Strona Główna



JAN BIZIOR   BIZIOROWIE   LEGITYMACJA

POWRÓT Z PIEKŁA

Jan Bizior

Wspomnienia Jana Biziora , mieszkańca Dzielec udostępniła jego córka - Helena z Biziorów Odrzywolska, której serdecznie dziękuję za współpracę.

***

1942 roku była to niedziela. Ostatnia stacja - Lublin, wysiadamy. Żandarmi wyprowadzają nas z wagonów, ustawiają przy murze; dwóch żandarmów trzyma karabiny gotowe do strzału. Dowódca poszedł na stację do dowódcy esesmanów po samochód, żeby nas odwieźć na Zamek.
Samochód przyjechał, każą nam wsiadać. Wsiadamy, maszyna rusza. Jedziemy. Mijamy jedną ulice, drugą- na raz trzech esesmanów zatrzymuje nas, rozmawiają z tym dowódca, który nas transportował.
Skręcamy i jedziemy gdzieś w przeciwną stronę. Samochód pędzi z wielką szybkością; mijamy domy, ulice. Miasto skończyło się, jedziemy dalej. Mijamy grupę mężczyzn. Nasze serca bija jak młot, a a każdy myśli, że niedługo zobaczy coś strasznego, oczy błądzą uparcie w lewo i prawo. Na lewo stoi dworek, a na prawo jest mnóstwo baraków.
Samochód wolnieje i skręca w prawo - budka, brama, dwóch esesmanów legitymuje naszego żandarma ponownie i zaraz jedziemy dalej. Mnóstwo baraków po obu stronach drogi. Samochód stanął. Wysiadamy. Żandarmi rozkuwają nas z kajdan i meldują do kancelarii przed pierwszym polem.
Straszny widokprzedstawia się naszym oczom; dwanaście płotów drucianych, wysokie na trzy metry a dookoła stoją wysokie wieże dość gęste, a na każdej wieży widać karabiny maszynowe z obsługą esesmanów.
Na rogu pierwszego pola jest brama, za bramą tablica z trupią główką a dalej mnóstwo ludzi roi się w pasiastych ubraniach; ogarnął nas strach.
Żandarmi oddają nas w ręce esesmanów; przychodzi oficer esesman i każdego z nas wita harapem, lub butem w brzuch, albo pięścią w twarz. Mnie tak przywitał , że mi ząb zaraz wyleciał i mówił "polnisch bandit".

***

Przychodzi kapo Tręczek i prowadzi nas na pierwsze pole do kancelarii pierwszego bloku. Wchodzimy do środka, przy jednym stole jest esesman i Żyd czeski za tłumacza i opisują każdego jak na komisji wojskowej. Przy drugim stole pisze [esesman?] numer i daje na blasze wybity; każe przyczepić go na lewej ręce.
Kapo zabiera nas, prowadzi do łaźni. Przychodzimy przed łaźnię, każe nam się rozbierać i i opisuje nasze ubranie i każe wkładać do worka, a nas gołych do łaźni. Najpierw nas gola, jeszcze nie nie zdążyli wszystkich ogolić a tu trąbka na apel zagrała, bo to była niedziela, to apel odbywał się o pierwszej (13.00); mało osób do pracy poszło. Wzięli nas nagich na apel; na drugie pole przechodzimy przez bramę, a w bramie nas liczą i każdemu jeden but, dwa harapy na powitanie dają.
Jesteśmy na placu, a na placu stoją już w piątkach duże szeregi, bo było tam około dziesięć tysięcy; nas też ustawiają w piątki.
Apel trwałokoło półtorej godziny. Po apelu znów wzięli nas do łaźni i dopiero pomyliliśmy się i pobierali te ubrania - pasiaki , a w łaźni kto miał na szyi medalik lub krzyżyk to mu zaraz kapo oberwał i podeptał. Ja medalik włożyłem za blaszkę numeru, która miałem na ręce, a kozik za pasek bo tylko wolno było wziąć ze sobą swój pasek.
Idziemypiątkami na drugie pole- w bramie nas liczą i nahajką ćwiczą. Esesmani mówią coś do siebie, pokazują na nas - "polnische banditen". Przystanęliśmy przy pierwszym bloku; prowadzą nas do trzeciego bloku.
Trzeci blok jest jest ogrodzony, wejście wąziutkie a płot wysoki, bo słupy równają do dachu i drutem osznurowane dookoła i do dachu, tak, jakby tam mieli trzymać dzikie gęsi lub kaczki, a tam byli tylko sami Polacy.
Kapo Tręczak oddaje nas blokowemu i każe mu, aby nas wypytał za co tu dostaliśmy się. Zaraz kazali nam przynieść obiad, bo nas było 90 chłopa.
Na obiad była kapusta rdesowa; po obiedzie blokowy wydał nam po jednym kocu i pokazał prycze, gdzie mamy w nocy spać. Wypytał też za co i jak zostaliśmy złapani. Powiedział nam, że będzie gorzej z nami, jeżeli któryś z nas zachoruje , to pójdzie do krematorium, bo tu lekarza nie ma.
Zaraz był apel wieczorny, po apelu kolacja i wydawanie chleba na dzień jutrzejszy, a na kolację był czaj rdesowy czy pokrzywowy i tak przeszedł pierwszy dzień.

***

Po północy około godziny drugiej pobudka i nakaz żeby wszystkie koce poskładać na równo, bo jak nie to nam zabiorą - a tu z tego koca całe posłanie, bo w spodniach spać nie wolno, a kaleson mie ma, tylko gołe prycze były potrójne.
Po upływie piętnastu minut blokowy wygania wszystkich na dwór, bo będzie wydawał kawę. Ale kawy nie było, tylko czaju dostało się ćwierć litra, chociaż nie smakowało, ale jeść się chciało, to trzeba wypić.
Apel, apel wołablokowy, wychodzić!. Wychodzimy przed blok i stoimy aż drzwiczki kapo odemknął, bo on miał klucz od kłódki. Zaczęło się rozwidniać - z wszystkich baraków wychodzą Żydzi, bo Polacy dopiero byli w jednym bloku.

NUMER OBOZOWY

Przychodzi kapo, odmyka, wychodzimy, a on chciałby nahają każdemu dać na wstępie. Za furtka ustawili nas w piątki i piątkami prowadzili nas na pole, na apel. Plac był opalikowany i każdy blok miał swoje miejsce na apelu i stawał zawsze w jednym miejscu.
Na apelu były następujące porządki: na prawym skrzydle stawali wyżsi, a na lewym mniejsi podług wzrostu, a na końcu lewego skrzydła wynosili trupy , i każdy blok miał swoje miejsce w czasie apelu na trupy.
Przed apelem każdy blokowy ze swymi repeciarzami , czyli z porządkowymi chodził i równał, żeby szeregi były równe i pokryte na pięć. Później przychodzi kapo i blokowy oddawał mu kartkę na której jest stan żywych i trupów, czy chorych i stoimy dalej.
Przychodzą raporciści - esesman i oficer, który odbiera apel. Kiedy wychodzi oficer na plac, czyli pole , to podaje komendę lagier kap Achtung , czyli uwaga - stillgestandent to znaczy baczność, Mütze ziehen, to czapki zdjąć; w tym czasie esesmani obliczają nas.
Jeżeli są wszyscy, to apel nie trwa długo i znów: Achtung, Mütze auf, czyli na głowę; korrigieren - poprawić czapki. Aus to znaczyło spocznij.
Po apelu idą wszyscy do różnych prac, a nas świeżo wziętych z powrotem do bloku. W bloku blokowy wydaje nam po dwa czarne kółka na białym płótnie i dwa paski białego płótna i każe każdemu przyszywać na białym płótnie. Każdy bierze swój numer- jeden numer i czarne kółko przyszywamy na lewej nodze [nogawce] niżej kolan żeby z boku dobrze było widać - numer wyżej, a czarny punkt niżej. Zeszło nam do południa, a nawet i do wieczora, bo na dziewięćdziesiąt ludzi wydali nam sześć igiełek, a każdy chciał dobrze przyszyć.
Na obiad była zupa ze zgnitych kartofli, to my świeżo zebrani nie chcieliśmy brać, a nasi poprzednicy jedli z wielkim apetytem i mówili nam - "wy nie jecie bo u was w żołądkach jest jeszcze cywilny chleb po obiedzie".
Grupy robocze poszły znowu do pracy, a my zostaliśmy i jedni sprzątali, drudzy przyszywali numerki i kółka. Blokowy przed wieczorem kilku wziął po chleb, bo i dla nas już wyfasowali.

***

Wieczór się zbliża, grupy idą z roboty i apel się rozpoczyna. Tego dnia apel trwał niedługo. Po apelu idziemy wszyscy do bloku. Blokowy nie wpuszcza do bloku, tylko każe stać przed blokiem, bo będzie wydawał chleb i kawę, czyli czaj. Chleb na pięciu i czaju ćwierć litra; chleb był na wpół z trociną, a ważył 1 kg.; na pięciu to było na jedną dobę.
Nazajutrz po apelu biorą i nas do roboty "Sztrasen Baom" czyli do budowy szosy. Jedni rowy brali [kopali?], place plantowali, bo Niemcy nie mało baraków stawiali; inni ziemię, piasek, czy cegły wozili taczkami lub wózkami kolejowymi. Praca ta była ciężka i mozolna, a głód - niech Pan Bóg bron!
Rano, gdywychodziliśmy za druty na pole to już warta była rozciągnięta dookoła na trzy kilometry w kwadrat, jeden od drugiego 30 metrów, żeby z nas nikt nie uciekł, a poza tym byli esesmani na motocyklach i z psami; psów było 60. Przy pracy dozorowali nas esesmani, Niemcy cywilni.
Kapo byli Niemcy, Czesi, Słowacy, Polacy i z innych państw europejskich. Każdy kapo miał swoją grupę, którą prowadził na robotę i sprowadzał do baraków. Inżynierami robót byli Niemcy, a także Polacy, cywilni robotnicy z pobliskich okolic; coś im płacili, ale oni byli wolni, chodzić nie musieli w niedziele , bo w niedziele nie zawsze chodziliśmy na roboty.
I tak płynie godzina po godzinie, dzień po dniu, chociaż dzień był tam rokiem, bo jak człowiek jak tam przeżył dzień a nie był trzy razy bity to był szczęśliwy, bo z roboty co dzień kilkanaście trupów przynosiliśmy, co byli w różny sposób wybici.
Na polubyła marchew, rzepa, brukiew, buraki, ale gdy który chciał wyrwać, a zobaczył go wartownik to zabijał jak psa; nie widziałem żeby zabił psa, a nas to strzelali i bili na każdym miejscu.
Na robocie kto był chory i nie mógł pracować, a spostrzegł to Niemiec, to bił bez litości aż zabił. Tak bili i do roboty gnali, że trudno było wytrzymać żeby się uchronić od bicia, bo za byle co to dwadzieścia pięć nahajek.
Po upływie trzech tygodni - było to w niedzielę, przychodzi kapo i mówi do nas: "chłopy, będziecie teraz jak w raju, bo dyscyplina zniesiona o połowę i trzeba ten płot, którym nasz barak jest ogrodzony rozwalić". Rozebraliśmy płot i odtąd wolno nam było chodzić po całym polu w dzień, bo tak to już nam było za ciasno, bo nas było około 600.
Z każdym dniem więcej przybywało ludzi, pomimo że 50 do 100 trupów wynosili na plac na ranny apel i w czasie apelu od 2 - 5 Niemcy zabijali. Tak my tam cierpieliśmy, każdy bał się uciekać, bo raz gdy byliśmy na robocie, to jeden z nas chciał uciec, bo mu życie zbrzydło, to go zastrzelili bez słowa.
Innym razem schowało się dwóch w cegle; to było wieczorem - gdy wracaliśmy z roboty, to nas zawsze liczyli, warta zawsze stała aż wszyscy weszliśmy za druty - wtenczas wartę ściągnęli, bo w bramie liczyli jak szliśmy na robotę i z roboty, a jak brakowało jednego lub dwóch to straszny alarm. Syrena grała, psy wyły i słychać było tylko warkot motocykli; szukali aż znaleźli, jakby bez psów to by może nie znaleźli. Ale psy wszędzie zwęszą. Jeden był pod mostkiem, nawet założył się gruzem, ale go psy wyczuły, a drugi założył się cegłą i też go znaleźli. Przyprowadzili ich zbitych i pogryzionych, a my wszyscy staliśmy na placu aż ich znajdą do pięciu godzin.
Nie raz tego było, że aż w głowie trudno pomieścić te różne rzeczy. A jak przyprowadzili tych, co się tam gdzieś ukryli, to to jak prze drogę go nie zabili, albo psy go nie rozszarpały, to przez noc leżał związany pod strażą, a na drugi dzień wieszali go na placu.
Na każdym placu była szubienica, na środku pola i jak mieli wieszać, to nas wszystkich wypędzali na plac żebyśmy to wszystko widzieli. Przyprowadzali skazańca, esesmani przynosili dwa stołeczki przychodziła grupa esesmanów i kazali mu wchodzić na te stołeczki, które stały przy szubienicy. Wiązali mu ręce w tył, zakładali sznurek na szyję ; gdy sznurek był założony, wysuwali mu spod nóg stołeczek i zaczynali się śmiać.
Pośród nas jedni płakali, inni mdleli, a inni wykręcali twarze w druga stronę i szemrali, że już musi Pana Boga nie ma na świecie skoro ci łotrzy niewinnych ludzi tak mordują. Jeden z esesmanów mówił do nas po polsku - wszystkich was wywieszamy jak zechcecie uciekać.

***

Było to we wrześniu - pewna grupa robotników składająca się z 80 ludzi poszła do pralni i trzech włożyło sobie czyste koszule. Zauważył to esesman, zawołał wszystkich i zaprowadził do komory gazowej; wszyscy zostali wytruci; a zdarzało się to kilka razy.
Po upływie pięciu tygodni tak ciężkiej pracy, bicia i głodu zachorowałem i chce pójść na rewir, pomimo, że jak kto tam pójdzie , to mało kiedy wraca, ale trudno.
Siły mnie opuściły, chodzić nie mogę. A jak pójdę do pracy, a nie będę mógł chodzić, to oni mnie zabiją. Pożegnałem się z kolegami i poszedłem. Na rewirze spotkałem czeskiego lekarza, Żydka i ten mnie przeznaczył na blok 20 i dal mi 6szt. aspiryny; poszedłem, byłem tam 4 dni.
Moje oczy nie mogły się patrzeć na tę nędzę; chorzy leżą na gołych pryczach przeważnie pobicie na flegmone(?), co z nich prawie ciało oblatuje, bo tam taki brud, że w ranach robaki się zaszczeniły do 5 centymetrów długości. Co tydzień była przebiórka do krematorium - zabierali tych, co nie mogli chodzić, a którzy powinni leżeć więcej niż tydzień.
Po użyciuaspiryny i nie chodzeniu do pracy przez 4 dni trochę się lepiej poczułem i wróciłem do bloku. Na drugi dzień poszedłem do roboty, nad wieczorem dostałem silnego bólu głowy; poszedłem do studni żeby sobie w zimnej wodzie zmoczyć kawałek jakieś szmaty i przyłożyć do głowy. Zobaczył to Niemiec, zawołał mnie "komm" - zbliżyłem się do niego, a tam był zbiornik na wodę; była w nim woda.
Pchnął mnie w tę wodę. Ja chcę wyleźć to on mnie nie puszcza i bije i tak mnie zmęczył, że tyle co żywego koledzy z tej wody mnie wyciągnęli i z pola do bloku mokrego przywlekli.
Na apelewynosili trupy, jeden z kolegów dał mi z trupa ubranie, a mokre zdjąłem. Po apelu poszedłem znów do lekarza Czecha. Poprosiłem - dał mi 2 aspiryny i na drugi dzień znów idę na robotę.

***

20 września 1942 roku poznałem jednego robotnika z Lublina- on powiedział mi, że u niego nocowała ze Szczebrzeszyna Kowalikowa Katarzyna i pytała się o swego męża, czy go razem ze mną nie ma. Jego nie było; pracował jako stolarz i dopiero wieczorem mogłem się z nim kontaktować
Na drugi dzień podaliśmy kartki malutkie (papier z worka po cemencie) na których napisaliśmy i ten robotnik wziął i schował w pantofel pod wkładką, bo robotników też rewidowali.
Ten robotnik, co wziął ten listy ode mnie bardzo się bał, ale ja go bardzo prosiłem - on oddał te listy żonie Kowalika. Pani Kowalikowa dopiero się dowiedziała, że wszyscy ze Szczebrzeszyna, co razem z mężem byli aresztowani są na Majdanku; aresztowano wtedy jednego dnia 30 chłopów.
Mój list p. Kowalik przyniosła do mego domu i oddała mojej rodzinie; powiadomiła 4 rodziny w Zaburzu, bo 4 chłopów razem ze mną było wywiezionych w jednym dniu na Majdanek; dowiedzieli się, że żyjemy i razem jesteśmy.
W naszych stronach nikt nie wiedział , że 2kilometry od Lublina jest Majdanek, bo dopiero zaczął się rozbudowywać.

***

Codziennie przybywało dużo więźniów i codziennie bardzo dużo ubywało; nie nadążali wszystkich spalić w piecu. Brali wtedy 40 silnych chłopów, którzy kopali w lesie w kierunku na Krasnystaw doły na nieboszczyków - nocami zawsze wywozili trupy.
Pod koniec listopada dyscyplina na Majdanku została zmniejszona - w sierpniu i we wrześniu na tablicy było napisane: obóz śmierci, później karny lagier, a w w grudniu już tablica obóz pracy. My wewnątrz Majdanka politykując między sobą, oraz z Ruskimi, którzy się tu dostali mówiliśmy, że to wszystko, te zmiany zaszły dlatego, że na Wschodzie front im się załamał.
W 1943 roku w styczniu wyczytywali do zwolnienia 203 osoby, a tylko 3 z nich żyło. Później, jak coraz lepiej dostawali na froncie wschodnim zaczęli pomału zwalniać. I nadszedł dzień szczęśliwy - 8 lutego 1943 roku wyczytali 45 osób i mnie w tek liczbie. Wzięli nas do łaźni, kazali się umyć, spisali każdego, i każdy musiał przyrzec, że tego co tutaj widział i słyszał nikomu nie powtórzy, bo za to zginęłaby jego rodzina...




Strona Główna Okupacja

Wszelkie prawa zastrzeżone.