Strona Główna



MOJA RODZINA NA ZAKRĘTACH HISTORII. WOJNA WIDZIANA OCZYMA DZIECKA.

Mariusz Polowy

Mariusz Polowy - absolwent Liceum Ogólnokształcącego im. ONZ w Biłgoraju, za prezentowaną poniżej pracę otrzymał III Nagrodę w Ogólnopolskim Konkursie: "Moja rodzina na zakrętach historii" zorganizowanym przez Polskie Radio Lublin." Dziękujemy mu serdecznie za możliwość prezentowania jej na naszej stronie

Przywołuję Was, niewinne i bezbronne dzieci,
Tak strasznie skrzywdzone i umęczone.
Wasze zabawki dziecinne, które ocalały
I przechowywane są pieczołowicie w tych barakach,
Wołają głośniej niż wasze dziecięce głosy
Z murów i krematoriów.
ks. Józef Kras

Kilka lat temu, gdy byłem jeszcze małym chłopcem, poznałem człowieka, dzięki któremu pierwszy raz w życiu spotkałem się z "żywą historią". Stanisław Mazur do tego stopnia zainteresował mnie swoją opowieścią podczas spotkania z młodzieżą w miejskiej bibliotece (w Biłgoraju), że postanowiłem przeczytać książkę, ukazującą jego wojenne przeżycia. Pan Mazur podarował mi ją, zamieszczając dedykację:

Mariuszu Polowy!
Dziś jesteś jeszcze mały
I nie wiesz, co w życiu Cię czeka,
Możesz być niczym a możesz
Dojść miana wielkiego Człowieka.

Dziś jesteś jeszcze mały
I nie wiesz, co życie Ci splecie.
Możesz być niczym... a możesz
Być wielki i głośny na świecie.

Te słowa sprawiły, że zacząłem interesować się historią mojego regionu, a w szczególności losami wojennymi jego mieszkańców. Teraz, po kilku latach odkryłem je na nowo i zainspirowany ich wymową postanowiłem napisać pracę, która choćby w niewielkim stopniu wyrazi mój szacunek i podziw dla ludzi walczących o wolną Polskę. Chcę o tym pamiętać i chcę, żeby pamiętali inni...

***

W 1939 roku wybuch wojny wydawał się być już przesądzony. Hitler złamał postanowienia układu w Monachium, zajmując Czechy i Morawy oraz okręg Kłajpedy. Wysunął również oficjalne żądania wobec Polski w sprawie Gdańska i eksterytorialnej autostrady. Odpowiedzią na nie było wystąpienie Józefa Becka w polskim sejmie z 5 maja 1939 roku:
Słyszę żądanie aneksji Gdańska do Rzeszy, z chwilą, kiedy na naszą propozycję, złożoną dn. 26 marca wspólnego gwarantowania istnienia i praw Wolnego Miasta nie otrzymuję odpowiedzi, a natomiast dowiaduje się następnie, że została ona uznana za odrzucenie rokowań - to muszę sobie postawić pytanie, o co właściwie chodzi? Czy o swobodę ludności niemieckiej Gdańska, która nie jest zagrożona, czy o sprawy prestiżowe, czy też o odepchnięcie Polski od Bałtyku, od którego Polska odepchnąć się nie da! (...) Pokój jest rzeczą cenną i pożądaną. Nasza generacja, skrwawiona w wojnach, na pewno na pokój zasługuje. Ale pokój, jak prawie wszystkie sprawy tego świata, ma swoją cenę wysoką, ale wymierną. My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę. Jest jedna tylko rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenna. Tą rzeczą jest honor."
23 sierpnia doszło w Moskwie do podpisania paktu o nieagresji pomiędzy Niemcami i ZSRR, zwanego paktem Ribbentrop - Mołotow. Zawierał on tajny protokół o podziale strefy interesów obydwu tych państw w Europie Środkowowschodniej... w tym Polsce. Ostatniego dnia sierpnia jednostki niemieckie zajęły stanowiska nad polską granicą, a pancernik Schleswig - Holstein podpłynął do składnicy wojskowej na Westerplatte. Następnego dnia na świat spadło pasmo nieszczęść...

***

Kiedy Niemcy kazali nam opuścić dom, miałem zaledwie cztery lata... i cóż wtedy mógł wiedzieć tak młody człowiek, jak ja? - wspomina mój dziadek - Józef Budzyński. Będąc małym chłopcem - w pierwszych latach niemieckiej agresji na Polskę - nie odczuł dotkliwie tego, jak wielkim nieszczęściem jest wojna. Babcia - Zofia, pochodząca z tej samej wsi - Smoryń, będąc rówieśniczką dziadka, również nie mogła jeszcze wiele zrozumieć. Doskonale pierwsze wojenne wydarzenia pamięta natomiast Irena Kot - mieszkanka mojego rodzinnego Biłgoraja, wieloletnia nauczycielka historii i wiedzy obywatelskiej w szkołach powiatu biłgorajskiego. Obserwowała brutalną rzeczywistość jako dwunastoletnia dziewczynka. Piętno, które odcisnęła wojna, do dzisiaj tkwi w niej jak drzazga i nie pozwala zapomnieć o przeszłości...
Irena Kot: początkowo rodzice nie dawali mi odczuć, że zaczęła się wojna, ale niebawem również i ja musiałam się w nią zaangażować.
Pierwsze bombardowanie Biłgoraja miało miejsce 8 września. Akurat właśnie tego dnia wypadał odpust w kościele Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny przy ul. Zamojskiej. Obie z mamą poszłyśmy na mszę świętą. Kiedy wracałyśmy, przestraszył nas przeraźliwy huk spadających bomb. Skryłyśmy się pod drzewem, bo bałyśmy się dalej iść. Myślałam, że z nami już koniec, ale po jakimś czasie wszystko ucichło. Pobiegłyśmy do domu. Nastało wielkie poruszenie.
11 września podpalono Biłgoraj. Drewniana zabudowa i brak straży pożarnej, która ewakuowała się wraz ze sprzętem jeszcze poprzedniego dnia spowodowały, że w mgnieniu oka miasto stanęło w płomieniach.
Do mojej klasy chodziła Janina Müller, której ojciec był leśniczym. Kiedy zaczęła się wojna, okazało się, że to niemiecki szpieg. Właśnie za jego sprawą Biłgoraj zaczął palić się z wielu stron, tak, żeby mógł jak najszybciej spłonąć. Po paru dniach na Müllerze, jego żonie i jednej z córek wykonano wyrok śmierci. Janina Müller, która chodziła ze mną do klasy, bała się spojrzeć nam w oczy i była zrozpaczona, że ojciec zrobił tak straszną rzecz. Płakała, przepraszała. Nikt z nas nie śmiał nawet nic złego jej powiedzieć, nikt nie obwiniał.
Gdy nasze miasto zaczęło płonąć, przebywałam u ciotki, która miała na rynku sklep alkoholowy. Widząc wielkie słupy ognia, wzięłam ją za rękę i obie biegłyśmy przed siebie, jak najdalej od płomieni... Widziałam wielu ludzi, którzy przerażeni próbują ratować dobytek. Udało nam się uciec i dotrzeć do mojego domu. Ciotka osłoniła mnie od ognia, ale sama była cała poparzona.
17 września do Biłgoraja wkroczyli Niemcy. Świadkiem tych wydarzeń był pan Stanisław Mazur - wówczas czternastoletni chłopiec. Jego dziecięce oczy nie potrafiły zrozumieć okrucieństwa tamtych dni, które przyniosły tylko strach i bezradność.
Stanisław Mazur: Kiedy hitlerowcy wkraczali do Biłgoraja, byłem z ojcem na podwórzu, skąd doskonale widoczna była ulica Główna (dzisiaj Tadeusza Kościuszki). W pewnym momencie zauważyłem, że mój ojciec przystanął i zapatrzył się, jakby próbował kogoś dostrzec. Chwilę później rzekł do mnie przyciszonym głosem:
- Niemiec na koniu. Skryj się, bo może strzelać.
Momentalnie odskoczyłem za róg naszego domu i czekałem w napięciu na to, co się wydarzy. Żołnierz nie wystrzelił. Ojciec wyjaśnił mi później, że jego zdaniem był to dowódca jednostki wkraczającej do Biłgoraja, poprzedzonej "czujkami", gotowymi w każdej chwili do otwarcia ognia.
Po południu znalazłem się w południowej części miasta - Puszczy Solskiej. Przed kościołem, w rowie leżał zabity żołnierz polski. Był to trzeci zabity człowiek, jakiego w życiu widziałem. Właśnie tam, nad jego zwłokami uświadomiłem sobie nagle, jak cenne jest ludzkie życie.
Nigdy nie zapomnę strasznego widoku, kiedy Niemcy prowadzili przez Biłgoraj do niewoli grupę żołnierzy, którzy skapitulowali we wsi Momoty. Do dziś pamiętam, jak wróg bił nahają jednego z Polaków. Znęcał się nad nim bardzo długo... Zrobiło mi się go żal, ale przecież nie mogłem pomóc.
Irena Kot: od kościoła w Puszczy poprzez nasz plac wypadała linia pierwszych walk z Niemcami. Kiedy wojska polskie uciekały do lasu, na tym terenie zostawało dużo sprzętu wojennego. Mieszkańcy ulicy Głównej (wśród nich również ja) zaczęli zbierać karabiny maszynowe, amunicję, granaty. Broń została zakopana, żeby - jak się potem okazało - móc oddać ją partyzantom.
Na początku września wraz z przyjaciółmi ze szkoły wstąpiliśmy do harcerstwa. W naszym mieście zajmowali się nim: pan Iwanowski, pani Maniowska oraz pani Krzyśko. To właśnie ci ludzie zaczęli mobilizować biłgorajską młodzież. Naszym zadaniem w czasie wojny był głównie transport rannych do szpitala. Mieliśmy długie białe materiały, na których nosiliśmy cierpiących ludzi. Szpital szybko się zapełnił, dlatego doktor Pojasek - wielki bohater Biłgoraja, nakazał nam kłaść rannych na placu. W pewnym momencie zakomunikował, iż to niemożliwe, żeby mógł nadal radzić sobie sam, dlatego poprosił nas - harcerzy o czuwanie i opiekę nad chorymi również nocą. Dla mnie praca przy rannych była bardzo ciężkim przeżyciem. Nieprzyjemny zapach i ciągły widok krwi powodował, że nie mogłam już wytrzymać. Poszłam więc do dr Pojaska i poprosiłam go o inną pracę. Od tego momentu prałam i przygotowywałam bandaże, narzędzia chirurgiczne.
17 września, gdy Niemcy wkroczyli do naszego miasta, przebywałam właśnie w szpitalu. Hitlerowcy podeszli i zaczęli strzelać do rannych na placu. Zaczęliśmy płakać i krzyczeć. Doktor Pojasek powiedział nam, że jeśli będziemy tak się zachowywać, to również i nas zabiją. Wyszedł przed budynek i powiedział do Niemców:
- Nie pozwolę na to, żeby strzelać w szpitalu!
Rozłożył ręce i stanął im na drodze. Żołnierze niemieccy odeszli. Rannych, którzy zginęli od kul hitlerowców pochowaliśmy tuż obok szpitala. Powstał mały cmentarz, na jego miejscu stoi dzisiaj pomnik upamiętniający tamte wydarzenia.
Kiedyś przechodząc obok domu Kałanów (obecnie znajduje się tam budynek Medycznego Studium Zawodowego), zobaczyliśmy z harcerzami zabitego żołnierza polskiego. Pobiegliśmy szybko do domu, żeby powiedzieć o tym komuś dorosłemu. Mój brat wybrał się w to miejsce wraz z kilkoma przyjaciółmi. Kiedy przejrzeli dokumenty zmarłego, okazało się, że był oficerem. Pochowano go właśnie na utworzonym przez nas cmentarzu nieopodal szpitala.
Irena Kot: Jestem niezmiernie dumna z faktu, iż przez cały okres wojny udało mi się nie przerwać nauki. Było to możliwe dzięki wspaniałemu nauczycielowi - Stanisławowi Adamczykowi, który prowadził tajne komplety w domu pani Żelazikowej przy ul. Polnej 2. Na lekcje do pana Adamczyka przychodziło prócz mnie jeszcze kilka osób. Żeby nie wzbudzać podejrzeń zawsze wchodziliśmy pojedynczo przez frontowe drzwi, tak jakbyśmy szli po prostu w odwiedziny do znajomej. W domu pani Żelazikowej stała wielka szafa, przez którą wchodziło się do małego pomieszczenia bez okien. To właśnie tam odbywały się komplety. Zawsze, gdy wchodziłam - profesor już czekał, a obok niego stała paląca się lampa naftowa. Właśnie na tych naukach nadano mi przezwisko, które wymyślili przyjaciele. Ponieważ bardzo lubiłam matematykę i często przebywałam przy tablicy rozwiązując zadania, nazwali mnie "Pira" od symboli matematycznych, którymi się posługiwałam. Komplety u profesora Adamczyka nie zajmowały dużo czasu i odbywały się dość rzadko, dlatego podjęłam pracę w miejscowej jajczarni.
Miałam to szczęście, że moich rodziców było stać na krowę. Dzięki temu mleka w naszym domu nigdy nie brakowało. Kiedy jednak Niemcy zorientowali się, że posiadamy bydło, nakazali, żeby dostarczać nabiał do kwatery gestapo. Najbardziej rada z tego była żona Colba, która okazała się być dobrą kobietą i przeciwną postępowaniu hitlerowców wobec Polaków. Poradziła, żebym to właśnie ja nosiła do nich mleko, ponieważ najmniej rzucam się w oczy i może uniknę spotkania z jej mężem. Przestrzegła również, żebym pod żadnym pozorem nie wchodziła na posesję, gdy zasłony w największym oknie od strony ulicy będą zaciągnięte. Udawało mi się jednak zawsze trafiać na sprzyjające momenty. Tylko raz, gdy już miałam podchodzić do furtki, zauważyłam, że zasłony w oknie gwałtownie się przesuwają. Nie zastanawiając się ani chwili, uciekłam. Kiedy po tym zdarzeniu spotkałam panią Colb powiedziała mi, iż miałam wielkie szczęście, że udało mi się dostrzec jej "znak ostrzegawczy".
- Gdybyś tego nie zrobiła - powiedziała Niemka - mogłoby się źle skończyć.
Okazało się, że Colb był po prostu w złym nastroju. Fakt, iż mógł mnie zabić bez istotnej przyczyny nie podlegał przecież wątpliwości.
Pierwszym organizatorem działalności konspiracyjnej w naszym mieście był inżynier ze Lwowa - Wacław Spalony (przyjechał tutaj do pracy w 1938 roku). Pomagał mu Jerzy Tyzenhauz - inżynier budowy dróg z okolic Grodna. Tak się złożyło, że wynajmował pokój w moim domu. Do działań antyhitlerowskich zaangażował się również Roman Wahl, który miał niedaleko swój dworek, a chociaż był Niemcem, nie utożsamiał się z tym narodem. Czuł się Polakiem, bo tu się urodził i wychował. Ich przyjacielem był mój brat - Antoni Radzik ps. "Orkisz". Prawie wszyscy mieszkańcy Biłgoraja wzięli udział w walce z okupantem. Powstały pierwsze oddziały partyzanckie, które ukrywały się w lasach.
Życie w okupowanym Biłgoraju nie było łatwe. Niemcy otoczyli plac obok kina wysokim drewnianym płotem. Nikt nie wiedział, co tam się dzieje. Kilka metrów dalej znajdowała się siedziba gestapo, której szefem mianowano Trautweina. Jednak nie on był najgorszy. Prawdziwym katem stał się jego zastępca - Colb. Kiedy jeździł konno po drogach Biłgoraja, w zasięgu wzroku nie mogło być nikogo. Bawił się ludźmi; często naumyślnie wjeżdżał wprost w przechodnia, żeby zadać mu ból i upokorzyć. Mnie również zdarzyło się go poznać: Kiedy szłam do pracy, zobaczyłam jadącego w moją stronę Colba. Bardzo się przestraszyłam i przylgnęłam do ściany najbliższego budynku. Niemiec podjechał i próbował zmusić konia, żeby skoczył na mnie swoimi kopytami, ale ten odbijał się tylko od ściany, tak jakby nie chciał zrobić mi krzywdy. Colb widząc, że nic nie wskóra, postanowił odjechać. Kiedy mogłam już ruszyć się z miejsca, postanowiłam, jak najprędzej pobiec do pracy. Nie wiedziałam, że ten bezduszny hitlerowiec nadal mnie obserwuje. Biegłam wzdłuż linii kolejki wąskotorowej, do "mety" miałam już tylko kilkaset metrów. Nie byłam pewna, czy zdołam mu uciec, więc skręciłam i schowałam się za jakimś płotem. Colb przejeżdżał koło niego kilka razy, ale nie udało mu się mnie dostrzec. W końcu odjechał, a ja poszłam do jajczarni.
W związku z moją pracą przypomina mi się jeszcze inna historia. Tak się składa, że oprócz jaj, w budynku magazynowane były również: cukier i wódka dla Niemców. Właściciel był lubianym i szanowanym człowiekiem wśród społeczności Biłgoraja. Nie wierzyłam własnym oczom widząc, jak co kilka dni, wieczorem, ładowano na wagon jaja, cukier i wódkę, które potem wywożono do lasu, żeby podarować partyzantom. Bardzo się bałam, bo byłam pewna, iż Niemcy od razu zorientują się, że brakuje towaru w magazynie. Pracodawca zauważył moje zachowanie i uspokoił mnie, mówiąc:
- Nie ma się czego bać. W naszej firmie nigdy nie ma braków. Jutro sama się przekonasz.
Następnego dnia Niemcy robili u nas remanent. Wyglądał on tak, że pracownik odpowiedzialny za towar musiał przenosić wszystko pojedynczo z jednego pomieszczenia do drugiego. Mężczyzna z wielkim spokojem spełniał swoją powinność, ale, gdy tylko Niemcy odwrócili się lub byli zajęci rozmową, po raz drugi niósł ze sobą ten sam worek cukru, czy tę samą skrzynkę wódki. W ten sposób, według okupanta nigdy nie było braków.
We wrześniu 1942 roku poszłam do nowo otwartej szkoły handlowej. Niestety nie długo nacieszyłam się możliwością nauki. Po około dwóch miesiącach w czasie lekcji przyszli Niemcy i zabrali wszystkich uczniów. Kazali nam wsiąść do wagonów kolejki wąskotorowej. Nauczyciel - Stanisław Adamczyk również jechał z nami. Wiedziałam już, że nie wrócimy do szkoły. Wtedy właśnie, po raz kolejny odczułam bardzo boleśnie, czym jest wojna. W trakcie podróży, kiedy kolejka zwalniała, profesor kazał nam uciekać. Moi przyjaciele skakali, ale ja bardzo się bałam. Przed Zwierzyńcem przesiedliśmy się już do pociągu. Nauczyciel powiedział, że jeśli teraz nie wyskoczę - to nie będzie dla mnie ratunku. Spojrzał na mnie i moją przyjaciółkę, która również bała się uciec. Miał taką minę, że zrobiło nam się przed nim wstyd. Widząc, że jednak same nie skoczymy, Adamczyk wypchnął nas z wagonu. Wpadłyśmy do wody. Byłyśmy uratowane, ale co począć, kiedy nie wiadomo, w którą iść stronę? Wybrałyśmy jedną z dróg. Szłyśmy bardzo długo... Zastanawiałam się, jaki byłby mój los, gdybym została w pociągu. Popatrzyłam na przyjaciółkę - była przerażona. Po jakimś czasie zauważyłyśmy świetliste łuny gdzieś w oddali. Gdy podeszłyśmy bliżej, okazało się, że to dworzec kolejowy w Długim Kącie. Widziałyśmy pociąg, pełno Niemców, ale jeszcze więcej partyzantów. Zorientowałyśmy się, że Polacy prowadzą hitlerowców do lasu.
Ludność Długiego Kąta zaczęła zabierać z wagonów towar. Pamiętam człowieka, który wziął na plecy worek cukru i ruszył z nim do domu. Przez drogę cała zawartość zaczęła mu się wysypywać. Pomimo wielkiego strachu, nie mogłyśmy powstrzymać się od śmiechu. Partyzanci podjechali na dworzec końmi, wozami (były też już nawet samochody) i zabrali cały towar z wagonów. Niemców przytrzymali w lesie, a potem puścili wolno.
Ruszyłyśmy w dalszą drogę. Kiedy znalazłyśmy się w Józefowie, przyjaciółka zaprosiła mnie do siebie, żeby spokojnie przeczekać zbliżającą się noc. Postanowiłam jednak, że pójdę do brata, który mieszkał kilkaset metrów dalej. Będąc już niedaleko jego domu usłyszałam za sobą donośny głos: "Halt!" - Niemiec popatrzył na mnie. Byłam cała brudna, podrapana i zmarznięta. Kazał mi iść z nim. Po kilku minutach znalazłam się "za drutami" w obozie dla Żydów. Przebywałam tam przez całą noc. Było bardzo zimno (to już listopad). Pomyślałam, że jeśli będę przechadzała się dość blisko ogrodzenia, to może zobaczy mnie ktoś ze znajomych mieszkańców Józefowa. Rano dostrzegłam Hajduka - przyjaciela mojego brata. Zaczęłam wołać:
- Panie Mieciu, niech pan popatrzy tutaj! To ja - Irena, siostra Józika!
Hajduk początkowo bał się spojrzeć w moją stronę, ale gdy upewnił się, że to rzeczywiście ja - szybko gdzieś pobiegł. Po niedługim czasie zauważyłam, że wraca, a obok niego idzie mój brat. Udało im się w jakiś sposób wyciągnąć mnie z obozu. Miałam wielkie szczęście, ponieważ już wieczorem tego samego dnia Niemcy zabrali Żydów do lasu i kazali kopać dół. Okazało się, że stał się on ich grobem, bo zostali rozstrzelani. Kiedy nazajutrz przyszliśmy w miejsce egzekucji, widziałam unoszącą się jeszcze ziemię. Znaczyło to, że nie wszyscy zostali zabici - niektórych pochowano żywcem. Dzisiaj w tym miejscu znajduje się cmentarz żydowski. Takie egzekucje odbywały się nie tylko na Żydach, ale także na polskich partyzantach.
Stanisław Mazur: Przed południem 15 czerwca 1943 roku, idąc ulicą Główną w stronę Puszczy Solskiej, zauważyłem dwuosobowy patrol niemiecki. Wiedząc doskonale, że tego dnia aresztowano bardzo wiele osób, wolałem się ukryć. Skręciłem spokojnie na najbliższe podwórko. Niemcy spostrzegli mnie i przybiegli z bronią gotową do wystrzału. Wśród krzyku i kłucia bagnetami zostałem odprowadzony na plac przed kościołem w Puszczy Solskiej, gdzie znajdował się punkt zborny wszystkich aresztowanych. Spotkałem wielu znajomych ludzi, a wśród nich wychowawczynię ze szkoły - panią Eugenię Kucharską. Nauczycielka widząc, że lekko krwawię zabrała się do opatrywania moich ran. W tym czasie na plac kościelny wjechał motocykl. Jeden z Niemców krzyknął moje nazwisko. Kazano mi wsiąść do pojazdu. Odwieziono mnie w miejsce, gdzie zostałem aresztowany i nakazano iść do domu. Nie rozumiałem tej całej sytuacji. Wieczorem okazało się, że Wacław Romanowicz - kierownik elektrowni, w której pracowałem zobaczył przez okno swojego mieszkania, jak prowadzą mnie hitlerowcy. Chcąc mnie uratować, niezwłocznie powiadomił oficera niemieckiego odpowiedzialnego za akcję ściągania miedzi, że aresztowano niezbędnego do tej pracy człowieka. Właśnie dlatego tak szybko mnie wypuszczono.
Irena Kot: Nigdy nie zapomnę wstrząsającego widoku, kiedy hitlerowcy prowadzili Żydów z Tarnogrodu przez nasze miasto. Widziałam kobietę z dzieckiem na ręku, niemal całkowicie wyczerpaną przebytą drogą. Maleństwo, które niosła zaczęło płakać. Jeden z Niemców podszedł, wziął dziecko za nóżki i uderzył nim o słup. Głowa rozbiła się natychmiast. Było mnóstwo krwi... Stojąc na podwórku i obserwując całą sytuację, zaczęłam płakać. Ojciec kazał mi być cicho. Powiedział, że jeśli tego nie zrobię, to mnie też Niemcy zabiją.

***

Prawdziwe oblicze wojny w całej jej okazałości moi dziadkowie poznali w połowie 1943 roku, kiedy okupant, przeprowadzając pacyfikację Zamojszczyzny dotarł do ich rodzinnej wsi - Smorynia. Wówczas, już jako siedmio i ośmioletnie dzieci potrafiły wiele dostrzec i zrozumieć.
Józef Budzyński: Nad ranem 3 lipca 1943 roku przyszli do nas Niemcy. Wszystko działo się tak szybko i niespodziewanie... Wziąć można było tyle, ile ktoś mógł zabrać na plecy. O większej ilości ubrań czy przydatnych sprzętów nie mogło być mowy. Właściwie wszystko, co zabraliśmy ze sobą to tylko trochę jedzenia. Ojca zabrali już wcześniej; teraz przyszła kolej na nas - mnie, rodzeństwo i matkę. Niektórzy uciekali przed Niemcami w dół, do lasu. Bano się, że zginą, ale nikt ich nie gonił. Kiedy wszystkich mieszkańców wsi zebrano razem, sołtys musiał postarać się o furmankę. Wieziono nas przez Czarnystok, Lipowiec... w stronę Zwierzyńca.
Widziałem sąsiada, który miał szansę ucieczki, ale nie chciał zostawić na pastwę losu (i Niemców) swojej rodziny. Własny syn zepchnął go z wozu, zapewniając, że zaopiekuje się matką i siostrami. Nie zapomnę nigdy twarzy sąsiada, który patrzył na odjeżdżającą rodzinę, schowany w zbożu. Walczył ze sobą, ze strachem i bezradnością..., ale został.
Swój dom we wsi Smoryń musiała porzucić także moja babcia - Zofia Budzyńska: Zabrano nas z domu z samego rana. Byliśmy wtedy wszyscy: babcia, rodzice i trzy moje siostry. Niemal bez słowa zabieraliśmy najpotrzebniejsze rzeczy. Spojrzałam na mamę, która nie mogła powstrzymać łez i sama również zaczęłam płakać. Wychodząc z domu, zobaczyłam przerażonych i bezradnych sąsiadów.
Kiedy jechaliśmy do Zwierzyńca, jeden z żołnierzy niemieckich kazał dwóm moim najstarszym siostrom (ok. 16-letnim) wyskoczyć z wozu i biec do pobliskiego lasu. Po prostu pozwolił im uciec... Natomiast my, we dwie, ponieważ byłyśmy bardzo małe, zostałyśmy przy matce. W Zwierzyńcu przebywaliśmy trzy tygodnie. Nasz obóz, (jeśli oczywiście można nazwać go naszym) znajdował się - o ironio! - tam, gdzie teraz jest kościół.
Józef Budzyński: To ponure miejsce pamiętam bardzo dobrze. Codziennie wieczorem były apele, na których wyczytywano nasze nazwiska. Wszyscy, bez względu na pogodę, musieli stać na placu. Często długie godziny... Utkwiło mi w pamięci do dziś nazwisko: Bolesław Choroba.
Zofia Budzyńska: Baraki obozowe były wybudowane z desek, z jedną tylko na zakładkę. Nie było tam ani łóżek, ani właściwie niczego...tylko ściany i dach. Spaliśmy po prostu na ziemi. Pamiętam, że dawali zupę...nie znosiłam tego zapachu i do dzisiaj, kiedy go sobie przypomnę, robi mi się niedobrze. To była brukiew w wodzie i do tego kawałek suchego chleba. Ale musieliśmy jeść, bo przecież gdybyśmy odmówili - następnego dnia nie daliby już nic. Józef Budzyński: Obóz był ogrodzony, a wokół przez całą dobę chodzili niemieccy wartownicy i pilnowali. Myślałem, że ucieczka stamtąd jest niemożliwa, ale kilku mężczyznom z rodzinnego Smorynia udało się wymknąć z obozu.
Zofia Budzyńska: Ze Zwierzyńca ciężarówkami zawieziono nas do Zamościa, gdzie spędziliśmy cały miesiąc. W tym obozie już rozdzielano rodziny; osobne baraki były dla mężczyzn, kobiet i dzieci.
Józef Budzyński: Gdy przebywaliśmy w Zamościu, rodziny za wszelką cenę chciały być razem, bo żony oddzielone od mężów, dzieci od rodziców bały się jeszcze bardziej. Pilnowała nas głównie grupa Ukraińców, którzy współpracowali z Niemcami. Moja matka miała czerwoną chustę w kwiaty. Spostrzegłem, że jedna z Ukrainek nie mogła oderwać wzroku od tego kawałka do pobliskiego lasu. Po prostu pozwolił im uciec... Natomiast my, we dwie, ponieważ byłyśmy bardzo małe, zostałyśmy przy matce. W Zwierzyńcu przebywaliśmy trzy tygodnie. Nasz obóz, (jeśli oczywiście można nazwać go naszym) znajdował się - o ironio! - tam, gdzie teraz jest kościół.
Józef Budzyński: Gdy przebywaliśmy w Zamościu, rodziny za wszelką cenę chciały być razem, bo żony oddzielone od mężów, dzieci od rodziców bały się jeszcze bardziej. Pilnowała nas głównie grupa Ukraińców, którzy współpracowali z Niemcami. Moja matka miała czerwoną chustę w kwiaty. Spostrzegłem, że jedna z Ukrainek nie mogła oderwać wzroku od tego kawałka...
Z Zamościa wywieziono nas na teren Rzeszy. Każdy dzień we wsi niemieckiej wyglądał tak samo: Z samego rana rodzice szli w pole, a my - dzieci siedziałyśmy na podwórzu, ponieważ do domu niemieckiego nie mieliśmy wstępu.
Zofia Budzyńska: Dzieci często płakały, ze strachu, bo rodzice pracują gdzieś daleko, nierzadko też z głodu, co jednak nie wzruszało nikogo. Naszym mieszkaniem było pomieszczenie przy oborze, w którym nie było nic oprócz jednego łóżka.
Józef Budzyński: Przez cały dzień domem niemieckiej rodziny zajmowała się gospodyni, którą do dziś doskonale pamiętam. Któregoś dnia rano moja najmłodsza siostra (jeszcze niemowlę) strasznie płakała. Gospodyni nie mogąc tego znieść, zamknęła ją w naszym domu i zabrała kluczyk. Dopiero, gdy wieczorem matka wróciła z pracy, kobieta otworzyła drzwi. Siostra przeżyła tę i jeszcze wiele innych, podobnych sytuacji, ale dopiero po powrocie do Polski, kiedy już wszystko miała za sobą, kiedy życie w kraju zaczynaliśmy od nowa, zmarła...
Zofia Budzyńska: Polacy pracujący u rodzin niemieckich mieli różne warunki; jedni lepsze, drudzy gorsze. Niektórym żyło się z Niemcami naprawdę bardzo dobrze. Młode polskie dziewczyny rozwoziły po wsi mleko. Wśród nich były moje siostry. Pamiętam, jak zaprzęgały do żelaznego wózka dużego psa i w taki sposób pracowały.
Józef Budzyński: Członkiem rodziny, u której mieszkaliśmy był to SS - man, niezdolny do służby wojskowej, ponieważ ogłuchł służąc w artylerii. Miał na imię Johan. Był jeszcze Filip, któremu Polacy przestrzelili rękę. Nosił ją w skórzanym usztywniaczu, bo była całkowicie niewładna. Moja sytuacja wyglądała o tyle dobrze, że ci Niemcy, u których mieszkaliśmy mieli córkę mniej więcej w moim wieku, z którą mogłem rozmawiać. Codziennie musiałem huśtać Teresę Gertrudę na huśtawce zawieszonej na gałęzi nieopodal domu. Pamiętam, że raz się zbuntowałem i powiedziałem, że nie będę tego robił. Mała Niemka zaczęła płakać i zawołała ojca. SS - man, przebywając na urlopie, mógł zdjąć czapkę, pas, ale munduru ściągać nie mógł, żeby w nagłym wypadku być gotowym do walki. Słyszałem, co mu powiedziała, bo ciągle przebywając z Niemcami, zdążyłem dość dobrze poznać ich język. Mężczyzna podszedł do mnie i kopnął butem oficerskim. Cios był tak silny, że straciłem przytomność.
Zofia Budzyńska: Region, w którym żyliśmy, to Bawaria. Żeby dotrzeć do Szwajcarii, wystarczyło tylko przepłynąć Ren. Kiedy zaczęły się naloty wojsk alianckich na ziemie niemieckie, wszystkie światła w państwie były wygaszone. Widzieliśmy wtedy z daleka rozświetloną neutralną Szwajcarię. Cały naród niemiecki żył w strachu i modlił się, żeby wojna się skończyła. Polacy natomiast wtedy czując, że to wielka szansa na odzyskanie wolności, cieszyli się. Samolotów latało coraz więcej. Kiedy patrzyliśmy w górę, nieba kompletnie nie było widać. Bombowce tak je przysłoniły, że na ziemi panował półmrok.

***

Józef Budzyński: W roku 1945 z rąk niemieckich wyzwolili nas Amerykanie. Mieliśmy nawet możliwość natychmiastowego wyjazdu do USA. Tylko nieliczni jednak z tego korzystali, bo przecież większość - tak, jak my - wolała wracać do kraju.
Zofia Budzyńska: Kiedy nas wyzwolono, zaczęła docierać pomoc. Czerwony Krzyż działał wtedy bardzo prężnie. Mieliśmy zapewnione wyżywienie i opiekę medyczną. Amerykanie dawali także ubrania.
Józef Budzyński: Wsiedliśmy do wagonów pociągu, który miał nas zawieść do Polski. W tym czasie nie było problemu z powrotem do kraju. Ale ojciec i dwie moje siostry nie mogli jeszcze pojechać z nami, więc mieli wrócić później. Nikt nie wiedział jednak, kiedy będzie następny transport. Zobaczyliśmy ich w domu dopiero w grudniu 1945 roku. Nie mieli ze sobą nic. Wszystko, co zabrali z Niemiec musieli oddać Sowietom w Polsce.
Zofia Budzyńska: Wracając do Polski, cieszyliśmy się, że wreszcie będziemy w domu. To było od dawna nasze największe marzenie. W każdej modlitwie prosiliśmy Boga, żeby szczęśliwie pomógł nam wrócić. Dzień powrotu miał być najlepszym w moim życiu. Przemierzając nasz kraj, widziałam zniszczone miasta, spalone wsie. Zamiast się cieszyć, że już wracam, zaczęłam się bać. I chyba nie tylko ja; w naszym wagonie nikomu wesoło nie było. Gdy już dotarliśmy do rodzinnego Smorynia i stanęliśmy w miejscu, gdzie kiedyś był nasz dom, łzy popłynęły same. W jednej chwili przypomniało mi się wczesne dzieciństwo; zabawy, radość i - jakże później nieobecna - beztroska. Wracając do Polski, planowaliśmy, że zaczniemy całkiem nowe życie, znów będziemy czuć się szczęśliwi we własnej ojczyźnie. Nie przypuszczaliśmy jednak, że będzie to takie trudne...
Józef Budzyński: Po gospodarstwie nie zostało nic. Znajomi z Woli Radzięckiej dali nam dwie łyżki. Byliśmy zresztą i tak w nieco lepszej sytuacji niż inni, ponieważ kiedy Niemcy zabierali Polakom cały ich dobytek, mój dziadek wyprowadził krowy na pole i tam razem z nimi pozostał. Hitlerowcy zabrali nam dwa piękne konie i klacz, które ojciec tak bardzo kochał. Dzięki dziadkowi uchowały się jednak krowy. I chociaż dziadzio zmarł w 1944 roku - one zostały aż do naszego powrotu z Niemiec. Rodzice i sąsiedzi z murowanego domu, który całkiem nie spłonął, zrobili oborę, żeby zwierzęta w zimie nie zamarzły.
Pierwszej zimy spaliśmy w jedynym w naszej miejscowości domu, który zachował się niemal w nienaruszonym stanie. Niemcy, dwukrotnie podpalając wieś, ominęli ten budynek. Oprócz nas mieszkało tam jeszcze dwanaście rodzin. W sadzie wuj i jego synowie zrobili kuchnię, w której mieściło się ledwie kilka garnków. Mogliśmy już coś ugotować...
Zofia Budzyńska: Przez długi czas po powrocie nie jedliśmy chleba, ponieważ prawie całe zboże zabrali Niemcy, a jeśli jakieś zostało na polach, to "szło na zmarnowanie".
Józef Budzyński: Po jakimś czasie powstała we wsi szkoła. Uczęszczanie do niej wcale nie było łatwe, bo posiadanie obuwia graniczyło z cudem. Mieliśmy jednak wyrozumiałego nauczyciela, który pozwalał, żeby jeden uczeń szedł do szkoły i wracał z powrotem z butami w ręku dla innych. W ten sposób wszyscy mogli dotrzeć na lekcje. Czasem jednak, wracając do domu, nie czekaliśmy na buty i zbiegaliśmy boso z górki po lodzie. Nie pamiętam, żeby ktoś z nas po takich przygodach był choćby przeziębiony.

***

Zofia Budzyńska: Moje siostry, które uciekły, gdy wieziono nas do obozu w Zwierzyńcu po kilku dniach wróciły do domu i nadal w nim mieszkały. Niemcy zabrali ludzi, ale gospodarstw jeszcze nie palili. Zrobili to dopiero rok później, w sierpniu 1944 roku. Podpalali tak dokładnie, że z naszych ojcowizn nie pozostawało kompletnie nic. Siostry uciekły z domu i zamieszkały na polach. Na noc chowały się w beczkach, w których wcześniej przechowywaliśmy zboże. Kiedy podpalano wieś, dziewczyny poszły ratować niepełnosprawną ciotkę. Wyprowadziły ją do sadu, gdzie mogła czuć się w miarę bezpiecznie. Ciocia postanowiła jednak wrócić, być może nie chcąc zostawiać dobytku. Spaliła się żywcem we własnym domu.
Józef Budzyński: Gdy przebywaliśmy w Niemczech, naszym gospodarstwem zajmowali się Polacy wysiedleni z Wielkopolski; rodzina z miasta Turek koło Konina. Mieszkali u nas tuż po pierwszym spaleniu Smorynia. Jednak, kiedy hitlerowcy znów szli przez naszą wieś, ich również wywieziono do Niemiec na przymusowe roboty. Po kilkudziesięciu latach udało nam się jakoś odnaleźć i spotkać. Zaprzyjaźniliśmy się z tą rodziną i do dziś utrzymujemy kontakty.
Stanisław Mazur: Po wojnie jeszcze przez niemal pół roku musiałem się ukrywać. Sytuacja, w jakiej się znalazłem była dla mnie uciążliwa; całe życie przebywając wśród ludzi, teraz musiał być odizolowany. Wyszedłem z konspiracji dopiero 3 października 1945 roku. W budynku Urzędu Bezpieczeństwa w Biłgoraju złożyłem broń i będąc już wolnym człowiekiem postanowiłem wrócić do pracy w elektrowni. Jesienią 1946 roku zostałem powołany do odbycia służby wojskowej. Pod koniec marca 1949 roku w ramach ogólnej demobilizacji znów stałem się cywilem i kolejny raz podjąłem pracę jako elektryk w moim rodzinnym mieście - Biłgoraju. Irena Kot: Po wojnie wielu mieszkańców Biłgoraja musiało się ukrywać. Niemało też trafiło do więzienia. Taki właśnie los spotkał mojego brata. "Wirowi' Bartoszewskiemu udało się go jednak w jakiś sposób wyciągnąć. Jeszcze przez długie lata Antoni musiał pozostać w konspiracji. Ja natomiast zostałam nauczycielką historii i wiedzy obywatelskiej. Nigdy nie myślałam, że właśnie to będę w życiu robić.
Zofia Budzyńska: Wojna to koszmar. Nie da się tak po prostu o niej opowiedzieć, bo ciągle wracają straszne obrazy tamtych lat. Młode pokolenie musi zrobić wszystko, żeby do wojny nigdy już nie doszło.

***

Od opisanych w tej pracy wstrząsających wydarzeń II wojny światowej minęło już ponad sześćdziesiąt lat. W tym czasie powstało wiele tekstów, w których starano się ukazać nam - ludziom młodym, czym tak naprawdę jest wojna i jak wielkie powoduje zniszczenia, zarówno w sferze materialnej, jak i psychicznej. Naocznych świadków, chcących "ocalić od zapomnienia" to wszystko, czego doznali jest już niewielu i z dnia na dzień, niestety coraz mniej. Kolejne pokolenia Polaków nigdy nie będą mieć okazji osobiście spotkać się z tymi zwykłymi - niezwykłymi ludźmi. Wiecznie żywe będzie jednak przesłanie, które w ostatnich słowach przekazuje nam bohaterka mojej pracy - Zofia Budzyńska. Tak bardzo chciałbym jej obiecać, że zrobimy wszystko, żeby "do wojny nigdy już nie doszło".

poscriptum

Zofia Budzyńska - urodzona 21.05.1939 r. Józef Budzyński - urodzony 13.09.1939 r. Po zakończeniu wojny zajmowali się odbudową swojego domu we wsi Smoryń. Pobrali się w styczniu 1964 roku.
Zofia kilka lat po wojnie rozpoczęła naukę w biłgorajskim Liceum Pedagogicznym. Nie udało jej się ukończyć szkoły, ponieważ nie pozwoliły na to powojenne realia; Józef po wojnie rozpoczął pracę w firmie transportowej w Biłgoraju i kontynuował ją przez wiele lat. Jednocześnie, wraz z żoną zajmował się również ich wspólnym gospodarstwem.
Stanisław Mazur Po wojnie powrócił do pracy w Elektrowni Miejskiej w Biłgoraju. W latach 1955 - 57 pełnił funkcję kierownika elektrowni we Frampolu. W zawodzie przepracował 40 lat. Przeszedł na emeryturę w roku 1982. Swoje wojenne przeżycia pan Stanisław Mazur opisał w książce "Wspomnienia z tamtych lat...".
Irena Kot - ur. 08.01.1927r. Po wojnie kontynuowała naukę w gimnazjum, a następnie w liceum. W roku 1948 zdała maturę w szkole średniej w Szczebrzeszynie. Po odbyciu kursu nauczycielskiego rozpoczęła pracę, jako historyk w Szkole Podstawowej w Biszczy, następnie Borkach (gm. Biszcza), Korczowie i Szkole Podstawowej nr 3 w Biłgoraju. W 1988 roku pani Irena przechodzi na emeryturę, mając za sobą czterdzieści lat pracy z młodzieżą.




Strona Główna Okupacja

Wszelkie prawa zastrzeżone.