Strona Główna



MOJE WSPOMNIENIA I KRÓTKI OPIS MOJEJ DZIAŁALNOŚCI W RUCHU OPORU NA TERENIE GMINY RADECZNICA

Bogdan Strusiński ps. "Zawieja"

W latach 1940 - 1944 byłem członkiem Ruchu Oporu, pracowałem dla różnych organizacji konspiracyjnych i społecznych na terenie gminy Radecznica.
Po powrocie z kampanii wrześniowej 1939 roku wróciłem do domu dopiero 4 października tegoż roku po dwukrotnych ucieczkach z niewoli sowieckiej, z którymi mieliśmy pakt o nieagresji; bardzo byłem tym zaskoczony, że prawie spod domu zabrano mnie i moich kolegów na samochód i powieziono w nieznane, był to moralny cios i nóż w plecy dla każdego Polaka.
To dla nas starych, [teraz] prawie osiemdziesięciolatków, wówczas było ciężkim przeżyciem, a obecnie smutnym wspomnieniem.
Już na początku roku 1940 należałem do organizacji Ruchu Oporu, która się u nas zewsząd zawiązała w mojej wsi Radecznica, gdzie jest kościół i klasztor OO. Bernardynów, w którym często zatrzymywali się uchodźcy z Warszawy i innych większych miast potrzebujący pomocy, której księża Bernardyni nigdy nie odmówili.
Często bywałem w klasztorze, bo łączyły mnie przyjacielskie stosunki z Bernardynami, toteż widywałem różne osobistości, osoby inteligentne, a nawet prostych ludzi, których życzliwie przyjmowano. Pewnego razu przy kolacji jakiś starszy pan, nazwiska nie pamiętam, bo się nie przedstawił, proponował aby założyć jakąś małą, ścisłą organizację (komórkę), która by przejmowała różne wiadomości i przekazywał je dalej, ale w ścisłej tajemnicy nie dopuścić osób nie pożądanych, lecz bardzo dyskretnych i odważnych.
Tak powstał mały komitet Ruchu Oporu Służby Zwycięstwa Polsce, na którego czele jako inspektor i organizator powołany był ks. bernardyn - Wacław Płonka, profesor kolegium [Serafickiego], zastępcą - Jan Kasza, gospodarz, były, emerytowany komendant policji, oraz członkowie: Czesław Ruciński - wójt gminy Radecznica, Henryk Waśniewski - sekretarz gminy, ks. Stefan i brat zakonny Apolinary, Michał Zawiślak - plut[onowy?] mar[ynarki?] woj[ennej?] i oczywiście ja; to miało miejsce w lutym 1940 roku. Każdy z nas liczył, skoro Francja i Anglia wypowiedziały wojnę Niemcom, to w ciągu paru miesięcy wojna się skończy, spotkało nas jednak rozczarowanie. Mimo to organizację starano się powiększać, tak, ze już w czerwcu nasza organizacja liczyła około 25 osób. Nastąpiła zmiana funkcji poszczególnych członków; było w niej nawet pięć kobiet oddanych tej pracy jak Ewa Rybak,1 która przechowywała broń i amunicję. We wrześniu 1941 roku została aresztowana i wraz z innymi przewieziona na Zamek w Lublinie a stamtąd do Dachau - wróciła już po wyzwoleniu. Nazwisk wszystkich członków nie będę wymieniał, bo postaram się szerzej napisać o Radecznicy, i za długa byłaby ta lista.
Z początku organizacja miała za zadanie śledzić ruchy band rabunkowych, które bezkarnie grasowały po całym naszym terenie, jak również i innych gminach. Coraz silniejsza stawała się nasza organizacja, bo do niej wszedł komendant policji przysłany z Kalisza na nasz posterunek z żoną Niemką - może nie tyle Niemką, co niemieckiego pochodzenia, ale z legitymacją niemiecką; była jednak dobrą patriotką, tak jak jej mąż. O wszystkim zawsze nas informowała. Jak przyjeżdżali Niemcy zawsze nas informowała, toteż gmina może jej wiele zawdzięczać, ale ta wdzięczność stanęła jej kością w gardle.
W parę miesięcy później przemianowano naszą organizację na Związek Walki Zbrojnej. Wielu ludzi domyślało się, że jest jakaś organizacja, ale kto do niej należał nie wiedzieli, bo to było ścisłą tajemnicą - jednak wśród wysiedlonych byli zdrajcy.
Do organizacji prawie od początku jej istnienia należeli: Henryk Waśniowski, podporucznik - komendant oddziału,Józef, Marek plutonowy - zastępca,Michał Zawiślak - plutonowy marynarki wojennej, Jan Zawiślak,Marian Zawiślak, Kazimierz Krukowski, Antoni Batorski, Michał Batorski, Melchior Batorski, Wojciech Jezierski, Józef Jezierski, Stanisław Jezierski, Stanisław Siemczyk, Wojciech Król, Marcin Oleszek, Jan Gałęzowski, Jan Piotrowski, (...) Zdunkiewicz, Józef Makaroński, Bogdan Strusiński. Coraz więcej napływało wiadomości o tworzących się organizacjach i oddziałach, oraz ludziach uciekających przed aresztowaniem. Raz przybył mały oddział składający się z 5 ludzi uciekających przed aresztowaniem; jeden z nich wszedł do Kaszy prosząc o sprzedanie chleba. Ponieważ Kasza był bystry i szybko zorientował się o co chodzi zapytał [przybysza] skąd jest, ten mu odpowiedział jak się tu znalazł, i że jest ich pięciu. Kasza wszystkich zabrał do domu, nakarmił i przez parę dni kwaterował. Byli to studenci z Warszawy i spod Warszawy uzbrojeni w krótka broń palną; jeden z nich nazywał się Janiszewski, czy Janikowski, drugi z tych pięciu Wiśniewski - innych nie pamiętam. Odpoczęli przez parę dni i poszli w las zaopatrzeni w chleb i ciepłą odzież, o co postarał się Kasza i Ruciński, dano im też po kocu.
Latach 1939 - 1940 napłynęło na nasz teren dużo wysiedlonych z Gdyni, Gdańska, Poznańskiego i Kaliskiego - wśród tych ludzi wypędzonych z własnego domu znaleźli się i zdrajcy, którzy się nam przysłużyli [tak], że wielu z naszych członków organizacji zostało aresztowanych, a później zginęli na Rotundzie w Zamościu i na Zamku w Lublinie.
Prowadziłem piekarnię, wypiekałem chleb na kartki dla ludności nie rolniczej i wysiedlonych, też byli tacy, co mnie oskarżyli że wypiekam chleb dla partyzantów. Pierwszy zaopatrywał się w chleb Kasza - przysyłał kobietę pracującą u niego i brała chleb, kilka bochenków co kilka dni.

***

Pewnego razu przyjechał do nas, do Radecznicy Bohun.2 W rozmowie zaproponował stworzenie silnego oddziału bojowego przeciw bandzie,która u nas grasowała. To pomogło, bo kilka takich wypadów ukróciło zapędy bandyckie, chociaż bywały, ale już coraz mniej - tak powstał oddział, który również chodził na akcję przeciwko Niemcom. Później powstały przemiany ze Związku Walki Zbrojnej na Armię Krajową i bataliony Chłopskie. Tak więc na naszym terenie były dwie organizacje, które z czasem zostały scalone; dla mnie to nie miało znaczenia - przybywało organizacji, przybywało oddziałów na miejscu i w lesie, które należało prawie codziennie zaopatrzyć w chleb, którego dla ludności na kartki brakowało, więc na dalsze wioski wydawałem mąkę w przeliczeniu na chleb - w takich warunkach ciężko było pracować. Partyzanci przyjeżdżali po chleb nawet w dzień, co dla mnie i wsi [było] bardzo niebezpieczne, nawet w niedzielę, kiedy ludzie szli na nabożeństwo do kościoła i bardzo się dziwili, że mam tyle odwagi. Prawie wszystkie oddziały były przeze mnie zaopatrywane - obojętnie czy AK, czy BCh, radzieckie, Armia Ludowa.
Często z Zaburza przyjeżdżał Kurek Marcin i inni, również z Gorajca. Najczęściej przyjeżdżał Michał Batorski, "Motyl" i "Wierzba", również "Wilk" i "Kaktus", już nie pamiętam kto tam jeszcze.
W maju 1944 roku w porozumieniu z z głównym komendantem BCh [oddziały AK] urządziły święto ludowe w lesie zaburskim na górze. Tam stacjonowały oddziały, które ubezpieczały teren w czasie przygotowań do święta. Zaproszony byłem na te uroczystość więc pojechałem razem ze szwagrem i żoną. Zachwycaliśmy się urządzeniem tej uroczystości, na która otrzymaliśmy od Michała Krukowskiego furmankę. Wszystko było ładnie urządzone, i myśleliśmy że jesteśmy w wolnej Polsce, bo nikt nie przeszkadzał, a pogoda była piękna, widok z tych gór na okolice pieścił ludzkie oko i wprowadzał w zachwyt, tak szliśmy do wolności.
Wracaliśmy pieszo spacerując po lesie, nawet nie wiedzieliśmy; nawet nie wiedzieliśmy jaki smak ma grochówka i bigos z żołnierskiej kuchni, bo się nie można było docisnąć do naczynia, a nikt nam nie pomógł.

maj 1944

Nasuwają mi się wspomnienia z uroczystości "chłopskiego" święta ludowego, (które przypada każdego roku w Zielone Świątki) w maju 1944, na które byłem zaproszony przez Komitet Organizacyjny Batalionów Chłopskich i komendanta oddziału w Zaburzu, z tego tytułu, że jako piekarz i właściciel piekarni w Radecznicy wypiekałem chleb i zaopatrywałem oddziały leśne, odkąd powstały aż do wyzwolenia i ich rozwiązania.
Na tę uroczystość pobrali z mojej piekarni - Marcin Kruk i Krukowski Michał kwatermistrz placówki w Zaburzu 150 bochenków chleba i 40 kilogramów bułek dla oddziałów stacjonujących i kwaterujących we wsi Zaburze, jak również w lesie zaburskim.
Dobrze rano brali chleb na wozy; Krukowski powiedział mi, że przyśle po mnie furmankę, którą będę mógł się udać na tę uroczystość. Około godziny 9.00 rano furmanka podjechała i w troje ze szwagrem i jego żoną udaliśmy się do Zaburza - po drodze od Radecznicy do Zaburza spotkaliśmy dużo furmanek z wystrojonymi ludźmi, a i konie tez przystrojone jak na wesele; wiele młodzieży pieszo, nie brakowało też konnej jazdy - banderii na pięknych koniach. Wszystko to ciągnęło tak, jak my na na to święto "chłopskie".
Gospodarz znając inną drogę może nie chciał jechać w tłumie, był przezorny i skręcił w opłotki koło Chadama i Maciąga, pojechał doliną wśród pól zielonych, a potem już między krzewami młodym lasem w górę. Bardzo często schodziliśmy [z wozu] bo było źle jechać wśród tych gałęzi; można było oko postradać i twarz poranić, a niekiedy wypaść [z wozu] jak to się później stało. Droga była mało używana tylko dla potrzeby przywiezienia chrustu, taka przecinka leśna. Tak jadąc i idąc dojeżdżaliśmy do polanki i wyższego lasu; w tym czasie na skutek niedopatrzenia woźnicy wóz nagle się wywrócił - dobrze że to był młody i sprytny woźnica. Zdążył zeskoczyć na bok. Oczywiście wóz odstawiliśmy na bok, mimo że każdy był odświętnie ubrany. Dalej jechaliśmy już nieco lepszą droga, ale zarośnięta, i nagle przed nami staje żołnierz partyzant widocznie tu tu postawiony był na warcie, a słysząc nasz śmiech i rozmowę wyszedł, zatrzymał nasi zaczął legitymować. Widocznie nie znał gospodarza ani nas - gwizdnął i nadszedł drugi, który był skryty gdzieś niedaleko. Zobaczył [nas], powiedział: "puść, to nasz piekarz". Drugi żołnierz był mi znany, bo był po chleb, ale znałem go wcześniej, prawie od dziecka - to był jeden z braci Maciągów. Jak zaobserwowałem i zauważyłem ubezpieczenie daleko było wystawione, prawie we wszystkich zakątkach, skąd można było spodziewać się podejścia i wypadu Niemców.
Kiedy przyjechaliśmy na miejsce było już dużo ludzi z różnych okolic; z bliska i z daleka. Skąd wszyscy wiedzieli o tym święcie, że tak licznie przyszli. Ja do szwagra mówię - tyle ludzi, wielkie skupisko; a nad nami od czasu do czasu przelatują samoloty zwiadowcze, już z daleka je zauważono, więc otrzymaliśmy wezwanie: "kryć się"! Co też każdy z nas robi. Duża część ludzi stoi pod drzewami, a niektórzy wychodzili na polanę, co mogło być zauważone przez lotnika obserwatora - te kolorowe chusteczki, sukienki i bluzki, te musiały szybko kryć się pod krzakami, których tu było dość. Trochę było to męczące, ale przyjemne, bo połączone z majówką. Ten barwny korowód dziewcząt i chłopców przypominał kwiaty na łące - dziewczęta pięknie wystrojone na ludowo w zielonych spódnicach, z zielonymi chustkami na ramieniu; nie brak tez było ślicznych "krakowianek", a i chłopcy, jak również starsi wszyscy odświętnie wystrojeni - nawet z zielonymi i czerwono białymi kokardami.
Na środku polany stał ołtarz i bernardyn odprawiał mszę polową, a chór z Mokregolipia śpiewał. Po ewangelii ks. Wacław Płonka wygłosił homilię, w której podkreślał hart ducha i odporność na terror jaki nam zadawali Niemcy, mówił o wielkim patriotyzmie jaki tkwi w polskim narodzie - bardzo pięknie to ujął.
Po mszy przemawiali z trybuny: główny komendant Batalionów Chłopskich, bliżej mi nie znany - nazwiska tego komendanta dowiedziałem się od Szczerby, miał to być pułkownik Kamiński, oraz wielu innych, nawet jakaś kobieta - bojowa i energiczna, jej nazwisko też mi powiedzieli, ale już nie pamiętam. Wszystkie przemówienia odnosiły się do męczeńskiego życia narodu polskiego w okowach nałożonych na nas przez Niemców, ale też i o bliskim zwycięstwie i klęsce Niemców, jak również o niezłomnej walce chłopów i stworzonych o przez nich Batalionach Chłopskich [walczących] o wyzwolenia Ojczyzny, o pozycji jaka winien polski chłop zająć w przyszłości, w wolnej Polsce wśród społeczeństwa jako filar i podstawa w odbudowie "Nowej Polski". Uważam, że wszystkie zrywy od walki ze Szwedami za wolność chłopa, a później ta sławna "Wiosna Ludów" nie miały takiego ducha wyzwoleńczego i organizacji, jak Bataliony Chłopskie, które swą krwią, dziesiątkami albo setkami tysięcy poległych żołnierzy chłopskich wywalczyły wolę i prymat dla ludu polskiego w obronie własnej i [obronie] Ojczyzny na wszystkich polach walki w kraju, a przeważnie na Lubelszczyźnie i Zamojszczyźnie.
Defiladę oddziałów leśnych i innych odbierał główny komendant Batalionów Chłopskich ze swoim sztabem - pułkownik Kamiński, oczywiście [ubrany] po cywilnemu.
Oddziały ubrane były w uniformy wojskowe z polskimi orzełkami, ale wśród nich były też i cywilne oddziały - maszerowały sprężystym krokiem, wyćwiczone i zdyscyplinowane. Dziarscy i butni, każdy z uśmiechem na twarzy. Za nimi szły dziewczęta, kwiat polskiej wsi - wszystkie urocze, nawet ksiądz kapelan z ukosa rzucał okiem na te piękne buzie; kto wie, czy nie będzie musiał gdzieś tam w piekle pokutować za to ze cztery lata, bo to był bernardyn i z pewnością zapomniał o brewiarzu i regule zakonnej, ale to już jego sprawa.
Szli też przedstawiciele Stronnictwa Ludowego: Jan Woźnica, Stanisław Zybała, Stanisław Pacyna, Michał Zawiślak i wielu innych gospodarzy ze wsi Latyczyn; byli też z innych wiosek.
Latyczyn ma to do siebie, że tam przed wojną istniała silna organizacja Stronnictwa Ludowego, i oni byli bardziej widoczni. Na Święto przybyło również trochę inteligencji ze Szczebrzeszyna. Panowie i Panie, nie będę wymieniał nazwisk, ale jedno wymienię - małego, zawsze ruchliwego dr Zygmunta Klukowskiego, znanego społecznika, oraz Kołodziejczyka. Były też oddziały Armii Krajowej, które w defiladzie prowadził porucznik "Relicz".
Największa zasługa w zorganizowaniu i urządzeniu tego święta przypada oddziałom i placówkom Batalionów Chłopskich, które narażając na niebezpieczeństwo wieś Zaburze i członków organizacji z Zaburza nie zawahały się tego uczynić.




Strona Główna Okupacja

Wszelkie prawa zastrzeżone.



1. O działalności Ewy Rybak wspomina także w swoich nie opublikowanych dotąd wspomnieniach ks. Wacław Płonka
2. Piotr Bohun ps. "Gromski", nauczyciel gimnazjum w Szczebrzeszynie, zaangażowany w walkę z okupantem, współpracował z Tadeuszem Kuncewiczem ps. "Podkowa". Zginął w Czarnymstoku 15 stycznia 1944 roku w obejściu gospodarza Furlepy, pochowany jest na cmentarzu parafialnym w Szczebrzeszynie.