ona dygotała w tym grochu. Potem wszystko się uspokoiło. Zrobiło się cicho i ona wyszła pomalutku i przyszła do nas do Bzowca. Taka zdygotana, w rosie, mokra. Nie wychodziła na drogę, tylko szła przez zboża. Ten chleb, co go z mamą ukryły na cmentarzu przyniosły do nas, do Bzowca.
Tak było przez kilka dni, byliśmy w Bzowcu. Potem mówią, że Niemcy zajechali do Kitowa - we wsi nie było koni, więc przyjechali za nimi do Bzowca. Wtedy zabrali konie ojcu. Chciał wyjechać nimi, ale się nie udało - dojechał do takiego wąwoziku, Niemcy za nim i musiał te konie oddać. Pojechał nimi, jak mu nakazali do "czarnych" i tam zostawił. Słońce zachodziło, wrócił z batem. Bat sobie przyniósł. A koni, ani woza już nie ma, nic!

***

Byliśmy wysiedleni przez dziewięć miesięcy. Rodzice byli w Bzowcu, ja z siostrą byłam w Zaburzu u rodziny, u Walczaków (już nie żyją). Oprócz Tworyczowa był wysiedlony Kitów, Nawóz.
Jacyś partyzanci przyszli do Nawoza, gdzie byli Volksdeutsche i strzelali ; czy kogoś zabili - już nie pamiętam. Podpalili jakieś budynki, to były chłopskie zabudowania.
O Kitowiepowstała piosenka"zegar wybił w nocy dwunastą godzinę...", kto to napisał nie wiem. Teraz w drugi dzień Świąt Zadusznych zawsze odprawia się przy grobach pomordowanych w Kitowie i tę piosenkę śpiewa się po mszy.
9 marca 1945 rokudonieśli nam ludzie, że "Czarni" uciekli, że już "Czarnych" już nie ma. Moja mama powiada: "jak "Czarnych nie ma, to pójdziemy do domu. Zobaczymy jak tam jest, co zostało." Idziemy, idziemy... Moja mama była trochę przy tuszy. Idziemy. Błoto. Patrzę, ludzie biegną przez pola. Czemu tak biegną. Idziemy dalej, a potem biegną sąsiedzi i mówią: "gdzie wy idziecie, wracajcie, bo Niemcy na cztery, czy na siedem furmanek jadą z Sułowa". Myśmy już niedaleko do wsi dobiegły. Co to będzie?
Ja młoda byłam, pobiegłam. Mama cięższa, starsza, nie mogła tak iść. Idziemy. Mamo chodźcie, ja do mamy zwracałam się przez "wy", oj, nie mogę. Oj, mamo - chodźcie , szybko. Dziecko kochane , nie zostawiaj mnie. To idziemy już powoli.
Tyle lat przeżyłam i jeszcze nie słyszałam, żeby kula tak leciała bzzzz..., tak. Leciała, słychać było. Proszę mamę, żeby szybciej szła. Czym dalej wyjdziemy, to wyżej. O, Jezu, co to będzie? Idziemy - co będzie... I niedługo kula znów... A Niemcy dojechali do wsi, nawet na remizie jeden sobie wsparł karabin- szła żona kowala - nazywała się Łupina- zabili ją na torach (od remizy to taki świat drogi...). Te kule jeszcze leciały koło nas, ale miałyśmy nie zginąć. Poszłyśmy dalej, to juz nas nie było widać. Potem mama rozchorowała się z kłopotu.
Do naszego domu już nie było po co wracać - "Czarni" wszystko rozgrabili, zostały tylko puste budynki.

***

Opowiem jeszcze jak chodziliśmy kartofli ukopać z Bzowca do Kitowa (to było bliżej jak do Tworyczowa). Tak po południu, wieczorem. Ileż można ukopać? 10 - 15 klio, żeby udźwignąć. W Bzowcu każdemu było ciężko, tam nikt nie miał nic na zbyciu. Poszłyśmy z sąsiadką. "Czarni" nadjechali po snopki, jak zobaczyli, że kopiemy, zaczęli za nami furmankami jechać, a my uciekałyśmy do pierwszych zabudowań w Bzowcu. Ileż było strachu, ale przeszło wszystko.
Ciężkie to były czasy i trudne były czasy. Przeżyliśmy to wszystko; kto miał zginąć - zginął, kto nie miał zginąć - nie zginął. W 1949 roku przyszłam na Gruszkę, to już tak się unormował czas. To już było wtedy lepiej.

***

Zaczęły się żniwa, "czarni" na robotę najmowali ludzi. Byłam młoda dziewczyna postanowiłam pójść do nich na żniwa. Poszłam z Bzowca tam, gdzie się robotnicy zbierali. Popracowałam pół dnia. Na obiad wszyscy szli, a ja poszłam do swoich budynków.
Przed wojną mój ojciec bił cielęta; skóry z tych cieląt były na strychu. Gospodarz u którego mieszkaliśmy w Bzowcu powiedział nam, że gdyby te skóry przynieść, to on by je wyprawił i zrobił nam buty na zimę. Poszłam więc na strych, wzięłam dwie skórki, mocna skręciłam i miedzą i ścieżkami wróciłam do Bzowca. I tak te skórki wyniosłam. Właściciel, gdzie mieszkaliśmy - on się nazywał Henryk Szałata wyprawił i mieliśmy buty na zimę.

STER

Do szkoły powszechnej chodziłam w Tworyczowie, uczyłam się ze Sterów - to były takie podręczniki jak gazety. Szkoła była czteroklasowa, innej nie było. Tej nauki to było przed wojną siedem klas - rok w pierwszej, rok w drugiej klasie, rok w trzeciej, potem dwa lata w trzeciej, czy czwrtej - już nie pamiętam. Potem znowu łączyli dwa lata - to było takie siedem klas. Ale do szkoły chodziło się tak , jak do czterech klas. Jeden z nauczycieli to był Korona Stanisław, a druga nauczycielką była Krzemińska Jadwiga - to nauczyciele z moich szkolnych lat. Tak dużo już przeżyłam.




Strona Główna Okupacja

Wszelkie prawa zastrzeżone.