Strona Główna



TO SAMI SWOI GO WZIĘLI...

Helena z Batorskich Krukowska

Wspomnienia Heleny z Batorskich Krukowskiej poruszają bolący problem naszej polskiej, powojennej rzeczywistości, kiedy kształtowały się zręby władzy państwowej i lokalnej pod bezpośrednim wpływem "przyjaciół" zza Buga. Jest to pierwszy tego rodzaju tekst na naszej stronie, na opublikowanie którego uzyskałam zgodę p. Heleny. Serdecznie dziękuję Jej za współpracę.

***

To sami swoi, z naszej wsi go zabrali - opowiada o śmierci swego brata Helena z Batorskich Krukowska. Jak skończyła się wojna partyzantów było dość, wszędzie. Tutaj było kilku starszych mężczyzn, którzy bardzo chcieli jakąś organizację robić. Jak pamiętam - dziewczyną byłam - to tutaj u mojego stryja - mieszkał na górce w pobliżu klasztoru zbierali się partyzanci z AK, ZWZ, BCh, PPR i tak się dzielili w czasie zebrania na partie; w mieszkaniu siedzieli po kątach - tu kilku mężczyzn, tu kilku. Ja chodziłam poza piecem i słuchałam... Takie zebrania nie raz mieli w naszym domu, rozmawiali, a końcu kłócili się pomiędzy sobą - bo ten chciał tak, inny tak...
Potem chcieli organizować milicję tutaj, w Radecznicy; ci, którzy mieli ochotę zostać w milicji, albo których namówiono - jak mojego brata, to byli starsi chłopcy. Był kolega mojego brata, jego rówieśnik - Jan Oleniak. Ojczym kolegi mówił: "nikt, tylko wy, jesteście młodzi; jak staniecie teraz do milicji, pobędziecie ze dwa lata, to sobie wojsko odrobicie. " Oni skończyli po 18 lat, 19 rok im szedł. Nabrali chęci i w końcu zgłosili się do tej milicji. Posterunek w Radecznicy już był, ale pozamykany; początkowo byli więc trochę w klasztorze, potem przenieśli się na posterunek, bo zaczęli obawiać się partyzantów.1 Moja mama poszła do syna - prosiła go aby zrezygnował z tej pracy i wrócił do domu. Poszła też do spowiedzi i wyznała, że ma takie zmartwienie, a ksiądz mówi (to był ks. Hadam): "niech pani idzie do niego i powie mu, żeby wrócił". Mama bardzo go prosiła, ale nie chciał usłuchać; jego koledzy mówili "gdzie pójdziesz?"
Z klasztoru wyjechali do Zamościa. W Zamościu zabrało ich wojsko - w tym mieście był sztab milicji. Ile tam byli w nie wiem. Może parę miesięcy. Z Zamościa rozdzielili ich znowu - mój brat z kolegą otrzymali wiadomość, że jadą do Warszawy; Warszawa była wtedy rozbita, zgruzowana, mieli pojechać tam do pomocy. Byli tam ze trzy tygodnie.
Od nas [z posterunku w Radecznicy?] wysłali listy , aby ich zabrali do Lublina- tutaj byli w koszarach wojskowych może ze dwa tygodnie... Potem była wymiana pieniędzy - zabierali stare, a wydawali nowe. Mój brat zawsze przyjeżdżał do Turobina do banku- przywoził nowe, a zabierał stare pieniądze. Jak był w Turobinie, to zawsze wieczorem przychodził do domu, pobył przez noc, trochę porozmawiał z ojcem i z nami. Rano ojciec zaprzęgał konie i odwoził go do Turobina. Zabierał pieniądze i jako obstawa odjeżdżał z szoferem do Lublina - i tak przez dłuższy czas był w Lublinie.
Raz ojciec pojechał do niego, a razem z nim taka jedna kobieta. Zawiozła list do sztabu; nocowała w tym sztabie i wszystko... Ojciec był z synem, a ona w tym sztabie, bo to od partyzantów miała wiadomość. Po tym dali bratu i jego koledze urlop.

***

Byłam wtedy u drugiego brata (starszego), ożeniony był w Wólce. Z bratową robiłyśmy pranie. Brat odwiózł nas do rzeki, to było rano około 8.00 godziny, potem przyjechał po nas. Przyjechał na południe i mówi: "o, jest Tadek, Tadek przyjechał z Jasiem - przyszli piechotą z Turobina. Ogoliłem ich, jacy zarośnięci byli...; przychodzili do nich chłopi z całej wioski na ciekawość, płaszcze przymierzali...". Przyjechaliśmy do domu, przywitaliśmy się, bratowa zrobiła obiad i po obiedzie starszy brat odwiózł nas do Zaporza.
Ojciec z mamą zaczęli rozmawiać z Tadeuszem, a tu wpadli dwaj: "chodź Tadek, chodź. Przyjechałeś? Tak długo cię nie było. Pójdziesz, porozmawiasz trochę z młodzieżą, rozerwiesz się..." Mój ojciec i mama prosili go - nie idź! Zostań w domu. Jak to młody, przyszli jeszcze sami znajomi, tez młodzi koledzy. Zabrał się i poszedł do Krukowskich, tutaj niedaleko mieszkali.
Pokładliśmy się spać - 9.00 wieczór, przylatuje Piturka - żona Pitury - bardzo dobrze żyliśmy sobie z nimi; oni pracowali u mojego ojca, bo u nas była duża gospodarka - przyleciała ta Piturka: Batorski, Batorski - stuka w okno. Ojciec wstał, podszedł. Kto tam?, co tam? Ja, Aniela, ja Aniela.... Batorski, powiem wam taką smutną wiadomość. Tak, a co? Tadka zabrali. Wpadli i zabrali. Jak? Ja tam dużo nie wiem - wpadli do Krukowskiego, zaczęli bić w górę z broni w powałę (sufit), obstąpili ich , zabrali i poprowadzili. Obydwóch wzięli. Partyzantka; prawdopodobnie poprowadzili ich na Podlesie.
Cała wioska wiedziała, ale nikt nie wydal. Do tej pory nikt nie powiedział kto to zrobił... Jak ich wzięli, jeden człowiek oddał mojemu ojcu czapkę i karabin mojego brata. Skąd Miał? Musiał być przy nim. Nie ?
W Podlesiu ich trzymali w piwnicy. Tam robili robotę. A potem ich wzięli, a mróz jak nie wiem co. Parę koni. Oni siedzieli - ci partyzanci na saniach, a ich przywiązali powrozami do sań. I tak na saniach jechali, a ci zgłodzeni, zbici, zmęczeni, spłakani, skłopotani wlekli się jak psy za saniami. Tak. Przywlekli ich do klasztoru. W klasztorze dalej badania robili.
Ojciec jeździł na takie zeznanie - tu był taki Lenek Kalmusz - to był bandzior nad bandziorami - on zeznawał, że w lasku zostali zabici i tutaj są porzuceni. Inni mówili, ze wrzucono ich do studni, gdzieś Rozłopach, czy Deszkowicach; tam są takie studnie... Ojciec z bratem chodzili tam oglądać. Mieszkający w pobliżu tych studni mówili: "niech pan idzie stąd, bo jakby zauważyli partyzanci, to by was zabili i wrzucili tam do kupy...". Zajrzeli do tej studni - tam było pełno porozbijanych betonów, kamieni..., a ci sąsiedzi mówili - "tam Żydzi, Polscy, Rosjanie - wszyscy powrzucani do tej studni".




Strona Główna Okupacja

Wszelkie prawa zastrzeżone.



1. w obrębie gminy pozostawały wówczas w opozycji do nowej władzy oddziały AK, ze słynnym "Zaporą" na czele