Strona Główna



WSPOMNIENIA Z LAT 1939 - 1946

Ksiądz ojciec Józef Wacław Płonka

Rękopis wspomnień ks. Józefa Wacława Płonki, radecznickiego Bernardyna zachował się w zbiorach Archiwum Prowincji OO. Bernardynów w Krakowie, którzy są prawnymi spadkobiercami Jego praw autorskich. Za zgodą Dyrektora tej placówki - prof. PAT dr hab. Wiesława Murawca OFM (pismo z dnia 29 czerwca 2004 roku) niniejszy tekst zamieszczam na mojej stronie. Pragnę w tym miejscu złożyć Mu serdeczne podziękowania za możliwość publikacji; również serdeczne dziękuję p. Stanisławowi Zybale, który poinformował mnie o istnieniu kserokopii wspomnień ks. Wacława Płonki w Bibliotece Gminnej w Radecznicy, dzięki czemu mogłam je przeczytać i przygotować do publikacji.

Wstęp

1.IX.1939 rano godz. 6.30 radio niezwykłą podało wiadomość: Niemcy bez wypowiedzenia wojny uderzyli na Polskę; lotnictwo niemieckie bombarduje Kraków, Radom, Dęblin, Warszawę i inne; połączone armie niemieckie przekraczają granice Polski od zachodu, północy i południa.
Wierzyć się nie chciało w to wszystko, ale komunikaty radiowe o działaniach lotnictwa niemieckiego, o marszu połączonych armii niemieckich, o uderzeniu Niemców na Westerplatte w Gdańsku, o bohaterskiej obronie polskiej i jej bezskuteczności i t d; to wszystko nie pozwala zapomnieć pozwala o tym straszliwym fakcie. Rozterka i okropność oczekiwania, co jutro przyniesie, jak skuteczną okaże się obrona polska, to nastrój ogarniający wszystkich. Złudzenia pryskają wnet. Cios za ciosem pada, Niemcy suną jak lawina, napotykany opór łamią i w niespełna miesiąc zajmują Polskę od zachodu po Bug i Lwów - a resztę zajmują Bolszewicy, co jakby zdradzieckim pchnięciem sztyletu w plecy wkroczyli w granice Polski rano 17.IX.1939
Polska znowu zniknęła z mapy, a zwycięzcy podzielili się łupem, biorąc jedni zachodnią, drudzy wschodnią część Polski, a z środkowych województw tworząc tzw. "General Gouvernement" pod zarządem niemieckim.
Polska znikła z mapy - ale nie zginęła, walczy, żyje - choć gnębiona i mordowana, w potokach krwi jak ryba w wodzie żyła, żyła w ogniu obozów koncentracyjnych, krematoriów i niesłychanych prześladowań, nie spalała się, odgryzała się jak osaczony wilk, gromadziła popioły, z których jak mityczny Feniks uniesie się odrodzenie.

Klasztor w Radecznicy 1.IX.1939 - 31.XII.1939

Rozpoczęte działania drugiej wojny światowej grozą napełniały wszystkich, a zwłaszcza Polaków, bo nadszedł ich odwieczny germański wróg, w którym Fryderyk zabił poczucie wolności, a Hitler wydarł i poczucie człowieczeństwa. Lęk przed tym wrogiem połączonym i okrutnym, w nowoczesne narzędzia rzezi doskonale wyposażonym...podziałał na słabą i źle wyposażoną, ale duchem mocna i bohaterską armię polską co też sami Niemcy nieraz z podziwem podkreślali, ile raczej ludność cywilną. Wieści o działaniach wojennych podawane przez radio były krótkie - straszne i prawdziwe.
Radecznica położona prawie w centrum Polski nie spodziewała się w ogóle zobaczyć Niemców, a tym bardziej zobaczyć ich wnet. Z tej iluzji otrzeźwiała wnet. Około 14.IX zjawiają się pierwsi uciekinierzy z zachodnich klasztorów, oraz ojcowie i bracia, po nich księża i klerycy świeccy ze Śląska, Krakowa, Częstochowy, po nich przedstawiciele prawie wszystkich zakonów męskich - z wyjątkiem jezuitów - a potem cała fala. Starcy, różni urzędnicy zwłaszcza z terenu C.O P - u, Wszyscy oni przechodząc na wschód boczną droga przez Radecznicę ocierają się, czy na krótko zatrzymują w klasztorze. Uciekinierzy zatrzymują się, chwilę i odpocząwszy smutni, przerażeni idą dalej, bo takie jak mówią rozkazy wydały władze polskie - uciekać na wschód. Jeszcze sunęła fala ludności cywilnej, jeszcze dymią spalone na skutek bombardowania 8.IX Frampol, Biłgoraj i Janów Lubelski, gdy zjawiać się zaczęły na tej samej bocznej drodze przez Radecznicę grupy żołnierzy rozbitych, zdezorganizowanych, przygnębionych, ale z bronią i w mundurach; ciągnęli mimo wielu braków i głodu do Chełma, bo tam im dowództwo wyznaczyło zbiórkę. Żołnierzom klasztor pomaga materialnie a zwłaszcza duchowo, wielu z nich przystępuje do komunii św. Tak trwa do 14.IX t. j. do przyjścia do Radecznicy pierwszego patrolu niemieckiego w sile 6 kawalerzystów.
Klasztor radecznicki w tym czasie był w następującym składzie:

  • O. Jan Duklan Michuar, gwardian i dyrektor gimnazjum
  • O. Stefan Puklicki, wikary klasztoru
  • O. Emil Seroka vice - rektor Kolegium [Serafickiego?]
  • O. dr Kamil Krukowski
  • O. Edmund Pieczonka
  • O. Wacław Płonka
  • grupa kleryków (6) na wakacjach
  • br. Augustyn Tkaczyk, ogrodnik, jubilat
  • br. Wacław Szczeciński, zakrystian
  • br. Rafał Tetera - pomocnicy rektora Kolegium
  • br. Alojzy Mikita
  • br. Serwacy Golba, organista
  • br. Sergiusz Gąska - tercjarze
  • br. Pius Żwirek
  • br. oblat, pszczelarz

oraz służba klasztorna w liczbie trzech służących mężczyzn i czterech kobiet, służba kolegiacka - pięć służących kobiet i jeden głuchoniemy służący.
W momentachstrachu i ucieczki na wschód ruszyli z klasztoru klerycy z wyjątkiem br. Paschalisa Węgrzyna i skierowali się do Lwowa, oraz br, br. Pius i Sergiusz i O. Edmund kierując się na Chełm, wnet jednak z wyjątkiem kleryków wrócili wszyscy. Patrol niemiecki 14.IX zastał wszystkich na miejscu i po wylegitymowaniu, pobieżnej rewizji i po posiłku odjechali, rozbrajając na drodze w Radecznicy kilku żołnierzy polskich. W tym czasie na terenie klasztoru został chory żołnierz polski, Rucin ze Śląska, chory na zapalenie płuc; przebywał aż do wyleczenia - wiele pomogły i troski okazały mu poza felczerem panie Locowe matka i córka
W klasztorze z przezorności powstaje projekt schowania nieco żywności i wartościowych rzeczy; co do pierwszej to zachowano nieco tłuszczu i cukru, a co do drugiej tym razem jeszcze nic.
Gdy bolszewicy wkroczyli do Polski a Niemcy cofnęli się na zachód na linię Sanu i Wisły nad Radecznicą powiało groza wywołaną obawą przed komunistami i Żydami. Wynik jest taki, że wszyscy pakują manatki i przygotowują się do ucieczki, a nawet ojciec gwardian nie jest pewny czy wytrzyma, gdy nadejdą bolszewicy. Ratuje sytuację ojciec Wacław, do którego zaraz przyłączył się kleryk br. Paschalis i ci postanawiają zostać, gotowi na na wszystko. To podziałało i na pozostałych, tak, ze ostatecznie wyjechał tylko ojciec gwardian i bracia Rafał, Pius i Sregiusz do Leżajska, reszta została na miejscu.
Teraz zaczyna się nowa wędrówka uciekinierów - ze wschodu na zachód, powrót, ale w gorszych warunkach, bo niepogoda, zimno i przeklęte śniegi. Teraz też wielu zatrzymuje się w klasztorze, ale różne względy nie pozwoliły ich tak jak przedtem gościć, nie przyjmować, stąd rodziły się pewne kwasy mimo, że w miarę możliwości i posiłek i ciepłe mieszkanie otrzymywało wielu, z a zwłaszcza rodziny z dziećmi. W tym czasie opuścił zakon - a raczej pozwolono mu dobrowolnie odejść br Apolinary z tym, że w cywilu zostaje jeszcze na terenie Kolegium. Do Radecznicy przybył z ekspozytury w Cześnikach O. Maksymilian Hanf.
Resztki walczących jeszcze wojsk polskich rozbijane już to przez Niemców, już to przez Bolszewików w mniejszych lub większych grupach przechodzą też przez klasztor. I tak:

24.IX

Przybywają do klasztoru trzy polskie wojskowe samochody z oficerami, żołnierzami, bronią i kapelanem; paru oficerów w tym jeden chory zostają i potem przenieśli się do ks. proboszcza w Mokrym Lipiu, a reszta przeładowała część rzeczy i benzynę na dwa samochody i odjechali na zachód zostawiając bron, która zaraz z terenu klasztoru została usunięta i zachowana/zakopana i jeden samochód zatoczono do ogrodu, gdzie stał pozbawiony najważniejszych części w motorze. Lecz cały ten przyjazd, przeładowanie i odjazd obserwował Żyd siedzący na dziedzińcu przy bramie, na którego nie zwrócono uwagi, bo dużo ludzi kręciło się. Toteż na drugi dzień koło godziny 8.00 rano klasztor był już otoczony przez bolszewików z Turobina, a między nimi ów Żyd radecznicki. Przybyli niby przyjaźnie, ale ale z miejsca klasztor obstawili karabinami maszynowymi, postawili warty przy wszystkich bramach i zaraz zaczęli pytać o polskich żołnierzy, a zwłaszcza oficerów, o broń, o uciekinierów i t. d Byli dobrze poinformowani - wygląd ich, maniery, ubranie nie budziły jednak zaufania. Pokazano im chorego żołnierza, uciekinierów wśród których było wielu, ale juz przebranych żołnierzy i oficerów, bo ci co uciekli byli przebrani, zdążyli się skryć; nikogo nie zabrali.
Potem poszli oglądać samochód w ogrodzie. Z nimi pod silna eskorta musieli pójść O. Stefan i O. Wacław - w ogrodzie obejrzawszy samochód zapowiedzieli, że go zabiorą i znów zaczęli indagować o broń i wojsko polskie, a że odpowiedzi ich nie zadowoliły więc przeprowadzili szczegółową rewizje w klasztorze i budynkach klasztornych - zabrali latarki elektryczne i inne drobiazgi, strzelbę O. Stefana, którą już oglądali Niemcy, lecz zostawili, nadto ze spiżarki zarekwirowali kawał masła. Po prawie czterech godzinach takiej wizyty w południe odjechali. Następnego dnia po wojsku komunistycznym przybyli do klasztoru Polacy - komuniści z Zamościa z komisarzem okręgu tow. Kardygą. Celem ich przybycia był samochód i zabudowania klasztorne, bo bo jedno i drugie przyda się przy organizowaniu komunistycznego okręgu zamojskiego, co omawiali potem na wsi w gminie... By samochodu nikt nie ruszył postawili wartę ze ze zorganizowanej już wcześniej milicji, do której koniecznie chcieli dostać się Żydzi, ale ale ich nie dopuszczono, tak,że zamojscy komuniści zabrali samochód i klasztor.

27.IX

Do klasztoru przybywają znowu stacjonujący w Turobinie Bolszewicy żądając siana i sprzedaży dwu świń. Świnie kupili i zapłacili, siana zaś nie chcieli brać ze strychu stajni, ale ze stogu w ogrodzie - dlaczego to się pokazało. Otóż był projekt, by stogu siana w ogrodzie zachować zboże i trochę maki, i już był zrobiony odpowiedni otwór u góry stogu, ale deszcz przeszkodził i w stogu niczego nie schowano. Widać mieli informacje, ale nieścisłe, to też rozwalili cały stóg od góry do dołu i zabrali tylko niewielką ilość siana na popas dla koni Zabrali też tego dnia samochód. Wzięli go na "hol", bo części motoru nie znaleźli. Na zabrany samochód zostawili pokwitowanie - oczywiście nie obyło się bez oględzin klasztoru, ale tym razem spokojnych i powierzchownych.

***

Okupacja bolszewicka trwa dalej - uciekinierzy wracają dalej, ale już rzadko. Jest coraz zimniej; w ostatnich dniach września spada obfity śnieg i pokrywa nie zebrane jeszcze owoce i jarzyny. W polu jeszcze nic nie zrobione i nie zasiane, bo nie ma czym robić, gdyż konie klasztorne zabrało wojsko polskie a pozostały jeden stary mający do pomocy drugiego jeszcze słabszego zostawionego to w czasie ucieczki przez naszych ojców z Przeworska - to wszystko za mało do roboty w polu.
Niemcy z Bolszewikami rozbijają ostatnią większą i dobrze zorganizowaną grupę wojska polskiego pod Krasnobrodem; grupą dowodził pułkownik "Adamus" (Koc?). Z tej rozbitej grupy przybywa do klasztoru. 3 października trzech oficerów (kapitan i dwu poruczników); miny mieli dziarskie, humory "wisielcze" i łzy w oczach. Tego dnia wieczorem przybyła jeszcze jedna grupa złożona z kapitana i sygnalistki(aby po cywilnemu) i ppor. w mundurze; przybyli parokonną bryczką - własność kapitana i jednym koniem wierzchowym. Wszyscy zatrzymali się przez dwa dni.
Uroczystość św. Franciszka. Dzień pogodny i jak na jesień ciepły, bo spadł śnieg..., ale na duszy smutno i zimno - niewola. Rzewne nabożeństwo wspomnienie śmierci św. Franciszka "Fransitus" rozrzewniło wszystkich wobec zestawienia, że i Matka Ojczyzna, Polska też przechodzi swój "Fransistus" a najbardziej rozrzewniło to "Lwowiaków" i nie hamowali ani się wstydzili łez.
Lecz obecność oficerów w klasztorze nie uszła uwagi Żydów, to też 5 października przed południem zaledwie odeszli "Lwowiacy", a kapitan czekał na furmana, który miał go dowieźć do Zwierzyńca i wrócić z końmi, które ofiarował klasztorowi wraz z bryczką, gdy dał się słyszeć tętent koni i klasztor został otoczony przez przeszło dwie setki kawalerii bolszewickiej. Ppor. w mundurze zdążył skryć się w pokrzywy za murem klasztornym, a kapitan i sygnalistka, oboje w cywilu usunęli się tylko do budynku gimnazjalnego, gdzie kwaterowali.
Naprzeciw Bolszewikom prowadzony przez trzech radecznickich Żydów wyszedł O. Wacław i pierwsze pytanie jakie usłyszał było: gdzie oficerowie i konie wojskowe. Nie przypuszczając o zbyt dokładnym poinformowaniu odpowiedział, że ani oficerów, ani koni wojskowych w klasztorze nie ma, są tylko "bieżeńcy" i ich konie. Odpowiedzią był szyderczy śmiech Bolszewika, który każe pokazać konie. Zobaczywszy konia wierzchowego orzeka, że to koń wojskowy, mimo, że koń żadnych znaków nie miał, ale znalazł źle przez służącego schowane siodło i z pytaniem "a to szczo"założył siodło na konia, którego z miejsca zabrali.
Teraz zrewidowali bryczkę i tu znaleźli mundur oficerski i dubeltówkę - a dobrze zanadto nie szukali bo w słomie koło bryczki było coś więcej (szable oficerskie i broń) - potem dość brutalnie zrewidowali sygnalistkę wylegitymowali O. Wacława, następnie udali się do mieszkania 'bieżeńców", zrewidowali ich walizki oboje zabrali załadowawszy ich na klasztorny powóz, do którego zaprzęgli konie zabrane przejeżdżającemu przez Radecznicę chłopu.
Odeszli - w klasztorze pozostały ich konie i podporucznik, który został zaraz przebrany i po pewnym czasie poszedł do rodziny do Żywca, a o zabranych przyszła potem wieść jakoby w lesie koło Lipowca musieli uciec, ale to nie pewne. Piękna była postawa sygnalistki, która wszystko brała na siebie, a kapitana przedstawiła jako przygodnie spotkanego cywilnego uciekiniera. Lecz nie na tym był jeszcze koniec szykan i napaści żydowskich na klasztor. Czując poparcie Bolszewików rozzuchwalają się coraz bardziej i zapowiadają, że już nadszedł czas, że na kolanach będziemy ich prosić o klucze do kościoła i klasztoru.
Stało się jednak inaczej. Bolszewicy na podstawie umowy z Niemcami cofają się na wschód, na linię Bugu - Sołokiji i Sanu?, a Lubelszczyzna, a z nią Radecznica wchodzą w tzw General Gouvernement zaś przeszło tydzień - między odejściem Bolszewików a przed przyjściem Niemców jakieś "czynniki" wykorzystały na rozprawę z Żydami i pewnej nocy wszystkie domy żydowskie w Radecznicy i na Zaporzu zostały ostrzelane z broni zwykłej i maszynowe; zginął jeden Żyd i dwoje było rannych, zdemolowano też jeden dom żydowski, którego mieszkańcy najbardziej byli aktywni - szukano tam kluczy od kościoła i klasztoru! Okres ten mieszkańcy klasztoru przetrzymali dość dzielnie.

***

Przyszli znów Niemcy. Życie zaczęło się jakby normalizować, o ile w niewoli można o tym mówić. Wraca do Radecznicy O. Duklan i inni, którzy z nim wyemigrowali. Trzeba coś robić. Są budynki, jest sprzęt, biblioteka i t d. nauczyciele i uczniowie będą zatem organizuje się gimnazjum.
Pojechał więc O. Duklan do niemieckiego komendanta wojskowego w Szczebrzeszynie i rzecz nie do pomyślenia - uzyskuje pozwolenie na otwarcie i prowadzenie gimnazjum. Prace organizacyjne przeprowadzono szybko; uczniów z bliższej i dalszej okolicy zebrało się 70, z tym, że nowi stale się zgłaszali - grono nauczycielskie zebrano z mieszkańców klasztoru i tak:

  • O. Duklan - dyrektor uczy historii
  • dr. A. Gawlik - z przedwojennego kompletu nauczycielskiego, przebywający na terenie Kolegium uczy języka polskiego
  • O. Emil - religia, śpiew i rektor internatu
  • O. Edmund - przyroda i geografia
  • O. Wacław - matematyka, fizyka, chemia
  • br. Paschalis - kleryk, język łaciński.

Dnia 5.XI.1939 roku odbywa się uroczyste rozpoczęcie roku szkolnego z nabożeństwem, po którym odśpiewano "Boże coś Polskę". Dnia 6.XI.39 rozpoczynają się zajęcia szkolne. Nauczyciele i uczniowie pełni zapału i najlepszych nadziei. Aż tu 10.XI.39 o godz. 14 - tej, dzień słotny i ponury, jak grom z jasnego nieba spadają na klasztor zbiry "gestapo" z Zamościa; z wielkim wrzaskiem wśród wyzwisk i obelg - a wielu z nich mówiło po polsku - spędzają wszystkich do dużej rozmównicy i trzymają pod strażą, a sami rozpoczynają rewizje, szukają broni i prawdopodobnie skarbów [z] katedry krakowskiej, a rabują w klasztorze co im wejdzie pod rękę.
Przesuwają meble, zrywają podłogi, obstukują młotkiem ściany, osuwają obrazy, rozrzucają zostawione przez kleryków walizki i ich zawartość. Po czterech godzinach takiej pracy - a było ich dwunastu, klasztor jest zdemolowany; lecz broni nie znaleźli, ale są weseli, bo mają łup: zabrali jakie tylko w mieszkaniach znaleźli wieczne pióra, aparaty fotograficzne, maszyny do pisania. Zabrali przechowywane w mieszkaniu br. Wacława - zakrystiana dwa srebrne relikwiarze (św. Franciszka i św. Antoniego), a z piwnicy zabrali wino. Z rzeczy wojskowych znaleźli dwie części zniszczonej gaz - maski. W czasie rewizji w podziemiach kościoła narobili wiele hałasu, że tam ktoś narobił nieporządku i splugawił kościół - przy przechowywaniu pod kościołem cukru, ten tak zwilgotniał, że ciekło z niego, a gdy go wynoszono pozostała na ścianie smuga dość trwała - dobrze że nie skosztowali. W czasie rewizji prowadzić ich musieli O. Maksymilian władający dobrze językiem niemieckim i O. Edmund. Przeszli też do gimnazjum i tu grzecznie, ale bardzo stanowczo oznajmili chłopcom, by się rozeszli, bo uczyć się nie będą,a na to odpowiedział im płacz wielu uczniów.
Wreszcie około godz. 19 - tej major Block, szef tych zbirów ogłasza zebranym w w rozmównicy zakonnikom wyrok: za przechowywanie cudzych rzeczy (walizki kleryków i walizka z dokumentami O. Prowincjała śląskiego), za posiadanie kradzionych rzeczy kościelnych (puszki e.t.c. w mieszkaniu zakrystiana), za politykę (gimnazjum) i wrogie nastawienie do Niemców kara następująca : aresztują O. J. Duklana i O. Stefana jako przełożonych, klasztor i cały majątek konfiskują i okładają aresztem; przełożonym - "Verwatter" mianują O. Maksymiliana, a jego zastępca O. Edmunda. Z braci mogą zostać w klasztorze tylko staruszkowie - br. Augustyn i Wacław; zostaje też służba klasztorna, reszta Ojców i Braci ma zdjąć habity i do trzech dni opuścić klasztor, rozejść się do domu; mogą zostać u znajomych, ale nie w klasztorze, ani na jego terenie. Nowina straszna, ale wobec gotowej do strzału broni zdecydowanych na wszystko zbirów opór bezsensowny. Wywożą więc zaraz wieczór aresztowanych Ojców i zrabowane rzeczy - a reszta zostaje wpółprzytomna i nie wiedząca co dalej począć.
Konieczność ma jednak to do siebie, że trzeźwi. Wśród pozostałych zapada decyzja: rozkaz trzeba wypełnić, a więc najpierw postarać się o ubrania cywilne, a potem wynieść się z klasztoru, lecz przedtem co się da schować tak z kościoła jak i z zakrystii, tak z klasztoru, jak Kolegium1 i to działać szybko. Z pomocą przychodzą ludzie, lecz jedni z życzliwości, inni żeby coś ściągnąć, jedni, żeby przechować, a drudzy, żeby przywłaszczyć sobie. I tak naprawdę życzliwymi okazali się z Radecznicy państwo Waśniewscy, Józef Sowa i inni. Z Zaporza Rucińscy, z Latyczyna J. Radzik, B. Żywot, z Gruszki Zaporskiej Jan Jachymek, z Zaburza Józef Maciąg, z Gorajca Starej Wsi Józef Ruszczak. Na przechowanie idą z zakrystii duże monstrancje i dwa kielichy, z kościoła 12 lichtarzy brązowych i wota z ołtarza; z klasztoru krowy i części pościeli, z Kolegium sprzęt z internatu, pościel, sprzęt kuchenny, biblioteka i gabinety. Co z tego wróci? A Ojcowie i Bracia? Zdobyli jakie mogli ubrania cywilne i poszli tułać się między ludzi.
Najbliżej osiedlili się O.O Emil i Wacław, bo nie chcieli zostawić kościoła bez opieki i obsługi, gdyby zabrakło tam Ojców Maksymiliana czy Edmunda. Nie czekali długo - Ojciec Edmund wnet opuścił klasztor i okolice, poszedł daleko, zamieszkał ze znajomą i nie wrócił nigdy O. Emil nadto opiekuje się Kolegium, gdzie pozostała cała służba.
Ucichła i opustoszała "Radecznicka Górka". Od czasu do czasu odwiedzają ją złowrogie czarne kruki z trupimi czaszkami - to "gestapowcy" przyjeżdżają na inspekcję.
Pod koniec listopada wrócił aresztowany O. Stefan, ale jeszcze bardziej chory, a O. Duklana wywieziono z Zamościa do Lublina na Zamek.
Zapadał na zdrowiu br. Augustyn i okazało się, że to karbunkuł,2 i zmarł 12.XII.1939 roku w szpitalu w Szczebrzeszynie, a pochowany został na cmentarzu klasztornym w Radecznicy.
W połowie grudnia ożywia się znowu "Górka Radecznicka". Niemcy [wysiedlają] tzw. "Warthegau" i inne ziemie polskie przyłączone do Rzeszy. Grupa takich właśnie wysiedleńców z Wągrowca - gdzie mieszkała nie wysiedlona rodzina O. Maksymiliana przybywa do klasztoru i zamieszkuje w budynku kolegialnym. Nie mają prawie nic, dostają więc na początek z klasztoru i Kolegium nie tylko mieszkanie ale i łóżka i pościel, a od innych żywność. Najruchliwszym wśród wysiedlonych okazuje się p. Ż. Musielski i zdobywa wiele środków do życia u społeczeństwa i u władz, wiele mu przy tym pomaga O. Maksymilian. A jest kogo żywić - około 50 osób!

Święta Bożego Narodzenia

Gwarną była gwiazdka u wysiedlonych, ale za to cicha w klasztorze. Na tradycyjnym opłatku zakonników w habitach tylko trzech, a reszta jacyś "cywile", ale to też dusze zakonne. Na wigilii tylko czterech, a reszta gdzieś u życzliwych. Ale zmieni się los i będzie inaczej! A kiedy?

Rok 1940

O. J. Duklan dalej w więzieniu w Lublinie, staranie niewiele pomagają, jeździ dużo w tej sprawie p. Musielski i br. Apolinary; wolno tylko wspierać go paczkami żywnościowymi i. t. p. O. Stefan niedomaga na zdrowiu coraz bardziej. Reszta ojców i braci choć śmielej pokazuje się na terenie klasztoru nie ryzykują jeszcze stałego zamieszkania. O. Emil ryzykuje i urządza sobie mieszkanie w piętrowym budynku koło parku (budynek ten szumnie nazwano "Willą", "Drapaczem chmur", a w skrócie "Drapakiem") - a przy nim osiedli br. br. Pius i Sergiusz jako robotnicy ogrodowi. O. Emil dalej opiekuje się resztkami Kolegium.
Mimo rozproszenia kolędy w tym roku nie zaniedbano. Na ten czas zamieszkali u O. Emila - O. Kamil, O. Wacław i O. Cyryl przebywający u rodziny w Sułowcu. Dochód z kolędy oddano do klasztoru, zatrzymując część na na swoje utrzymanie, bo w/w ojcowie stołowali się w Kolegium. Chodząc po kolędzie pod habitem, na wszelki wypadek, gdyby trzeba było uciekać nosili ojcowie ubrania cywilne, bo chociaż Niemcy nie wzbraniali kolędy, to jednak coraz więcej było aresztowań księży. A przydatność cywilnego ubrania okazała się [niezbędna] w czasie kolędy w Gruszce Zaporskiej, gdzie po zakończeniu kolędy wieczorem trzeba było zdjąć habity i przez głęboki śniegi uciekać, bo w sąsiedztwie byli Niemcy, rewidowali i aresztowali i jeden z aresztowanych nie wrócił. Do tego czasu prawie bez przerwy w lesie lub gdzieś skrycie w domu słuchano w Radecznicy radia, lecz teraz na skutek wyczerpania się baterii - a o nowe było trudno - zaprzestano, tym bardziej, że wiadomości z zagranicy i z kraju podawały biuletyny coraz bardziej krzepiącej na siłach podziemnej organizacji konspiracyjnej Z[wiązek] W[alki] Z[brojnej].
Wysiedleni jako tako oswoili się ze swoim losem, okrzepli, urządzili się i zaczynają pokazywać swoje ja; coraz więcej żądać, a pracować się im nie chce - próżniaki, poza Rzepką, Haśką i Szymańskim. Zobaczymy co pokażą dalej.
P. Musielski z br. Apolinarym, niby to w sprawie O. J. Duklana coraz częściej jeżdżą do Lublina, skąd przywożą konspiracyjne ulotki, które każdy czyta z zapałem, bo to historia działań niemieckich, zapowiedź walki z nimi, doniesienia, że zagranica o nas pamięta i że rośnie nadzieja wolności. O. Maksymilian "Verwatter" rządi jak może klasztorem, opiekuje się wysiedlonymi, a zwłaszcza młodymi węgrowiankami, ale coś w nim zaczyna się zmieniać, aby tylko nie odezwał się w nim Niemiec.
Wiosna - Wielkanoc nie zmieniają sytuacji ogólnej, ale przynajmniej ciepło będzie. Po Wielkanocy O. Wacław zamieszkał na stałe w "Drapaku" z O. Emilem.

6.IV.1940.

Wrócił z więzienia O. J. Duklan, z tym, że obowiązany jest dwa razy w tygodniu meldować się na "Gestapo" w Zamościu, albo Radecznicę i okolice opuścić; wybrał to drugie i wyjechał do rodziny do Markowej po Przeworsk.
Sytuacja zmienia niby na lepsze dzięki staraniom p. Musielskiego i O. Emil otrzymuje oficjalne zezwolenie na pobyt na terenie klasztoru; zamieszkał w Kolegium, którym nie przestaje się opiekować; otrzymał tez pozwolenie na nocne wyjazdy do chorych.
Czas płynie, wszystko się zmienia, zmienia się też coś i O. Maksymilian, zanadto zżywa się z p. Musielskim, a obaj coraz bardziej spoufalają się z Niemcami i Gestapowcami z Zamościa, wizytują się i bawią wesoło. W klasztorze goszczą i okolicę obserwują gestapowcy (...) i Dąbrowski. Co z tego będzie? Ludzie mówią, że O. Maksymilian i p. Musielski na "Volksdeutschów" się podają.
W pierwszej połowie kwietnia zaaresztowano jako zakładników ks. dziekana Pawelca proboszcza w Turobinie i wikarego ks. Strusiennika. Do Radecznicy doszła o tym wieść powiększona, o tyle, że i kościół zamknięty. Poszedł na zwiady O. Wacław i stwierdził, że kościół zamknięty, dlatego że nie ma księży - wobec tego podjął się obsługi kościoła do powrotu prawowitych gospodarzy, co trwało do końca wojny. Przez ten czas mieszkał czasem w Radecznicy, a więcej w Żabnie u Łosiów, rodziców O. Eustachego Łosia.

13.VI.1940

Pierwszy w niewoli odpust św. Antoniego wypadł skromnie, paru tylko księży, ludzi niewiele, kompania (pielgrzymka) nie przyszła ani jedna. Organizacje konspiracyjne działają coraz śmielej, a nie jest to dobrze, że b. br. Apolinary razem z kierownikiem szkoły radecznickiej zanadto się tym manifestuje, bo to demaskuje sprawę i niepotrzebnie naraża klasztor, tym bardziej że zadarli z p. Musielskim, który też zadarł z resztą wysiedlonych.
W drugiej połowie czerwca odbyły się prymicje O. Gaudentego Płockarza - wypadły okazale. O. Gaudenty został na dłuższy czas w Radecznicy, mieszkał u rodziny, ale pomagał w obsłudze kościoła i jego też zasługą było przygotowanie dzieci wysiedlonych do pierwszej Komunii Świętej.
O. Maksymilian znalazł nowa sympatię - Lucię Szegendówną, córkę wysiedlonego policjanta, sympatyka Niemców, co z tego będzie dalej? Do Radecznicy przybył O. Kasjan Komornik - mieszka więcej w klasztorze niż u rodziny. Uroczystość Bożego Ciała odbyła się w tym roku mimo wszystko okazale - procesja była w parku, a ołtarze w kaplicach jak dawniej.
Przy końcu czerwca odbyły się w Czernięcinie O. Krzysztofa Polskiego z licznym udziałem gości z Radecznicy.
Początek lipca (coś O. Maksymilian coraz częściej i zagadkowo mówi o przybyciu gości na grzyby - czyżby "Gestapo"?). Wysiedleni coraz śmielsi - dużo żądają a pracować nie chcą.
B. br. Apolinary coś gorączkowo działa, rzadko się pokazuje, mimo, ze oficjalnie mieszka w "Drapaku", tu też przy O. Wacławie osiadł czasowo O. Krzysztof.
"Goście grzybowi" przybywają. Dnia 22.VII.1940 o godz. 4.45 rano mieszkańcy "Drapaka" obudzeni zostali niezwykłym hałasem. Pierwszy rzut oka przez okno wyjaśnił sprawę - budynek otoczony przez "Gestapo", i nim zdążyli się ubrać głośne kroki na schodach i walenie do drzwi zmusiły ich do otwarcia. W drzwiach staje czterech "gestapowców", badawczo się przyglądają, legitymują i orzekają: "to żaden z tych"; jeden zostaje przy O.O Wacławie i Krzysztofie a trzech kieruje się do pokoju b. br Apolinarego, wtedy też nieobecnego. Wyłamują drzwi, obiegają całe mieszkanie, a nie znalazłszy nikogo pytają: "gdzie on jest?", a po odpowiedzi obu ojców, że nie wiedzą, bo bo od tygodnia go nie widzieli, zwymyślali ich szpetnie zarzucając im kłamstwo, bo przecież wczoraj wieczór tu był (tak faktycznie było). Przeprowadzają zatem rewizję ojcom, nie zabierają niczego, tylko z mieszkania b. br. Apolinarego zabierają maszynę do pisania, jakieś papiery i pudełka, demolują mieszkanie. Wnet jednak zjawili się O. Maksymilian i p. Musielski i po przywitaniu rozpoczęli dość wesołą rozmowę po niemiecku - następnie p. Musielski z "Gestapowcami" siadł do ich samochodu i pojechali na Podlesie Małe szukać współpracowników b. br. Apolinarego, ale nie złapali nikogo; za to w Radecznicy połów im się udał - złapali brata naszego O. Roberta - Józefa Marka (zginął w Mathausen) i wkrótce potem odjechali.
Wieczorem tego samego dnia zjawił się b. br. Apolinary, chciał wszystkie swoje rzeczy zabierać, ale po perswazji, że to zanadto zwróciłoby uwagę zabrał najpotrzebniejsze mu manatki, a resztę na razie zostawił. Jak lekkomyślnie sobie poczynał to dowodzi lista członków grupy z wyszczególnieniem nazwisk, imion i pseudonimów, oraz posiadanej przez nich broni - lista była na przechowaniu u służącej w Kolegium, która oddała ją po rewizji O. Wacławowi, a ten listę spalił.
Po tym wypadku "Drapak" opustoszał; O. Wacław przeniósł się do Kolegium do O. Emila - a w parę dni później b. br. Apolinary zabrał resztę rzeczy na razie na Podlesie Małe do M. Batorskiego, a sam Radecznicę opuścił na zawsze.
Niedługo po tym O. Maksymilian narobił hałasu i lamentu, że br. Apolinary zabrał rzeczy, a miał tego pilnować i teraz za to "Gestapo" pociągnie go do odpowiedzialności. Zlitowała się nad nim służąca kolegialna - Ewa Rybak i podała gdzie i u kogo rzeczy zostały złożone. W pierwszych dniach lipca zjawiła się jakaś komisja niemiecka i po dłuższej rozmowie z O. Maksymilianem zrobiła jemu i przebywającej u niego siostrze Czesławie Hanf zdjęcia fotograficzne, a patrzący sądzili, że to tak z amatorstwa. Sprawa wyjaśniła się wieczór. Czesia z płaczem wyznała przed starą służącą klasztorną, że O. Maksymilian zapisał się na listę "Volksdeutschów" i wbrew jej woli zapisał i ją także, i że w niedługim czasie oboje wyjadą do Niemiec na przeszkolenie - a jednak Niemiec!
Koło 10.VIII O. Maksymilian znowu zapowiada przybycie gości, tym razem "na jabłka", wiadomo co to znaczy, ale kto dojrzał? W klasztorze przebywają teraz oprócz O. Maksymiliana, O. Stefan - coraz bardziej chory; codziennie zjawiają się mieszający u rodziny O. Kamil, z braci [..] Rafał i Wacław, także Pius i Sergiusz, oblat br. Wojciech i służba; w gimnazjum wysiedleni.
Dnia 16.VIII około godz. 9.00 zajechał pod klasztor samochód osobowy "Gestapo". W pierwszej chwili nie zrobiło to na nikim zbytniego wrażenia, bo ostatnio wizyty takie były częste i nieszkodliwe; ale "strzeżonego P. Bóg strzeże" więc ulatnia się z Kolegium O. Wacław i inni, a O. Emil mający prawo pobytu na terenie klasztoru zostaje na razie, a gdy po niedługim czasie przebrany po cywilnemu wychodził przez kuchnię było już za późno, bo w międzyczasie "Gestapowcy" przeszli z klasztoru do Kolegium i w drzwiach kuchni spotkali O. Emila, z miejsca aresztowali i pod strażą osadzili w jego pokoju i poddali wstępnemu przesłuchaniu. To otworzyło wszystkim oczy - a O. Maksymilian i Musielski tłumaczą, że to tylko przesłuchanie. A tymczasem "Gestapowcy" siedli do samochodu i pojechali w teren. Wrócili wnet z łupem: nie zastawszy w domu Jana Zawiślaka aresztowali jego żonę Paulinę i przywieźli na "Górkę", ta wysadzona z samochodu opiera się, a widząc O. Maksymiliana wyciąga błagalnie ręce prosząc o pomoc, lecz on obojętnie odwrócił się, a gestapowiec chcąc przełamać jej opór zaczął ją kopać, popychać, a wreszcie grubym kijem okropnie bić, a wkrótce ze schodków pchnął tak, że przewróciła się. Gdy się podniosła zaprowadzono pod straż do pokoju O. Emila. Następnie za męża aresztowano też żonę kierownika szkoły Zdunkiewiczową.
Tymczasem p. Musielski gorliwie rozpytuje się o służącą z Kolegium - Ewę Rybak, bo potrzebna jest do przesłuchania. Tej rzeczywiście w domu nie było, bo razem z innymi rano poszła do lasu na grzyby, a potem ostrzeżona nie wróciła razem z innymi. Jednak wobec pogróżek p. Musielskiego, że jeżeli E. Rybak nie zjawi się to O. Emil i cała służba będą aresztowani - zatem mimo ostrzeżenia, że Ewę Rybak aresztują a O. Emila nie puszczą postanowiono ją odnaleźć. "Gestapowcy" tymczasem sprowadzili z Zamościa ciężarowy samochód z odpowiednią eskortą i przeprowadzili rewizję w budynku gimnazjalnym, gdzie mieszkali wysiedleni; wynikiem rewizji było znalezienie na strychu karabinu ręcznego, za co do odpowiedzialności mają być pociągnięci O. Emil i wysiedleni. I rzeczywiście aresztują z wysiedlonych za wyjątkiem Musielskiego i Rzepki wszystkich mężczyzn, a nadto żonę inż. Szymańskiego, i polecają radecznickiej policji "granatowej" dostarczyć nieobecną córkę Szymańskich Ewę. Zaczęto już ładować do ciężarówek wszystkich aresztowanych, gdy zjawiła się Ewa Rybak, której przesłuchanie ograniczyło się [do spytania] o nazwisko załadowanie do samochodu. Wreszcie samochody ruszyły i Gestapowcy z nowymi ofiarami odjechali.
O. Maksymilian i Musielski udają stropionych, obiecują dołożyć wszelkich starań o i[ch] zwolnienie, ale nie zatrą rzeczywistości, że pierwszy to Niemiec z germańską duszą, a drugi to konfident "Gestapo" - A że ta opinia jest słuszna to pokazał następny dzień (17.VII.40) kiedy pokazała się młoda (16 lat) Szymańska; policja nie śpieszyła się aresztować jej, zrobiła to dopiero na wyraźne żądanie w/w. Znowu rozbito i rozpędzono klasztor i krążą pogłoski, że zakonnicy zostaną z "Górki" całkowicie usunięci, a tam będą osiedleni Niemcy.
O. Maksymilian myśli tylko o wyjeździe, a Musielski rządzi wszystkim, wszystko ma być do jego użytku i mieni się publicznie "wikarym" klasztoru. Sytuacja ciężka - ale nadchodzi pomoc. O. Prowincjał Cyprian Jurkiewicz, który przedtem nie chciał do Radecznicy "na aresztowanie" nikogo posyłać wysyła teraz O. Andrzeja Smolenia, który ryzykując przyjazd na tę niebezpieczną placówkę uzyskuje w międzyczasie za pośrednictwem O. Maksymiliana zezwolenie "Gestapo" na pobyt w Radecznicy.
Tymczasem by ratować leżące w klasztorze zakupione na emerytalny dom dla służących klasztornych i kolegialnych, oraz na wypadek całkowitej likwidacji klasztoru zakonnikom zapewnić mieszkania za zgodą "Verwattera" O. Maksymiliana, O. Wacław, który po O. Emilu objął opiekę na Kolegium, buduje w ogrodzie zakupionym po parcelacji pp. Wiśniewskich dom, który mimo ciężkich warunków wnet stanął. Na pokrycie kosztów budowy sprzedana została cegła, przygotowana na rozbudowę Kolegium. Prowadzone w tym czasie starania o uwolnienie O. Emila i innych aresztowanych rezultatu nie dają, a zbierane na ten cel pieniądze nabijają tylko kieszeń p. Musielskiego, który podjął się pośrednictwa. Niezależnie od tego, korzystając z możliwości co tydzień jeździ ktoś do Zamościa z paczkami żywnościowymi i odzieżowymi dla aresztowanych.
Zdarzył się w tym czasie dość wymowny wypadek. "Gestapo " przybyło do Radecznicy, stąd udało się do Chłopkowa na aresztowania, a z nimi w przebraniu pojechał O. Maksymilian.
W połowie września przybył do Radecznicy O. Andrzej. Po rozglądnięciu się w sytuacji, początkowo niewiele się mieszał do spraw, okazać musiał zgodę "Gestapo" na pobyt i przełożeństwo w klasztorze. Wracają z więzienia Zawiślakowa, Zdunkiewiczowa, wysiedleni z wyjątkiem rodziny Szymańskich i Springera, ale nie wraca ani O. Emil, ani E. Rybak; przechodzą śledztwo i to dość ciężkie.
O. Andrzej wyszedł z impasu i powoli bierze rząd, lecz p. Musielski chce dalej rządzić klasztorem; konflikt wisi w powietrzu, ale nim do tego doszło, doszło do do innego starcia. O. Wacław ratując resztki mienia Kolegialnego zamykał to dobrze, albo nocami wywoził do ludzi na przechowanie i na tym złapał go p. Musielski; zrobił wielką awanturę grożąc trzymanym w ręce rewolwerem, a na to, ze to co się dzieje to nie jego sprawa zagroził O. Wacławowi, że za to wnet znajdzie się w więzieniu.
O. Maksymilian myśli teraz tylko o wyjeździe do Reichu. Z początkiem października zjawia się w Radecznicy O. J. Duklan i przez p. Musielsiego stara się na "Gestapo" o pozwolenie na dłuższy pobyt w klasztorze, co też według zapewnienia p. Musielskiego zostało mu przyznane.
Pogróżki pod adresem O. Wacława zaczyna p. Musielski wygłaszać coraz częściej i coraz głośniej i to zastanawia bardzo wielu. Lecz p. Musielski jak sobie popije to staje się bardzo serdeczny - dostał więc wódki (a dużo mu jej trzeba było dać) i wypowiedział się o swoich żalach i zarzutach, których kres jest bliski i on sam to zrobi, a kresem tym będzie aresztowanie O. Wacława. Ale ten na to nie czekał i za rada innych 10.X.40 siadł na rower i na czas nieograniczony wyjechał do rodziny pod Rzeszów.
Rządy p. Musielskiego sprzykrzyły się także O. Andrzejowi i doszło do konfliktu ostrego (p. Musielski pozwolił sobie nawet nazwać O. Andrzeja parobkiem). Po tym starciu O. Andrzej zamierzał usunąć się z klasztoru i zamieszkać przy kościele nad zakrystią, gdzie przygotował sobie mieszkanie, ale nie doszło do tego.
Przy końcu listopada wyjechał do "Reichu" O. Maksymilian zabierając ze sobą siostrę Cesię. Ubyła przykra, zadra, ale została kanalia i to bardzo złośliwa teraz.
W pierwszych dniach grudnia zjawiają się w klasztorze "Gestapowcy" i spotkanego tu O. J. Duklana pytają jakim prawem tu się znajduje? Odpowiada po prostu, że p. Musielski zapewnił go, iż może tu przebywać bo on mu się postarał o takie pozwolenie. Zgrzytnęli na to "Gestapowcy", aresztowali O. J. Duklana i wracają do Zamościa, zabrali go ze sobą polecając by nie obecny tego dnia p. Musielski zjawił się jutro w Zamościu celem złożenia wyjaśnienia sytuacji. W Zamościu O. J. Duklana puszczono na wolną stopę polecając na drugi dzień o oznaczonej godzinie stawić się w biurach "Gestapo".
Pod koniec października przybył na wizytacje kanoniczną do klasztoru wizytator prowincjałski O. Albert Mróz.
Dnia 4.XII.40 p. Musielski klasztornymi końmi pojechał na "Gestapo" do Zamościa i tu nastąpiła dla niego katastrofa. Po konfrontacji jego z O. Duklanem za uzurpowanie sobie prawa do zezwolenia ojcu Dulkanowi na pobyt w Radecznicy, za zdradę tajemnicy jako konfident "Gestapo" i szereg innych spraw p. Musielski został aresztowany, a O. Jan Duklan wrócił do Radecznicy, którą na drugi dzień opuścił.
Święta i koniec roku widzą w Radecznicy O. Andrzeja, O. Stefana, O. Kamila i braci. Kończy się rok jaśniej, bo klasztor oczyszczony z dwu zdrajców.


WSPOMNIENIA - CZ.II

Wszelkie prawa zastrzeżone.



Strona Główna Okupacja



1. Otwarte zostało w Radecznicy staraniem O. Metodego Sikory 17 stycznia 1922 roku. Dyrektorem mianowano Leona Syroczyńskiego, emerytowanego prof. Politechniki Lwowskiej; pod nazwą Kolegium Serafickie funkcjonowało do 1939 roku. Jego kontynuację stanowiło otwarte w kwietniu 1944 roku gimnazjum na koszt organizacji (ugrupowań Armii Krajowej na terenie Zamojszczyzny)
2. dawna nazwa czyraka mnogiego