Strona Główna



GORAJEC, JAKI PAMIĘTAM

Emilia z Biziorów Sykałowa

Od piątego roku życia mieszkałam z rodzicami w Dzielcach, więc o gorajeckich Żydach wiele wiem. Mieszkali tutaj. Była rodzina - ojciec i dwóch synów - na imię mieli Icek i Lejba, byli lubiani przez sąsiadów; mieszkali na Grądku przy drodze. Jak dziadek wyjeżdżał do roboty w polu babcia mówiła: "nie będziesz dzisiaj obornika woził, bo Żydzi maja święto, nie trzeba im przeszkadzać". Oni byli bardzo przyjaźni dla sąsiadów i dobrze było.... Był taki Nuchym, do którego chodziło się zawsze jak do sąsiada.
Przed wojną Żydzi zajmowali się drobnym handlem - jeden skupował cielęta, młode (oni wiedzieli jakie), pieczywo sprzedawali - mieli piekarnię, bo tu sklepów jako takich nie było, była jakaś Spółdzielnia już przed samą wojną; a z Żydami było inaczej - wszystko przyniósł, wszystko kupił od gospodarza, i tak się żyło dobrze. Mama sadziła najwcześniej we wsi truskawki - jeszcze nikt w okolicy nie miał - Żydzi przychodzili do niej na początku wojny z koszami - kupowali te truskawki. Nasza rodzina szanowała Żydów.
Jak był szabat Żydzi najmowali sąsiadkę, żeby zaświeciła świeczki, bo oni nawet tym nie chcieli obrazić Boga, że pracują. Świeczki zaświeciła sąsiadka, a oni jej to wynagradzali, bo przed wojną to Żydzi byli jeszcze bogaci. Wszyscy się posługiwali kimś.
Nie wszyscy byli pobożni, nie wszyscy.... Młodzi to im się trochę rozpuszczali - to znaczy trochę nie słuchali rodziców, starszych. Różnie było...
Lejba to był rówieśnik mojej ciotki, urodzony w 1921 roku, razem chodzili do szkoły w Gorajcu. Nie pamiętam jak się ubierali Żydzi, ale po czapce można było poznać Żyda, pejsy mieli, no i inaczej byli ubrani. Buciki eleganckie, zawsze z czubkiem. Mieli tutaj pola - pracowali; kobiety ubierały się normalnie, jak na wsi. Między sobą - mówiąc po naszemu szwargotali - a tak na co dzień z sąsiadami rozmawiali po polsku - przecież to wszystko wyrosło tu - w Polsce.

***

Przed wojną była w Gorajcu świetlica - drewniany, piękny dom - spaliła się na początku wojny. Budynek świetlicy stał w miejscu tego, który stoi obecnie - były to razem świetlica i remiza strażacka. Urządzaliśmy sobótki, puszczaliśmy wianki na wodę - pięknie było. Żydzi byli razem z nami, ponieważ te zabawy organizowała szkoła. Jak miałam cztery latka to mówiłam wierszyk na choinkę:

"nie żałuj tego choinko mała
że nie będziesz wśród lasu stała
staniesz tutaj w naszej chacie
niby królewna w ozdobnej szacie..."

Piękne było życie kulturalne. Potem trudno się było przyzwyczaić tym dzieciom, którym młodzieńcze lata przypadły na powojenny czas.
Pracą kulturalna zajmowali się nauczyciele - pan Świstacki, pan Głąb - to było tuż przed wojną. Byli oddani społeczeństwu tej wsi; wszyscy byli zjednani. Do tej pory wspominam to, co było wtedy - teraz jest inaczej - tak mi się wydaje, starszym ludziom chyba też.
Straż istniała, dlatego, że była remiza. Później była spółdzielnia - we wsi to było coś nowego, to była Spółdzielnia "Społem" - pracował w niej Szczepanek.
Gdy wybuchła wojna w Gorajcu zorganizowano tajne nauczanie, podobnie było w Zaburzu. Byli też partyzanci. Każdy należał do organizacji. Ja jestem z 1931 roku , to za Niemców miałam 8 - 9 lat. Jako dziecko zawsze o wszystkim wiedziałam. W domu nikt przede mną nie krył gdzie co jest, jak to... taki sąsiad był - on znał cała moją historię. Bywało tak, że przychodził do mojego taty i mówi: może by Mila poszła do Gorajca zobaczyć, co tam się dzieje, bo nic nie wiadomo. Tata wzruszał ramionami, ale kazał mi iść.
Rodzice wysyłali mnie z Dzielec do Gorajca, by zobaczyć co się tam dzieje. Tata mówił mi do jakich sąsiadów mam wstąpić, zobaczyć, zapytać co słychać w Gorajcu. Tutaj miałam babcię i znajome były dla mnie ścieżki.
Jednego razu poszłam do Gorajca, do babci na Grądek, a tu Niemcy biorą chłopów - wysiedlają Gorajec. Jak teraz dostać się do domu? Jak się dostać? Pomału pod rzeką poszłam do Dzielec, powiedziałam naszym chłopom - wszyscy poszli do lasu i od nas nikt nie był w Niemczech na robotach. Mój tata wyratował jakiegoś Żyda. Szedł do swoich teściów wzdłuż rzeki, przez którą uciekał Żyd ponieważ w Zagrobli byli Niemcy. Tata podał mu rękę i wyciągnął z wody, był taki spłoszony, a potem pokazał w którą stronę ma iść by nie natknąć się na Niemców.
Potem mieliśmy wujka w więzieniu (ks. Wojciecha Olecha) od 1939 roku. Zabrany został jako zakładnik polityczny - przeszedł przez więzienia, przez obozy i trafił do Dachau. Prze dwa lata nie można mu było wysyłać paczek, potem Niemcy pozwolili. Jak podawaliśmy paczki w Radecznicy, to zdawało nam się, że nie dochodziły, trzeba było je wysyłać ze Szczebrzeszyna. Nie raz takie rozruchy były, Niemcy akcje urządzali, a paczkę trzeba było nieść do Szczebrzeszyna. Wtedy mamusia zawiązywała mi taka płachetkę i na plecy, i szukała żeby kto ze wsi szedł, bo trzeba było iść przez doły i przez las. Ona się trochę bała, ale mówiła - lepiej już ty idź niż tata, bo jego Niemcy wezmą jak będzie w Szczebrzeszynie łapanka, a tobie dziecko co zrobią. Ale nauczyła mnie, żeby nie uciekać, żeby iść do nich - już co będzie, ale nie uciekać, bo oni nie lubią tego.
I raz tak z sąsiadem poszliśmy - sąsiad nazywał się Łyp - już nie żyje. Na poczcie to były takie drzwi wysokie, nie mogłam klamki dosięgnąć, stałam pod drzwiami, żeby ktoś otworzył, to były żelazne drzwi. Weszłam na pocztę, a tu tyle żandarmów. Niemcy! Rozdzierali paczki. Co będzie? Myślę, co by tata wtedy zrobił. Stój w kolejce i czekaj - tak sobie myślę - tak tata by mi kazał. Nie wolno uciekać, bo zaraz mnie złapią i będzie gorzej. Stanęłam. Wszystkie paczki rozdzierają Niemcy. Jeżeli ktoś miał w tych paczkach to, czego nie można było wysyłać, to tych ludzi odstawiano na bok. Żandarmeria szczebrzeska, na rękawach mieli takie litery "S" i co? Ja idę do okienka, a ten Niemiec spojrzał na mnie, może na adres się spojrzał , bo to była paczka do Dachau wziął paczkę z moich rąk i podał do okienka. Niemiec podał do okienka!
Wysyłaliśmy te paczki przez trzy lata i ta pani w okienku już znała ten adres - ona mi zwrotny wypisała, a te wszystkie dokumenty pomocnicze to tata przygotował, to wszystko było przywiązane do paczki, bo ja nie umiałam wypełnić na poczcie. Dałam jej i odeszłam. I nic. Przyszłam do domu, mówię, że byli Niemcy, ale tam się nic nie wydarzyło. Ale ktoś był z Gorajca i widział to wszystko - przyszedł do mojego taty i mówi: "to było szczęście, to było jakieś szczęście".
Całe trzy lata, czy dwa i pół to wysyłaliśmy paczki do Niemiec. Mama mówiła, że trzeba wysyłać więcej, bo tam jest dużo więźniów to ktoś jeszcze skorzysta. To tam "Wojcio" - ona zawsze na brata mówiła "Wojcio" da komu. To się podzielą. I tak było. Wysyłaliśmy wszystko ja nosiłam do Szczebrzeszyna, zimą, latem...
Oj wojna to.... Nie raz się trzeba było i przestraszyć. Każdy wojnę pamięta z tych lat, co ja. Każdy pamięta. Ludzie opowiadają; w Gorajcu jeszcze dużo ludzi starszych żyje. A paczki szły, bo nam ludzie pomagali; pomagali ludzie z Zaburza - przynosili różne produkty, pomagali z Chłopkowa - w Chłopkowie była ciocia, też pomagała. Skąd byśmy wzięli na te paczki? Skąd? Przecież trzeba było dać obowiązki - zboże Niemcom wydać, ale ludzie pomagali.
Jakaś pani z Warszawy doręczała nam opakowania; teraz to jest wszystko, a dawniej nie było - nie było nawet w czym podać. Pudełeczka na tłuszcz, wszystko dostawaliśmy, cebulę... Co tydzień dwa kilogramy - więcej nie wolno. A to dużo naskłada na dwa kilogramy? O cebulę prosił, jabłka. Wrócił. Jeszcze żył w Polsce.
Tata był na wojnie w 1939 roku - był znany na terenie gminy. W 1939 roku był podoficerem - jak opowiadał nie raz, to miał bardzo dużo przygód. Służył w wojsku w Kownie i do tej jednostki poszedł na wojnę, cudem ocalał. Gdyby dowódca nie rozbił oddziału i nie puścił wojska na swoją rękę, to by się wszyscy znaleźli w Katyniu. A tak puścił w ostatnim momencie i jeszcze jeden starszy rangą oficer z nim.
Szedł do domu, to była Ukraina - były bandy. Opowiadał, że szedł do domu, przeważnie nocami, bo wojsko bało się iść za dnia - nie wiedzieli gdzie Niemcy, gdzie Polacy. Przyszedł do jednej wioski, patrzy, a to jego kolega z tego samego pułku co on. Po coś tu przyszedł. Wiesz, że tu bandy grasują? zwrócił się do niego. A ty tu przyszedłeś. Chodź do mnie. Wziął go na na strych schował, a w nocy go puścił; dowiedział się gdzie bandy nie ma. Nie wiem, co to za bandy były. Tak przyszedł do domu, mówił: "on mi życie uratował", i cieszył się.
Jednego razu tata dowiedział się, że jakiś więzień wrócił z Dachau - w Radzyniu, czy gdzieś tam. No i mama mówi - jedź, jedź, może się dowiesz o naszym "Wojciu", może byśmy go wykupili; czy wrócił ktoś tam z tego więzienia? Nie wrócił. Tak tylko ktoś powiedział. I tata mój pojechał przez Warszawę. A potem zrobił się jakiś ruch w pociągu. Wtedy jakiś pan podszedł do niego i wziął go za rękę i pociągnął za sobą. Szybko przeszli do drugiego wagonu. Tata nie wie w czym rzecz, nic nie wie, ale się posłuchał. 10 minut nie minęło, a tu odczepili ten wagon - te wagony , z którego wyszedł tata poszły do Niemiec. Wspominał później tego człowieka, wyobrażał go sobie, tak go kochał, bo uratował mu życie.
Takie przejścia zdarzały się ludziom. Kto był w domu nie musiał się niczego obawiać, a kto wybierał się w podróż musiał być na wszystko przygotowany. Młodzi nie wyobrażają sobie wojny co to było.
Jak było podczas wojny w samym Gorajcu - nie wiem, bo już nie mieszkałam na Grądku tylko, jak wspominałam wcześniej w Dzielcach. Pamiętam jak moja babcia zwracała się do nas: "cicho siedzieć dzieci!" To my wszyscy w kątek. Babcia gotowała jakieś jedzenie w dużym garnku. Pamiętam, że zawsze gotowała kartofle i mleko i stawiała to w umówionym miejscu, a oni przychodzili i zabierali sobie. Potem przynosili te garnki, mieszkali w lesie. Babcia nigdy nikomu nie mówiła o tym że pomagała Żydom.
Nasza rodzina była bardzo przychylna Żydom. Jak Niemcy jechali, to sąsiedzi ostrzegali: "oj, Niemcy jadą! Kto żyw chował się, przeważnie Żydzi, zazwyczaj uciekali do Cetnaru.1
Mama drżała o nas - było nas troje dzieci, obawiała się o nasz los. Babcia wiedziała, że z dzieci nikt nic nie powie. Tak było nakazane. Wiedzieliśmy jak mamy się zachować w razie czego, bo Niemcy do nas przychodzili.
Chociaż w domu nie było wiele zasobów, to zawsze dla kogoś, kto potrzebował i kto się ukrywał, bo ludzie się ukrywali - coś się znalazło. Tato, jak żył tak samo podtrzymywał innych, ratował jak mógł. Moja babcia - nazywała się Agnieszka Bizior - to była mama mojego taty. Bardzo dbała o tych o tych ludzi którzy się ukrywali, których prześladowali Niemcy.
W domu było dwóch chłopców, moich braci, młodszych ode mnie, a ci żydowscy chłopcy byli w tym wieku co i bracia. Były z nich ubrania, więc o mama wszystkie kurtki oddała z naszych chłopców dla tych żydowskich na zimę do lasu. Mama nic nie szczędziła - tym ludziom, co byli nieszczęśliwi pomagała. Cała nasza rodzina pomagała każdemu kto potrzebował pomocy, jeżeli tylko mogła.




Strona Główna Okupacja

Wszelkie prawa zastrzeżone.



1. kompleks leśny na terenie gminy Radecznica