Strona Główna



ZASADZKA

Adam Piotrowski "Dolina", ppor.

Tekst pochodzi z pracy "Zamojszczyzna w okresie okupacji hitlerowskiej (relacje wysiedlonych i partyzantów). Praca zbiorowa pod red. Aliny Glinskiej, wydana przez Instytut Wydawniczy PAX w 1968 roku - tekst jest dokładnym przedrukiem z książki, nadesłany został przez Zygmunta Wacha z Wrocławia, któremu serdeczne dziękujemy za współpracę.

***

Zasadzka w okresie okupacji była podstawowym systemem walki najczęściej stosowanym zarówno przez oddziały dywersyjne jak i partyzanckie. Skutki działania przez zasadzkę dobrze były znane i Niemcom, którzy niejednokrotnie stosowali ten sposób walki z różnym powodzeniem. O skutkach jednej z takich zasadzek miałem, niestety, możność przekonać się na własnej skórze.
W pierwszych dniach kwietnia 1943r, będąc dowódca plutonu dywersyjnego otrzymałem od "Podkowy" polecenie likwidacji konfidenta w miejscowości Nielisz. Do wykonania powyższego zadania wystarczyłby normalnie patrol 2-3 ludzi, jednak mając na uwadze możliwość przeszkolenia części żołnierzy plutonu w działaniach nocnych,postanowiłem przeprowadzić akcję likwidacji pełną drużyną.
Żołnierze podległego mi plutonu pochodzili z gminy Radecznica i Sułów. Pluton organizacyjnie dzielił się na 3 drużyny. Stan liczebny drużyny wynosił 16-20 żołnierzy. Z uwagi na znajomość terenu w którym mieliśmy działać, wyznaczyłem do akcji drużynę "Boruty" z gminy Radecznica.
W dniu 6 kwietnia 1943 roku rano udałem się z Panasówki do Gruszy Zaporskiej, do "Wróbla", jednego , z żołnierzy drużyny "Boruty". Systemem alarmowym przez gońców powiadomiony został cały skład drużyny o zbiórce wyznaczonej na godzinę 19 w rejonie zabudowań "Wróbla" Duża odległość punktu wyjściowego od miejsca akcji zmuszała nas do wykorzystania furmanek, toteż do akcji zostały wyznaczone 2 podwody. O godzinie 18 zaczęli nadchodzić pierwsi żołnierze. Kiedy wszyscy się zebrali, dokonałem przeglądu drużyny i przeprowadziłem krótką odprawę. Stan drużyny wynosił: dowódca drużyny "Boruta" i 14 żołnierzy w tym 2 woźniców. Uzbrojenie drużyny : 1 rkm,13 kb,oraz kilka pistoletów i granatów. Drużynę podzieliłem na 2 grupy, wyznaczając obsady poszczególnych wozów, kolejność przemarszu i sposób ubezpieczenia. Z Gruszy Zaporskiej wyjechaliśmy furmankami, natomiast przez pozostałe na trasie wioski jak i mosty przechodziliśmy marszem ubezpieczonym.
W jednej z mijanych wiosek natknęliśmy się na wartowników. Dla zabezpieczenia się z ich strony poleciłem "Borucie" zapisanie ich nazwisk. Noc była bezksiężycowa, toteż panujące ciemności mocno utrudniały łączność w przemarszach przez wioski W okolice wsi Nielisz przybyliśmy opóźnieni w stosunku do zaplanowanego czasu. Konie pozostawiliśmy na skraju lasu i szybkim marszem doszliśmy do zabudowań konfidenta. Budynek mieszkalny i zabudowania gospodarcze zostały dokładnie obstawione. Weszliśmy do mieszkania. Mimo dokładnych oszukiwań we wszystkich izbach i na strychu budynku nie znaleźliśmy gospodarza. Poszukiwania w zabudowaniach gospodarczych jak i najbliższej stodole sąsiada nie dały również rezultatu. Dałem wiec rozkaz do odwrotu. Wracaliśmy inna trasą. Częściowo na wozach, częściowo marszem ubezpieczonym przebyliśmy większa część drogi powrotnej.
Przed nami w odległośc i 1 km znajdowało się skrzyżowanie dróg Szczebrzeszyn - Sułow z drogą Michalów -Źrebce. Wzdłuż drogi Michalów - Źrebce na jej poboczu biegła linia kolejki wąskotorowej.Zamierzałem odcinek ten przebyć marszem ubezpieczonym.Było już jednak bardzo późno. Na wschodzie widoczne były pierwsze oznaki zbliżającego się dnia. "Boruta" zwrócił się do mnie z propozycja przyspieszenia marszu i jazdy furmankami, obawiał się bowiem, iż biorący w akcji chłopcy mogą zostać rozpoznani i zdekonspirowani przez mieszkańców mijanych wiosek. Za jazdą furmankami przemawiał również fakt, że prowadzone poprzedniego dnia rozpoznanie okolicy nie zapowiadało w tym rejonie obecności Niemców. Zdecydowałem się wiec na jazdę. Dałem rozkaz zajęcia miejsca i ostrym kłusem ruszyliśmy w drogę Siedziałem na pierwszej furmance. Przede mną siedział woźnica i "Boruta" Obok mnie i za mną pozostałych 5 żołnierzy. Uważając już w zasadzie akcję za zakończoną, oddałem "Borucie" "wypożyczone" na akcję granaty ręczne, pozostawiając sobie jedynie pistolet.
Kiedy dojeżdżaliśmy do skrzyżowania było jeszcze zupełnie ciemno.Nagle ze wszystkich stron pojawiły się na drodze świetlne punkty, a jednocześnie uszy poraził jazgot broni maszynowej i wybuchy granatów. Jakimś instynktem samozachowawczym wiedziony krzyknąłem do woźnicy po niemiecku"Nie strzelać, policja!". Ale w tym zgiełku i jazgocie chyba tylko ja jeden słyszałem te słowa. Wóz siłą rozpędu potoczył się jeszcze kilkanaście metrów i stanął. Oba konie padły. Zeskoczyłem z furmanki na prawą stronę szosy i padłem na drogę. Znajdowaliśmy się dokładnie na środku skrzyżowania dróg. Z lewej strony strzelały dziesiątki automatów z prawej,od strony Sułowa ogniem odzywały się strzały karabinowe. Strzelano amunicją świetlną co sprawiało wrażenie, że jesteśmy zewsząd otoczeni. Leżałem za wozem płasko przywierając do ziemi z głową zwróconą w kierunku jazdy. Zaskoczenie było kompletne. Wytworzona sytuacja nie dawała nam żadnych szans na nawiązanie walki, gdyż większość chłopców na mojej furmance musiała zginąć od pierwszych serii. Strzelano do nas dosłownie z odległości kilku metrów,które dzieliły nas od przydrożnego rowu.
Byłem przekonany że to już koniec. Jednak nie czekałem biernie na śmier. Z pistoletu w kierunku widocznych błysków luf broni przeciwnika oddałem kilka strzałów. Jeden niewypał. Spokojnie go ,usunąłem i oddałem resztę strzałów. Magazynek był pusty. Zapasowego nie posiadałem. Nagle uświadomiłem sobie, że nie zostawiłem na kwaterze swoich dokumentów. Miałem je przy sobie ,wystawione na nazwisko urzędnika nadleśnictwa tereszpolskiego.
Wizja aresztowań w nadleśnictwie na skutek mojej lekkomyślności przybiła mnie zupełnie. Rozglądając się wokoło badałem dokładnie sytuację,stanowiska strzelających i okolicę. Co jakoś czas czułem w ciele jak gdyby ukłucia ciepła szpilką. Wiedziałem, ze to są postrzały. Nagle silny huk. Uczułem jak prawe udo oblała mi ciepła ciecz. To granat rozerwał się miedzy rozwartymi nogami. Bólu jednak nie czułem. Zdecydowałem się na odskok pobliżu mnie po lewej ręce leżał któryś z zabitych chłopców. Wziąłem jego karabin. Był nabity, ale lufa zatkana papierem. Nie zdążył więc nawet zrobić z niego użytku. Podciągnołem pod siebie lewa zdrowa nogę, odepchnąłem się raptownie od twardej nawierzchni drogi,zrobiłem szybki zwrot w tył i jednym skokiem pokonałem przestrzeń około 20 m. Towarzyszyly mi lecące po bokach i nad głową świetlne pociski. Padając na ziemie czułem lekkie ukłucie w plecy. Jeszcze jeden pocisk trafny. Po chwili wykonałem następny skok nieco dłuższy. I znów z uczuciem ukłucia w boku upadłem na ziemię. "Świetliki " latały tu już rzadziej. Biegnąc prawą stroną szosy w kierunku Sułowa oddaliłem się od miejsca walki na odległość kilkaset metrów,przeciąłem szosę i na wskos polami dobiegłem do najbliższych zabudowań. Teraz dopiero uświadomiłem sobie sytuację. Wyszedłem żywy z tego piekła ognia i huku, gdzie pozostało 15 moich żołnierzy. Nie da się opisać uczucia dowódcy, który sam z walki wychodzi żywcem, pozostawiając swych ludzi na pewna śmierć.
Dotarłem do jakiegoś budynku. Sień otwarta. Wszedłem do izby. Wystraszone postacie gospodarzy za zdumieniem i widocznym lękiem patrzyły na mnie i trzymany w ręce karabin. Czułem, ze jestem tu niepożądanym i niebezpiecznym gosciem. Spytałem o drogę do Sułowa. Gospodarz ruchem ręki wskazał mi kierunek. Na zmianę biegiem i marszem zbliżyłem się do wsi. Tym razem dopisało mi szczęście. Wyszedłem prosto na zabudowania "Siwego" drużynowego drużyny sułowskiej. Zbudziłem go i w kilku słowach opisałem zaszłe wypadki, prosząc o konie. Niestety konie zabrał teść na obowiązkową zwózkę drzewa. Co wiec robić, "Siwy" radził mi ukryć się w schowku w stogu siana. Wlazłem wiec do tej nory, ale w ciemności i dusznocie pomieszczenia źle się czułem A jeśli Niemcy mają psa i pójdą moimi śladami? Oznaczałoby to nie tylko mój koniec, ale i likwidacje całej rodziny "siwego" Wylazłem wiec z nory i poprosiłem "Siwego" o mój karabin. Okazało się ,że "Siwy" wrzucił już karabin do studni.
Zostałem więc bez broni. Musze mieć konie. Wreszcie konie dostałem od sąsiada "Siwego". Ponadto dostałem stare ale całe ubranie które włożyłam na swoje. Stan mojej odzieży był opłakany. Kupa strzępów nasączonych krwią. Powoził sam właściciel koni. Szybko oddaliliśmy się od miejsca zasadzki. Było widno i cicho. Cisza ta aż raziła nawykłe do huku i jazgotu uszy. Ciemna plama na kocu,na którym siedziałem, powoli,ale stale się powiększała. Dojechaliśmy do Radecznicy. Właścicielem miejscowej restauracji był "nasz człowiek" Piotrowski. Jego mieszkanie stanowiło jeden z punktów kontaktowych. Sprowadzony po pewnym czasie z klasztoru lekarz zrobił mi zastrzyk przeciwtężcowy. Gorączka wzrastała,czułem się coraz gorzej. W Radecznicy wiedzieli już o zasadzce ale nikt nie znał szczegółów. Nie przestawałem myśleć o tych którzy pozostali na drodze.
O zmroku Piotrowski odwiózł mnie do Czarnegostoku i przekazał "Gromskiemu" /Piotr Bohun/ naszemu felczerowi, który zmienił mi opatrunki. Tej nocy zostałem przewieziony do nadleśnictwa w Panasówce. W stodole nadleśnictwa między magazynem a zasiekiem wybudowałem kiedyś podwójną ścianę o dość osobliwie zamaskowanym wejściu, uzyskując w ten sposób pomieszczenie dla czterech osób. Teraz właśnie korzystałem z tego pomieszczenia. Rodzina Nadleśniczego "Colta" (Czesław Bończa - Pióro) otoczyła mnie troskliwa opieką.
Od kolegów odwiedzających mnie dowiedziałem się o szczegółach i dalszych losach zasadzki. Napotkani przez nas wartownicy nocni zawiadomili o naszym przejściu posterunek policji w Sułowie. Komendant posterunku telefonicznie powiadomił żandarmerię w Zamościu. Z Zamościa w kierunku Szczebrzeszyna pędziły w chwile potem ciężarowe auta z żandarmerią Kilka zastawionych na trasie naszego przemarszu zasadzek ominęliśmy dzięki temu,iż zmieniliśmy trasę w drodze powrotnej ale, niestety natknęliśmy się na ostatnią najsilniejszą. Skrzyżowanie szosy obsadzone było przez kilkudziesięciu żandarmów i załogę posterunku z Sułowa. Z jadących na pierwszej furmance prócz mnie ocalał jeszcze "Boruta",który mimo kilkakrotnych postrzałów nóg zdołał przebiec stanowiska strzelających Niemców i zbiec wśród ciemności nocy.
Zginęli: "Wróbel", "Jastrząb" , "Dąb", "Grab" , "Sikora, " i "Bratek" Z załogi, drugiej furmanki zginął "Żak" Pozostali chociaż ciężko ranni, wszyscy zdołali zbiec. Tak wiec mimo maksymalnego zaskoczenia i dużej siły ogniowej, Niemcy nie osiągnęli pełnego sukcesu. Na 16 uczestników akcji ocalało 9. Nie spodziewałem się takiego wyniku. Ten szczęśliwy w stosunku do moich pesymistycznych przypuszczeń fakt znacznie podniósł mnie na duchu.
Ciał zabitych nie pozwolono rodzinom zabrać Zostali pochowani we wspólnej mogile na skrzyżowaniu dróg. Represji żadnych Niemcy nie dokonywali,sądząc, że zabici byli członkami bandy rabunkowej. Niestety nie mogliśmy zabitym oddać honorów należnych poległym w walce żołnierzom. Na Zamojszczyżnie przybyła jeszcze jedna bezimienna mogiła.
Bezpośrednimi sprawcami zasadzki była policja granatowa z Sułowa wiernie wysługująca się Niemcom. "Podkowa" postanowił ukrócić ich wiernopoddańczości zarządzając likwidacje posterunku w Sułowie. Akcje taką przeprowadziliśmy w nocy z 27 na 28 maja 1943 roku.




Strona Główna Okupacja

Wszelkie prawa zastrzeżone.