Strona Główna



JAN POLSKI

WSPOMNIENIA WRZESIEŃ 1939 - LIPIEC 1944

Jan Polski ps. "Strumyk"

Różaniec kul świetlnych
Modlitwą celowniczych
Steny, visy i piaty
I płacz po zabitych
/ fragment wiersza, autor "Zemsta"/

W 1941 zostałem przez porucznika Jóźwiaka ps. "Proch" w obecności Jana Szarana ps. "Polny" zaprzysiężony do Związku Walki Zbrojnej (ZWZ). Był to dla mnie wielki dzień, w którym stałem się żołnierzem ZWZ. Miałem lat 16. Rodzice byli rolnikami, ale bardzo patriotyczni, religijni, kochali polską ziemie i Ojczyznę - ojciec już 1939 roku należał do organizacji Służba Zwycięstwu Polski, a 1940 roku do Związku Walki Zbrojnej - Armii Krajowej (ZWZ - AK).

Na obszarze powiatu zamojskiego szalał niemiecki terror, hitlerowcy mordowali Polaków, wysiedlali całe wioski rolników, przy tym okrutnie bili, zabijali niewinnych ludzi, matkom, ojcom odbierali małe dzieci wywożąc maleństwa do obozów. Martyrologia stosowana przez Niemców względem ludności Ziemi Zamojskiej była strasznym okrucieństwem.
Na Zamojszczyźnie zapotrzebowanie do podziemia było szczególnie duże; więcej - rośli i rozwinięci chłopcy w wieku czternastu, piętnastu i szesnastu lat byli przyjmowani do ZWZ - AK, do Batalionów Chłopskich (BCh), a następnie wcielani do Oddziałów Dywersyjno Bojowych lub pozostawali na placówkach. Ja zostałem przydzielony do drużyny "Polnego" - Jana Szarana, która to drużyna wchodziła w skład II Kompanii II Batalionu 9pp. Leg. Armii Krajowej Oddział Dywersyjny - dowódca "Podkowa" -Tadeusz Kuncewicz. Należałem do drużyny w Gruszce Zaporskiej, Rejon Radecznica kryptonim "Radło" Armii Krajowej. Przeszedłem szkolenie teoretyczne, praktyczne, bojowe z bronią zwykłą, maszynową, obsługą karabinów maszynowych, granatników, pistoletów maszynowych i specjalny kurs obsługi piatów.1 Szkolenie prowadzili: "Polny" - Jan Szaran, por. "Proch" - Jóźwiak, por. "Beton" i inni, którzy byli mi nieznani. Brałem czynny udział w akcji w Turobinie - zdobycie żywności dla leśnych oddziałów partyzanckich pod dowództwem p. Tadeusza Kuncewicza "Podkowy" w grudniu 1942 roku. Brałem czynny udział w akcji na stacji kolejowej w Ruskich Piaskach; wraz z innymi jako celowniczy ręcznego karabinu maszynowego (rkm) - u ubezpieczałem drogę Nielisz - Ruskie Piaski.

Na szczególną uwagę zasługuje akcja pod kryptonimem "Nielisz" - wieczorem dnia 5 kwietnia 1943 roku nasza drużyna [z] Gruszki Zaporskiej została postawiona w pogotowiu bojowym. Skład drużyny:

  • Szaran Jan ps. "Polny" - dowódca drużyny
  • Błaszczak Jan - pseudonimu nie pamiętam
  • Błaszczak Józef .........................................
  • Stanisław Jachymek ...................................
  • Dorosz Jan ps. "Bartek"
  • Kruk Józef ps. "Różycki"
  • Mazur Władysław - pseudonimu nie pamiętam
  • Nastaj Jan ps. "Wróbel"
  • Panas Jan ps. "Cygan"
  • Panas Józef ps. "Boruta"
  • porucznik Piotrowski Adam ps. "Dolina" - dowódca akcji "Nielisz"
  • Polski Jan ps. "Strumyk"
  • Stępnik Antoni ps. ""Dąb"
  • Stępnik Edward ps. "Grab"
  • Szaran Stanisław ps. "Jastrząb"
  • Zych Zdzisław ps. "Tur"

Drużyna w wyżej wymienionym składzie pod dowództwem "Doliny" nie znając zadania bojowego wyjechała z Gruszki Zaporskiej w stronę Tworyczowa w ubezpieczonym szyku bojowym. W Tworyczowie dołączyli do nas bracia Panasowie - Józef ps. "Boruta" i Jan ps. Cygan", byli uzbrojeni w rkm, w który ich zaopatrzył Jan Kot ps. "Biały", oraz w obronne granaty. Jak na akcję likwidacji konfidenta gestapo byliśmy liczni i dobrze uzbrojeni.
Po odprawie i przeglądzie drużyny ruszyliśmy w stronę Nielisza marszem ubezpieczonym. Po prawej stronie w miejscowości Nawóz byli koloniści - nasiedleńcy niemieccy, zwani "czarnymi". Na stronie lewej miejscowość Michalów, w której kwaterowali w pałacu Zamojskiego Niemcy. Szybko zapadała noc, było ciemno. Przejeżdżając przez wioski spotykaliśmy przygodnych ludzi - po wylegitymowaniu zostawali wolni, w tym byli też wartownicy z Sułowa.. Przeszliśmy przez most na rzece Wieprz i weszliśmy do wsi Nielisz. Po wyznaczeniu stanowisk przez dowódcę "Dolinę" zajęliśmy pozycje bojowe. Ja zostałem na ubezpieczeniu furmanek. Byłem uzbrojony w vis do niego dwa magazynki i jeden granat obronny. Grupa z dowódcą "Doliną" udała się do domu Volksdeutscha- konfidenta gestapowskiego, który nazywał się Mazurek. Niestety Mazurka nie było w domu - zdążył uciec. Akcja nie powiodła się, zadanie bojowe nie zostało wykonane. Dowódca dał rozkaz powrotu.

Zwyczajem partyzanckim droga powrotu został obrana inna, więcej niebezpieczna. Wracaliśmy drogą przez wieś Michalów, gdzie kwaterowali Niemcy. Trasa była niebezpieczna. Widocznie dowódca "Dolina" chciał tę trasę szybko przejechać, wydał rozkaz siadać na furmanki. Jechaliśmy dość szybko. Na pierwszej furmance jechał dowódca, ja i inni, czyli ośmiu na pierwszej furmance, na drugim wozie dziewięciu. Furmanki były dość przeładowane. Odległość wozu od wozu mogła być 30 do 40 metrów. Orientacja trudna, noc była ciemna.
Dojeżdżaliśmy do skrzyżowania dróg - trasa Szczebrzeszyn - Turobin - Michalów - Radecznic (bliższe określenie Rozłopy - Deszkowice Michalów - Źrebce). Kiedy znajdowaliśmy się na skrzyżowaniu dróg w moje uszy wdarł się niesamowity, strasznie przejmujący huk karabinów maszynowych. Nie wiem czy z wozu mnie wyrzuciło, czy też wyskoczyłem. Leżałem na drodze, karabiny maszynowe wypluwały z odległości kilku metrów w stronę nas setki tysięcy kul świetlnych. Dotarła do mnie błyskawiczna myśl - granat. Szybko wyciągnąłem obronny granat, odbezpieczyłem, leżąc na lewym boku rzuciłem granat w kierunki pozycji niemieckich. Czołgałem się w kierunku Sułowa. Nie czułem bólu, ręce lepiły mi się krwią, czułem krew, byłem ranny, lecz nie wiedziałem w które miejsce ciała.
Byłem otoczony świetlnymi kulami, jakby rojem zaciekłych os, rojem szerszeni od których nie ma ratunku. Ciągle się czołgałem przez skrzyżowanie dróg, a świetlisty rój kul nade mną - gryzły, kąsały moje ciało, wpijały się w moje odzienie. Wyczołgałem się do rowu, do zagłębienia terenu, poderwałem się, chyłkiem uskoczyłem parę kroków, padłem i znów uskok do przodu, padłem, musiałem trochę odpocząć. Na skrzyżowaniu dróg dalej huczały automaty i karabiny maszynowe. Byłem poza zasięgiem przeklętych kul. Chciałem wstać, nie mogłem, czułem ból w nodze, w ręce, w brodzie i łopatce. W ustach czułem susze, pragnienie picia i osłabienie. Ostatkiem sił, ostatkiem woli wstałem tocząc się na nogach szedłem w kierunku Sułowa, w kierunku Tworyczowa. Słaniając się na nogach wolno, ale szedłem do przodu.
Nagle usłyszałem głos: Janek, Janek, "Strumyk" - upadłem na ziemię. Znów odzyskałem świadomość, pod ręce prowadzili mnie ocaleli dwaj koledzy - Kruk Józef ps. "Różycki" i Szaran Jan ps. "Polny", którzy ostrzelali Niemców tworząc ogień zaporowy osłaniający wycofujących się kolegów. Trochę mnie nieśli, trochę przy pomocy kolegów sam szedłem, ale traciłem siły i przytomność. Doszliśmy do miejscowości Tworyczów.
Zatrzymaliśmy się u znanego nam Poźniaka. Żona Poźniaka pocięła czyste prześcieradło i owinęła, zaopatrzyła rany. Miałem przestrzelone obie stopy lewą i prawa z naruszeniem kości, przestrzeloną lewą dłoń, przestrzelony podbródek głowy i lewą łopatkę. Otrzymałem pięć poważnych ran, wszystkie rany z naruszeniem kości. Największą ulga w Tworyczowie było wtedy, jak mi żona Poźniaka podała picie.
W okolicznych wioskach był stan alarmowy. Poźniak nakłonił swoją żonę ażeby mnie zawiozła do Hoszni Ordynackiej. Położono mnie na na furmankę na siano i przykryli mnie sianem. Dzielna żona Poźniaka z narażeniem własnego życia wiozła mnie ratując mi życie. Gdyby Niemcy mnie znaleźli w sianie na wozie dla mnie i dla żony Poźniaka nie byłoby ratunku. Przed nami było 10 kilometrów drogi, jechaliśmy wolno. Gdzie tylko było możliwe moja opiekunka odkrywała siano i prześcieradło, podnosiła głowę i dawała mi picie. Może spałem lub traciłem świadomość, bo nie wiedziałem kiedy i jak się znalazłem w Hoszni. Tu mnie nakarmili, dużo się napiłem. Sanitariuszka opatrzyła mi rany; słyszałem jak do kogoś mówiła, że rany są bardzo poważne. Traciłem dystans czasu, nie wiem jak długo byłem w Hoszni, wydawało mi się że krótko.

Ponownie mnie wynieśli i położyli na furmance, z tym, ze to już byli partyzanci z bronią. Tym razem zawieziono mnie do miejscowości Zaporze, do domu Kaszy ps. "Ryż" - był bardzo poważnym i szanowanym oficerem AK. W domu Kaszy miałem zamaskowane osobne pomieszczenie. Leczył mnie lekarz medycyny Zawrotniak (zob. Słownik Biograficzny Mieszkańców Gminy). Miałem przydzieloną konspiracyjną sanitariuszkę. Odwiedzali mnie rodzice. Byłem pod opieką lekarza Zawrotniaka z Radecznicy i sanitariuszek. Byłem bardzo wykrwawiony, osłabiony i wycieńczony. Myśl, ze cierpię dla Ojczyzny, dla Polski dodawała mi ducha i cierpienie znosiłem mężnie. Leczenie trwało osiem tygodni. Czułem się dobrze. Serdecznie podziękowałem Kaszy ps. "Ryż"i lekarzowi Zawrotniakowi. Wróciłem do domu, rodzice mnie mocno uściskali. Wszyscy byliśmy szczęśliwi, lecz Ojczyzna dalej krwawiła. Wojna trwała. Zameldowałem się u dowódcy drużyny "Polnego" jako gotów do dalszej służby Ojczyźnie.

Jak się później okazało Mazurek, który był Volksdeutschem był w domu, ale usłyszał ujadanie - szczekanie psów, zdążył wyjść z domu, słyszał i rozumiał, że dom, w którym mieszkał otoczyli partyzanci, dobrze wiedział po co do jego domu przybyli. Mazurek biegiem udał się do stacji kolejowej Ruskie Piski, dyżurny ruchu zadzwonił - Mazurek sam telefonicznie rozmawiał z Komendą Żandarmerii prosząc ich o pomoc, bojąc się o swoją rodzinę.

Oto relacja kolejarzy pełniących służbę na stacji kolejowej Ruskie Piaski: Stempel Paweł, pracownik sztylwerkowy - "byłem w biurze u dyżurnego ruchu jak zdyszany, spocony Mazurek znany mi do do dyżurki [wpadł?], żądał połączenia do Zamościa, które otrzymał. Rozmawiał telefonicznie z Komendą Niemieckiej Żandarmerii, mówił o partyzanckich bandytach, że napadli na jego dom, prosił o pomoc." To samo potwierdził pracownik Dziewulski Hipolit pełniący tej nocy dyżur na stacji Ruskie Piaski.
Można śmiało postawić tezę - Niemcy od konfidenta dowiedzieli się, że partyzanci są w Nieliszu, więc telefonicznie się połączyli z posterunkiem policji w Nieliszu. Nikt nie wie jaki przebieg miała rozmowa pomiędzy Niemcami z Zamościa, a posterunkiem granatowej policji w Nieliszu. Być może, że posterunek policji w Nieliszu wskazał kierunek w którym udali się partyzanci opuszczający Nielisz. Na pewno Niemcy porozumiewali się telefonicznie z posterunkiem policji w Sułowie, którym było wiadomo, że jechaliśmy w stronę Nielisza. Niemcy mieli tak dokładne [dane] o naszych ruchach, dokładnie sporządzili plan zasadzki. Mazurek miał do pokonania odległość od Nielisza do stacji Ruskie Piaski - 3 km.

***

Za możliwość opublikowania wspomnień Jan Polskiego "Strumyka" dziękuję pracownikom Biblioteki Gminnej w Radecznicy, których Jan Polski upoważnił do dysponowania wyżej zaprezentowanym tekstem.

opracowała Regina Smoter Grzeszkiewicz.

***

Jan Polski "Strumyk"
W oddziale "Doliny" Janek Polski bywał
Kiedy szli na akcję to się tam wyżywał
Choć "Strumyk" był młody w akcji się nie lękał
I we wszystkich akcjach hitlerowców nękał

Gdy razu pewnego na akcję jechali
W zasadzkę niemiecką wszyscy się dostali
Choć siedmiu zginęło reszta się nie dala
I pod silnym ogniem wnet się wycofała

"Strumyka" Polskiego ciężko rannego
Chłopcy wynosili spod ognia silnego
lecz u naszych chłopców przyjaźń zawsze grała
"Strumyka" rannego życie ratowała

A chłopcy z oddziału "Strumyka " pilnują
I za jego rany zemstę obiecują
Tak pod Radecznicą w skórę Niemcom dali
A więc w taki sposób wszystko wyrównali

A nasz "Strumyk" Polski z ran już wylizany
I przez wszystkich chłopców w oddziale lubiany
"Strumyk" Polski za to wszystkim podziękował
I żołnierska przyjaźń do dziś dnia zachował
Ułożył i napisał: żołnierz z Oddz. Dywer. A.K.
"Kawki" Czesław Lesiak ps. "Gruszka"

Jan Polski - galeria













Strona Główna Okupacja

Wszelkie prawa zastrzeżone.



1. działko przeciwpancerne, mniejszego kalibru niż moździerz; możne je przenosić ręcznie